70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Siedem koszy i przedszkolak, czyli synteza filozofii XX wieku

Prawdziwy problem jest nieco inny: kiedy faktycznie, kulturowo i mentalnie, zaczyna się wiek XX? W tej kwestii spieram się między innymi z profesorem Markiem Siemkiem. Nie ulega wątpliwości, że widać radykalną różnicę pomiędzy filozofią i kulturą mniej więcej do drugiej wojny światowej i po niej.

Leży przede mną pierwszy tom monumentalnej Filozofii XX wieku. Chciałbym zapytać, jak się zaczęło to Twoje pisanie dziejów współczesnej filozofii. Bo przecież decyzji o tym, żeby na wiele lat pochylić się nad tysiącami książek, nie podejmuje się chyba nagle i spontanicznie. Skąd u Ciebie inspiracja, a przede wszystkim determinacja, żeby to zacząć i skończyć? 

Trzeba by się pewnie cofnąć dość głęboko, do roku 1982, kiedy zacząłem współpracę z księdzem profesorem Józefem Tischnerem. To właśnie on szerzył w Polsce pierwsze idee filozofii współczesnej, zupełnie nam wówczas nieznanej choćby z tego powodu, że nie istniały wtedy żadne przekłady, nie mieliśmy dostępu do literatury. W zasadzie mogliśmy kupić, co najwyżej, dzieła niektórych niemieckich filozofów – tych, którzy byli uznawani przez dawną NRD. Byłem świadkiem powstawania pierwszych przekładów artykułów Martina Heideggera, kiedy o tłumaczeniu jego dzieł nikomu się jeszcze nie śniło.

Później współuczestniczyłeś w powstawaniu przekładu Bycia i czasu… 

No tak. Fascynacja ks. Tischnera współczesną kulturą, jego pragnienie budowania mostów między chrześcijaństwem a współczesnością, zaszczepiły we mnie ogromną ciekawość wobec myśli XX-wiecznej. Potem Tischner zaczął przywozić pierwsze książki z zagranicy: tak zaczęło się moje zainteresowanie Lévinasem i Rosenzweigiem. A później sam zacząłem wykładać filozofię współczesną. I muszę powiedzieć, że od początku – od czasów studenckich, a potem także jako profesorowi – brakowało mi odpowiedniego podręcznika. Nie bardzo mogłem moim studentom cokolwiek zaoferować. W zasadzie mogłem odwoływać się jedynie do pojedynczych książeczek, opracowań, artykułów.

Czyli w pewnym sensie podjąłeś się pisania książki, którą chętnie sam byś przeczytał… 

Nie tylko to. Myśl napisania historii filozofii dojrzewała we mnie, ale w pewnym momencie pojawił się inny, bardziej ukryty zamysł: zacząłem zastanawiać się nad kondycją współczesnej filozofii i kultury. Zacząłem pytać, dlaczego zwłaszcza pierwsza połowa XX wieku była tak bardzo bogata w wielką literaturę. Filozofowie fascynowali się Dostojewskim, czytali Becketta, Kafkę, Tołstoja… Bergson wywarł wpływ na Prousta. Istniały silne związki między filozofią a psychologią i socjologią – ale także teatrem i muzyką… To wszystko, mniej więcej od lat 60. ubiegłego stulecia, zaczęło gdzieś wyparowywać. Do tego stopnia, że – jeżeli można by powiedzieć, że w XX wieku żyło około dwustu filozofów, których obecnie uznajemy za klasyków – to w zasadzie po śmierci Hansa-Georga Gadamera i Paula Ricouera już ich praktycznie nie ma! I to mi podsunęło myśl, żeby – pisząc syntezę XX-wiecznej filozofii – spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie, co się de facto stało z myśleniem, z filozofią i kulturą.

Jest rzeczą szczególną, że nie tylko w Polsce, ale w ogóle w świecie taka synteza filozofii XX wieku, jaką właśnie rozpoczynasz, nigdy nie powstała. Dlaczego? Jak to się stało, że do dzisiaj w krajach anglosaskich, w Niemczech ani we Francji nie ma takich opracowań? 

Być może wpływ na to ma ogromne przyspieszenie cywilizacyjne, o czym często pisze w swoich tekstach Odo Marquard. Ponieważ bardziej wybiegamy myślą ku temu, co aktualnie modne, większość myślicieli zajmuje się Sloterdijkiem, Žižkiem i Agambenem – to, co minione, uznajemy właściwie za przezwyciężone. Jest taka tendencja w myśli współczesnej żeby nie zajmować się tym, co przezwyciężone. Natomiast w moim przekonaniu historia jest dla humanistyki tym, czym laboratorium dla nauk ścisłych. Miejscem, w którym ujawnia się to, co Gadamer nazywa wspólnotą doświadczeń. Bez historii nie ma kultury ani filozofii.

Możliwe także, iż ów brak syntezy wynikał z tego, że poszczególne filozofie narodowe były skupione na własnych myślicielach i własnych nurtach. Z kolei w powojennej Polsce, w związku z sytuacją polityczną (trudną, a jednak trochę inną niż na przykład w Związku Radzieckim czy Czechosłowacji), istniało pewne otwarcie na płynącą z różnych stron myśl i kulturę. Nie ograniczaliśmy się do sfery myśli francuskiej, angielskiej czy niemieckiej, ale w równym stopniu byliśmy otwarci na myśl włoską i hiszpańską. To w gruncie rzeczy pozwala mi twierdzić – choć może zabrzmi to nieco megalomańsko – że Polska pod względem geograficznym i kulturowym stanowiła miejsce dobrze przygotowane do tego, żeby właśnie tutaj powstała taka historia filozofii.

Trudno sobie wyobrazić, by syntezę XX wieku można było wykonać inaczej niż samodzielnie:  te tysiące idei muszą przejść przez jedną głowę, żeby mogły się ze sobą zderzyć. Z drugiej strony łatwo taki samotny rejs przez filozoficzne oceany poddać krytyce – bo czy możliwe jest, żeby autor znał się na wszystkim? 

Często wracam do takiej metafory: celem, jaki sobie stawiam, jest zarysowanie czegoś w rodzaju intelektualnej mapy XX wieku, w której można dostrzec rozmaite nurty, a także ich dopływy. Można do tego podejść w dwojaki sposób: metodą geologa lub kartografa. Geolog będzie wiercił w jednym miejscu bardzo głęboko – mamy wielu specjalistów od jednego tylko myśliciela (a czasami nawet od jednego okresu jego życia: ktoś na przykład jest wybitnym specjalistą od wczesnego Heideggera). Kartograf zaś próbuje narysować całość, zdając sobie sprawę, że poziom przybliżenia tej mapy intelektualnej na pewno nie będzie dokładny, ale prawdopodobnie (takie przynajmniej jest założenie) w miarę dobry, sprawdzony. Będąc w posiadaniu takiej mapy, łatwiej potem dokonywać różnego rodzaju odwiertów, pogłębiać badania, sprawdzać rozmaite hipotezy.

Nie ukrywam, że nie znam się na wszystkim. Wiele nurtów, poglądów rozmaitych myślicieli, stanowiło dla mnie odkrycie. Staram się, oczywiście, konsultować moje interpretacje z tymi, których cenię jako specjalistów. Ale – tak jak wspomniałeś – rzeczywiście, jeśliby nie pisała tego jedna osoba,  powstałoby coś w rodzaju patchworku: pozszywanej z kawałków całości, która nie dałaby syntezy. Weźmy taki przykład: ktoś, kto zajmuje się filozofią pragmatyzmu, raczej nie jest specjalistą od francuskiej filozofii refleksji, a tu okazuje się, że między tymi kierunkami istnieją głębokie zależności. Dalej: specjalista od fenomenologii jest raczej daleki od neokantyzmu, a tu okazuje się, że na przykład Edmund Husserl przez dwadzieścia siedem lat prowadził korespondencję z Paulem Natorpem; że Natorp rozwijał własny, bardzo ciekawy rodzaj fenomenologii; że Husserl prawdopodobnie pozostawał pod jego wpływem…

To są kwestie, które bada się w tym momencie w literaturze światowej, w Polsce natomiast pozostają one zupełnie nieznane. Ja, oczywiście, też ich wnikliwie nie badam. Ale mam możliwość pokazania węzłowych problemów – dzięki temu właśnie, że wykonuję tę pracę samodzielnie. A przy tym jest to praca benedyktyńska – to trochę tak, jakby kopać węgiel w kopalni za pomocą łyżeczki.

Zatrzymajmy się przy metodologii – przy tym kopaniu i rozrysowywaniu map. We wstępie do pierwszego tomu piszesz o metodzie genezy tekstualnej. Na czym ona polega i jakie jest jej zastosowanie w badaniu filozofii XX wieku? 

Ta metoda była stosowana w badaniach nad literaturą, natomiast do tej pory nie używano jej w historii filozofii. To jest zatem pewne novum mojego dzieła. Powiem tak: próbuję pisać nie tylko o poglądach danego autora, ale przede wszystkim z jego tekstów źródłowych pragnę wyczytać jego stosunek do całej historii filozofii – począwszy od antyku aż po współczesność. Próbuję zatem prześledzić historię ich własnych lektur, interpretacji rozmaitych dzieł klasycznych, reinterpretacji pewnych idei, krytyki pewnych tradycji, od których się odcinają etc. Pragnę w ten sposób, po pierwsze, dowieść, że XX wiek wcale nie jest radykalnym zerwaniem z tradycją myśli filozoficznej; że w tym stuleciu rzeczywiście pojawia się wiele nowych, ciekawych pól myślenia, nowych metod – ale byłyby one niemożliwe bez kontynuacji myśli klasycznej; że w XX wieku myślimy za pomocą idei, które tak naprawdę są średniowiecznym palimpsestem; że w używanych przez nas pojęciach ukryte są nawarstwienia sięgające Platona, Arystotelesa, presokratyków… Po drugie, chcę dać narzędzie rozmaitym badaczom minionych epok, którzy próbują zrozumieć i opisać znaczenie i wpływ danej myśli. W naukach empirycznych weryfikacja jest możliwa za pomocą doświadczenia, natomiast w naukach humanistycznych tezy uprawdopodabniają się wówczas, gdy są kontynuowane i interpretowane. Zatem historia recepcji jest bardzo ważna, a tej historii nie zbada się inaczej aniżeli właśnie metodą genezy tekstualnej. Metoda ta pozwala wreszcie pokazać, że klasyczny podział na nurty myślenia jest de facto sztuczny. Pod podziałami i stereotypami ukryte są rozmaite przepływy myśli, afiliacje, wspólne zainteresowania różnymi lekturami. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że coś radykalnie dzieli myślicieli różnych nurtów XX wieku, ale tak naprawdę, kiedy zbada się źródłowo ich teksty, okazuje się często, że o wiele więcej ich łączy.

Co to jest właściwie ten wiek XX? Historycy mają zwykle kłopoty z periodyzacją. Gdzie się ów wiek zaczyna – i gdzie się kończy? 

To, oczywiście, jest ogromny problem. Z powodów czysto technicznych, metodologicznych, musiałem przyjąć pewne kryterium. Za XX-wiecznych filozofów uznałem więc i tych, którzy wprawdzie tworzyli w wieku XIX, ale jeszcze żyli i publikowali na początku XX stulecia (mniej więcej do 1910–1920 roku). Jedyny wyjątek uczyniłem dla Fryderyka Nietzschego, który co prawda zmarł w roku 1900, ale przecież wiemy, że bez niego nie da się w ogóle pomyśleć XX wieku.

To postawiło przede mną także pytanie o współczesność. Co to znaczy filozof współczesny? Czy to ten, który żył w XX wieku? Ale przecież Pascal, który żył w wieku XVII, jest w moim przekonaniu twórcą egzystencjalizmu; mamy u niego wszystkie kluczowe pojęcia, takie jak trwoga, nieskończoność, sytuacyjność ludzkiej egzystencji. A zatem można by go uznać za myśliciela współczesnego. A Kant, który jest filozofem najbardziej obecnym w całej Historii filozofii XX wieku? Idąc tym tropem, można by powiedzieć, że współczesnym filozofem jest Platon i Arystoteles, i tak dalej.

Prawdziwy problem jest nieco inny: kiedy faktycznie, kulturowo i mentalnie, zaczyna się wiek XX? W tej kwestii spieram się między innymi z profesorem Markiem Siemkiem. Nie ulega wątpliwości, że widać radykalną różnicę pomiędzy filozofią i kulturą mniej więcej do drugiej wojny światowej i po niej. A zatem, gdyby na przykład za takie kryterium przyjąć (choć jest to kwestia dyskusyjna) filozofie i kultury drugiej połowy XX wieku, takie jak postmodernizm, dekonstrukcjonizm, radykalna hermeneutyka, krytyka pojęcia prawdy, krytyka wielkich narracji humanistycznych, i to jeszcze wsparta myślą Nietzschego, to należałoby powiedzieć, że XX wiek zaczyna się dopiero od lat 50. A jego pierwsza połowa to jeszcze taki spóźniony wiek XIX – filozofia głęboko religijna, metafizyczna, silnie wspartą klasyczną filozofią niemiecką.

Z tym się właśnie nie zgadzasz… 

Ponieważ widzę, jak wiele nurtów filozofii przedwojennej jest kontynuowanych także w po wojnie. Z XX wiekiem jest ten ogromny problem, że nie da się bezkarnie sformułować żadnej tezy z kwantyfikatorem ogólnym, tak jak niektóry próbują robić, głosząc, że wiek XX to śmierć metafizyki, śmierć podmiotu, śmierć człowieka, krytyka prawdy itd. Nie! Znajdziemy dziesiątki kontrargumentów, filozofów i nurtów, którzy temu przeczą i pokazują, że równolegle z krytyką metafizyki tworzą się jej nowe rodzaje; że obok krytyki systemu powstają próby budowania systemowych ontologii; że głosi się wprawdzie tezy o śmierci człowieka, ale równocześnie jest rozwijana bardzo interesująca antropologia filozoficzna; że Nietzsche głosił śmierć Boga, ale poza wiekiem XX nie znam innego okresu, który byłby tak bogaty w różne nurty myśli religijnej. A zatem wszelkie próby takiej jednoznacznej kategoryzacji, które byłyby sprowadzone do nośnych haseł medialnych, przy rzetelnej analizie nie wytrzymują próby. 

Leonard Nelson – którego w dużej mierze odkrywasz jako ważną postać niemieckiego neokantyzmu– pisał o dwóch wymiarach  filozofii: sokratycznym i sofistycznym. Jest to podział bardzo obrazowy, stosujesz go do wieku XX – w jakim sensie? 

W filozofii współczesnej istniało wiele sporów, ale chyba jednym z najistotniejszych był spór o problem prawdy. Jedną stronę stanowią w nim myśliciele, którzy uznają się za platoników i sokratyków, a więc kontynuatorów myśli klasycznej. Z drugiej strony mamy myślicieli, od których na przykład bardzo silnie odcinał się Gadamer, nazywając ich w pewnym sensie postnietzscheanistami czy też nowym rodzajem sofistów. To są filozofowie, którzy – przekonani, że człowiek nie jest w stanie osiągnąć prawdy absolutnej – dokonują aktu rezygnacji. Skoro tak, powiadają, to właściwie czym ma być filozofia, czym ma być humanistyka? Może jakimś rodzajem gry, zabawy? Nazywam to aspektem ludyczności współczesnej kultury i filozofii. Kiedy na przykład Odo Marquard pisze, że podstawową cechą interpretacji nie ma być prawda, tylko oryginalność, to ja w zasadzie nie wiem, czy on głosi swój pogląd, czy ironizuje, czy też puszcza do mnie oko, grając ze mną w jakiś rodzaj gry. Albo kiedy na przykład Stanley Fish (który w moim przekonaniu także należy do grupy sofistów) powiada, że poza językiem nie ma żadnej rzeczywistości, nie możemy zatem pytać o prawdę, posługujemy się tylko pewnymi dyskursami, które są w różnych środowiskach uznawane lub nie, to ja – prowadząc doktoranta – w zasadzie musiałbym mu powiedzieć tak: Proszę nie próbować odpowiadać na pytanie, czym jest nadzieja, tylko proszę napisać pracę zgodną z dyskursem uczelni, na której będzie się pan bronił… Popadamy tu w jakiś rodzaj cynizmu.

Z czego to się wzięło? W moim przekonaniu z porażki fenomenologii. Fenomenologia była ostatnim wielkim projektem, wielką nadzieją Husserla na to, że osiągniemy poznanie radykalne pewne, adekwatne. Już krytyka „mistrzów podejrzeń” (jak ich nazwał Paul Ricoeur) – Nietzschego, Marksa i Freuda – pokazała, że nie jest to takie oczywiste, że nasza samoświadomość nie jest taka przejrzysta, bo jest w niej wola mocy, jak mówił Nietzsche; że nasza wiedza pozostaje uwikłana ideologicznie w kwestię rozmaitych stosunków społeczno-ekonomicznych, jak mówił Marks; czy też, że kieruje nami nieświadomość, jak mówił Freud. Odpowiedzią na ten kryzys, upadek ideału, była z jednej strony hermeneutyka, która nie rezygnuje z ideału prawdy, tylko szuka do niej długiej drogi poprzez żmudną interpretację, historię, język, a jednocześnie poprzez szacunek dla tradycji. Z drugiej strony zaś pojawiają się filozofie, które nazywam filozofiami rezygnacji – te właśnie, które sytuują się po stronie sofistycznej. Koniec wielkiej narracji u Lyotarda, niemożliwość syntezy u Adorna – stoimy wobec sprzeczności, których nie możemy ze sobą pogodzić. Rorty powiada: zamknijmy pojęcie prawdy w muzeum, ono należy już do minionej epoki i w zasadzie nie powinniśmy o nie pytać. W moim przekonaniu to jest sprawa fundamentalna, bo dotyczy w ogóle sensu filozofii i sensu kultury. Jeśli filozofia i kultura przestają pytać o prawdę – nawet wtedy, kiedy (tak jak w tej chwili) mamy już świadomość porażki i samoograniczeń – to w konsekwencji traci ona sens, staje się rodzajem jakiejś intelektualnej gry, zabawy, która w przypadku powagi ludzkiej egzystencji pozbawiona jest jakiegokolwiek sensu.

Pierwsza część Historii filozofii XX wieku, pierwsze sześć tomów, nosi wspólny tytuł Nurty. Znajdą się tam analizy poszczególnych kierunków filozoficznych, od filozofii życia po oksfordzką filozofię języka potocznego. Druga część Historii  to Problemy. Jak będzie ona zbudowana, co się tam znajdzie? 

Patrząc na wiek XX, stanąłem przed dylematem, przed którym staje większość osób próbujących dokonać jakiejś systematyki. Niektórzy – żeby sobie z tym problemem poradzić – idą najprostszą drogą, pokazując na przykład historię poszczególnych dziedzin filozofii: etyki, antropologii filozoficznej czy logiki. W taki sposób zbudowana jest Historia filozofii XV wieku Stefana Swieżawskiego. Dość szybko uświadomiłem sobie, że nie mogę uciec od tego, co nazywam nurtami, szkołami czy kierunkami – ze względu na to, że są to nazwy historyczne. Nie można przecież udawać, że nie było w XX wieku egzystencjalizmu, filozofii życia, fenomenologii, hermeneutyki… Z drugiej strony jednak istnieje wielu myślicieli, którzy nigdy nie byli kojarzeni z żadnym z tych nurtów, kierunków czy szkół, ale rozwijali pewną bardzo ważną problematykę. I to właśnie (a nie metoda filozofowania) ich ze sobą łączyło. Na przykład wielu myślicieli zajmowało się w XX wieku filozofią polityczną. Inni, stosując różne metody, byli skupieni wokół problemu religii, i tak dalej. Mamy więc filozofię religii, filozofię kultury, XX-wieczną metafizykę… Tym problemom, łączącym myślicieli różnych tradycji, będzie przede wszystkim poświęcona część druga. Chciałbym tam także zająć się pograniczami filozofii i innych nauk, na przykład fundamentalnym pograniczem filozofii i psychologii. Niektórzy filozofowie byli przecież wybitnymi psychologami (np. Brentano czy James), a wielu psychologów wpływało na filozofię (choćby Freud czy Lacan). Znajdzie się tam również pogranicze filozofii i socjologii (na przykład Max Weber), filozofii i literatury (np. Cioran). Tych „pograniczy” jest bardzo dużo, aż po pogranicze filozofii i nauk ścisłych, po ezoterykę wręcz, religioznawstwo, teologię…

Rozpoczynając wieloletnią pracę nad Historią filozofii XX wieku zdecydowałeś się otworzyć w swojej karierze filozofa w pewnym sensie nową drogę – drogę historyka filozofii. Wiemy, że te dwie profesje nie zawsze idą w parze. Czytając kolejne rozdziały pierwszego tomu, trudno oprzeć się wrażeniu, że w tej pracy historyka dzieje się coś niesłychanie ważnego w sensie istotowym – że tam się dzieje poważna, wielka filozofia. Czego się dowiedziałeś o samej filozofii, badając, przedzierając się przez kolejne dzieła współczesnych myślicieli? 

Przede wszystkim tego, że wciąż powracają te same odwieczne pytania, problemy, które na nowo stawiają kolejne pokolenia. Myślę tu na przykład o ogromnej fascynacji neokantystów Platonem – o odkryciu przez nich Platona jako myśliciela krytycznego. Problem polega na tym, że – mając wiedzę o przeszłości – w każdym pokoleniu musimy ją na nowo przemyśleć ze względu na sytuację, w jakiej się znajdujemy. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że historia myśli ludzkiej jest historią tych właśnie odwiecznych problemów, pytań, celnie sformułowanych kiedyś przez Kanta: „co mogę wiedzieć?”, „co mam czynić?”, „czego się spodziewać?”, „kim jest człowiek?”. To pokazuje, że natura ludzka pod pewnym względem się nie zmienia. Że w zasadzie na pewne pytania antyczni myśliciele potrafili znaleźć nawet lepsze i celniejsze odpowiedzi niż my czynimy to obecnie – i to jest zaskakujące, kiedy je nagle u nich odnajdujemy. Że rację ma Gadamer, kiedy pokazuje, iż humanistyka tym się różni od nauk przyrodniczych, że nie chodzi w niej o przedmiot, tylko o podmioty: żywych myślicieli i żywe osoby, które o czymś nam mówią, ale mówią to z perspektywy własnego doświadczenia. W ten sposób historia jest miejscem, w którym możemy spotkać się z tymi rozmaitymi perspektywami i doświadczeniami. Paul Ricoeur bardzo pięknie kiedyś powiedział, że filozofia to taki nieustanny dialogi z różnymi ideami poprzez historię.

Badając XX-wieczną filozofię, zrozumiałem, że myślenie jest czymś ogromnie fascynującym, żywym. Nie wiem, na ile mi się to udaje, ale próbuję często oddawać głos różnym filozofom, by mogli przemówić swoim własnym językiem. Chciałem bowiem uniknąć maniery profesora Władysława Tatarkiewicza, sprowadzającej wszystko do jednego wymiaru. Nie chciałem pokazywać filozofii jako uporządkowanej gabloty pełnej przyszpilonych motyli podzielonych według gatunków, kolorów i rodzajów. Pragnąłem tak ją zaprezentować, żeby miała w sobie coś żywego i jednocześnie inspirującego.

Dzięki temu Historię filozofii XX wieku rzeczywiście czyta się trochę jak kryminał, a trochę jak dobry scenariusz z podziałem na role. To dzieło ogromne, ale przy tym nie jest ono hermetyczne, nie jest trudne… 

Staram się pisać historię filozofii z perspektywy przenikania filozofii i wszystkich innych kierunków humanistyki: literatury, psychologii, socjologii, teologii, religioznawstwa – ale także nauk politycznych i społecznych. Jednocześnie pamiętam do dziś takie „przykazanie” Tischnera, który – kiedy zaczęliśmy pisać prace seminaryjne – powiedział, iż musimy postawić sobie koło biurka siedem koszy, a z drugiej strony posadzić przedszkolaka – i pisać dla niego, tak żeby on to zrozumiał. A to, czego nie zrozumie ów przedszkolak, ma wylądować w koszu… Przyznam, że nie miałbym odwagi zająć się całą historią filozofii (także nurtami myśli analitycznej, na której znam się o wiele mniej), gdybym sobie nie obiecał, że będę to pisał tak długo, dopóki ja sam tego nie zrozumiem. Stąd dążenie do tego, żeby pisać w sposób klarowny i jednocześnie żywy.  Tak żeby czytelnik miał świadomość, że to jest interesujące i ważne. Te siedem koszy i przedszkolak to metafora, za którą kryje się głęboka idea szacunku dla drugiego człowieka. Szacunku dla myślicieli, dla których, skoro poświęcili życie swej pracy twórczej, pewne idee i problemy miały fundamentalny sens. Szacunku dla czytelników, którzy mają prawo zrozumieć o co w tych problemach i ideach chodzi.

Ta praca spełni swą rolę wtedy, kiedy stanie się początkiem nowych badań. De facto to już się dzieje. Wkrótce do obrony pracy przystąpi jeden z moich doktorantów. Pisał ją na podstawie tej nowej metody – i prowadzi ona do naprawdę niezwykłych wyników. Jeżeli badania rzeczywiście pójdą w tym kierunku, to – jak sądzę – czeka nas jakaś rewolucja, jakieś ogromne ożywienie filozofii. A kiedy ono nastąpi, to być może zacznie się wiek XXI. 


Tadeusz Gadacz, Historia filozofii XX wieku. Nurty, tom I, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata