70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Biskup Grabska

Bliskim współpracownikom i znajomym, nawet tym dużo młodszym, proponowała, żeby zwracali się do niej per „Stacha”. My, młodzi wówczas redaktorzy ,,Tygodnika Powszechnego” i „Znaku”, którzyśmy mieszkali w Krakowie i Panią Stachę widywali jedynie od wielkiego święta, pozostawaliśmy poza tym kręgiem bliskości.

Nie mówiliśmy więc o niej „Stacha”, tylko… „biskup Grabska”. W tym określeniu krył się oczywiście żart, może nawet lekka ironia. Ale był to również z naszej strony znak szacunku. Nieudolna próba docenienia mądrości Stanisławy Grabskiej – kobiety, która swą kompetencją teologiczną dorównywała następcom apostołów.

Pierwsza połowa jej życia w ogóle nie zapowiadała, że Grabska zajmie miejsce w dziejach polskiej teologii współczesnej. Tę część jej biografii wypełniała raczej sztuka (studia w Szkole Sztuk Plastycznych we Lwowie, a następnie w warszawskiej ASP, specjalność: tkanina artystyczna) i działalność społeczna. Bo urodzona w 1922 roku we Lwowie córka prof. Stanisława Grabskiego, wybitnego polityka i ekonomisty, zdradzała wyraźną żyłkę społecznikowską. Ale czyż mogło być inaczej? W przygotowanej przez Magdalenę Bajer audycji poświęconej rodzinie Grabskich (Radio Bis, 2001) Pani Stacha wspominała, że „o polityce słyszała codziennie. Ojciec zabierał ją na wykłady i odczyty. (…) Obserwowała proces rozchodzenia się z Dmowskim, współpracę z Witosem, zaangażowanie w służbę publiczną do końca życia”.

W tekście, jaki powstał na marginesie tego słuchowiska, Magdalena Bajer pisała o Stanisławie Grabskiej, że:

była „zapatrzona w ojca”, co przybierało niekiedy zabawne formy, jak na przykład niedbałość o wygląd zewnętrzny i panujące mody (na wzór młodego socjalisty [jej ojca], o którym tropiące go władze carskie pisały: „zaniedbany w ubraniu i zaroście”). Owo zapatrzenie dotyczyło przede wszystkim rzeczy ważniejszej: podstawowego odniesienia poglądów politycznych do moralnego wymiaru politycznych działań.

Kiedy wybuchła wojna, Grabska zaangażowała się w działalność konspiracyjną: w ZWZ i AK, a potem w organizacji „Nie”. Podczas niemieckiej okupacji, we Lwowie, miała „mocne” papiery chroniące ją przed wywózką – pracowała jako preparatorka wszy w prowadzonym przez Rudolfa Weigla instytucie badań nad tyfusem plamistym.

Równolegle z twórczością artystyczną i powołaniem do pracy społecznej dojrzewało w niej zainteresowanie sprawami wiary. Rozbudził je dom rodzinny, w którym panował „pluralizm postaw” (i było rzeczą oczywistą, „iż o sprawach wiary się dyskutuje i że każdy ma prawo do własnego poglądu”), oraz szkoła powszechna prowadzona przez urszulanki. Szczególnie ważną osobą okazała się dyrektorka, matka Gregoria, która „prostym opowiadaniem o swoim powołaniu budziła (…) zaufanie do Boga”. Kto wie, może to właśnie te opowieści lwowskiej zakonnicy przyczyniły się do tego, że Stacha w czasie wojny zapisała się do działającej przy kościele Jezuitów sodalicji mariańskiej. Jej celem było rozwijanie życia wewnętrznego i praca nad przemianą rzeczywistości w duchu chrześcijańskim.

Wydawało się nam wówczas – pisała trzydzieści lat później – iż my, młodzi katolicy, zmienimy cały świat na lepszy. Angażowałyśmy się równocześnie w tajne kursy wiedzy religijnej i w pracę społeczną. Kursy przygotowywały do prowadzenia dyskusji i do nauczania religii. Praca społeczna to była głównie opieka nad rodzinami gruźliczymi.

W treści owych kursów przeważała apologetyka i etyka, mająca charakter w dużej mierze jurydyczno-kazuistyczny. Religijność budowana na takim fundamencie nie zawsze wytrzymywała w starciu z życiem, które uczyło Stanisławę Grabską, „iż są sytuacje krańcowe, w których (…) sama musi decydować się na ryzyko, szukając możliwie autentycznego zrozumienia, czego Bóg w danej sytuacji od niej żąda”.

Na szczęście już wtedy czytywała dobrą literaturę duchową: Wyznania św. Augustyna, pisma św. Jana od Krzyża i św. Teresy z Avila. Interesowała się również Pismem Świętym. „Wyczulenie na Biblię i mistykę w teologii – powie po latach – pozostało we mnie do dzisiaj”.

W 1945 roku Grabscy opuścili Lwów i przenieśli się do Warszawy. W stolicy Pani Stacha podjęła pracę w Bibliotece Narodowej, a potem – po zrobieniu dyplomu na ASP (w 1957 roku) – w Biurze Wzornictwa Przemysłu Lekkiego. Zaczęła też pisywać na tematy religijne, początkowo do szuflady. Namówił ją do tego ks. Jan Dorda, jezuita, pierwszy czytelnik i recenzent jej tekstów. To pomogło Stanisławie Grabskiej uporządkować myślenie o Bogu. Przygotowało do realizacji życiowej misji i prawdziwej pasji, jaką okazało się uprawianie teologii. W połowie lat sześćdziesiątych, w czasie Soboru, dojrzała w niej myśl o podjęciu studiów teologicznych na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim (najpierw w trybie zaocznym, później – stacjonarnym), co w praktyce nie było łatwe. Musiała się przecież z czegoś utrzymywać – i zajmować się chorą matką. Znajomi przyjęli tę decyzję bez zdziwienia, bo – jak mówił na jej pogrzebie Tadeusz Mazowiecki – ona myślała teologicznie, zanim te studia rozpoczęła.

Wtedy, w latach sześćdziesiątych, KUL-owscy teologowie nie nadążali za rozwojem europejskiej teologii i chyba nie do końca pojmowali, co naprawdę wydarzyło się na Soborze. To było „swoiste doświadczenie” – opowiadała w udzielonym Irenie Stopierzyńskiej wywiadzie-rzece Ciekawość nieba, ciekawość ziemi. – „Większość wykładów była jeszcze o dobre pół wieku spóźniona w stosunku do Zachodu”. A ona wtedy już czytała (w oryginale, ze słownikiem w ręku) książkę de Lubaca o Eucharystii i prace Rahnera. Kiedy prof. Jerzy Kłoczowski zapytał ją, dlaczego studiuje na KUL-u – czyżby łudziła się co do poziomu uprawianej tu teologii? – odpowiedziała, iż żadnych złudzeń nie ma, a główna korzyść, jaką wynosi z tych studiów, polega na zrozumieniu, „dlaczego tak trudno niekiedy dogadać się z księżmi, którzy przeszli podobną formację teologiczną”.

Na szczęście byli w Lublinie również profesorowie, których chciała słuchać, między innymi: ks. Tadeusz Styczeń – etyk, o. Stanisław C. Napiórkowski – dogmatyk oraz ks. Kazimierz Romaniuk – biblista. U tego ostatniego Stanisława Grabska, dobiegająca już wtedy pięćdziesiątki (i starsza od swojego promotora), napisała pracę magisterską o „Wolności chrześcijańskiej u św. Pawła i św. Mateusza”.

Wówczas świecka kobieta nie miała w Polsce szans na doktorat z teologii. A ona pragnęła dalej studiować, kontynuować to, do czego czuła się powołana. Z pomocą przyszedł kardynał Karol Wojtyła, który – przekonany przez Halinę Bortnowską – załatwił Grabskiej stypendium na katolickim uniwersytecie w Louvain, w Belgii. Spędziła tam „cudowne trzy lata” (1970–1973). Jej wykładowcami byli światowej sławy uczeni, między innymi: Gustav Thils i Philippe Delhaye, promotor jej rozprawy doktorskiej. Grabska analizowała w niej, na ile trzej współcześni teologowie (Mouroux, Spicq i Rahner), pisząc o wolności, inspirowali się myślą św. Pawła.

Obrona pracy stanowiła w Louvain prawdziwe wydarzenie. Bo Stanisława Grabska była pierwszą świecką kobietą, która uwieńczyła swoje studia na tym uniwersytecie doktoratem z teologii. Zdaje się, że namawiano ją potem na robienie habilitacji (w Polsce, na jednej z uczelni teologicznych). Wydaje się nawet, że zaczęła tę dysertację pisać… Krążyły na ten temat rozmaite plotki. Sam niejedno słyszałem o kłodach, jakie jej – świeckiej kobiecie – z tego powodu rzucano pod nogi. W końcu nic z habilitacji nie wyszło, natomiast w 2002 roku w Wydawnictwie Tynieckim ukazała się poważna książka naukowa jej autorstwa: Jan III, teologia tekstów redaktora kościelnego Ewangelii według św. Jana. Niedoszła rozprawa habilitacyjna? Być może…

Pomimo dyplomu, wiedzy teologicznej („nieprzeciętnej” – jak mówią znawcy) i wyraźnych talentów pedagogicznych doktor Grabska nie miała szans na znalezienie pracy w którejś z polskich uczelni teologicznych. Od czasu do czasu zatrudniały ją uczelnie świeckie: stołeczna PWST (wiedza o teatrze) i Uniwersytet Warszawski (religioznawstwo), gdzie prowadziła wykłady na temat symboli biblijnych w kulturze europejskiej.

Ideowym zapleczem, miejscem, w którym chciano jej słuchać, okazał się warszawski Klub Inteligencji Katolickiej. Grabska była jego współzałożycielką (w 1956 roku), aktywną działaczką, etatowym pracownikiem, wiceprezesem, a w końcu – w latach 1990–1994 (kiedy wielu członków Klubu odeszło do polityki) – prezesem.

Początkowo zajmowała się w KIK-u organizacją wykładów – później, w miarę, jak rosła jej wiedza teologiczna, sama zaczęła wygłaszać rozmaite odczyty i prelekcje. Nie tylko w Warszawie, ale i w całej Polsce (na przykład w ramach Dni Kultury Chrześcijańskiej). Ich tematy były różne: „od pogadanek dla rodziców dzieci przygotowujących się do I Komunii świętej po prelekcje dla studentów z zakresu nauki społecznej Kościoła i biblistyki”.

Wielką jej pasją stało się wspólnotowe czytanie i komentowanie Pisma Świętego. Organizowała je w Klubie – i u siebie w domu, między innymi dla eks-księży. Warto bowiem wiedzieć, że Grabska regularnie spotykała się z byłymi księżmi, żeby się z nimi modlić i wspólnie szukać ich nowego miejsca w Kościele. Oraz odpowiedzi na pytanie, czego w tej trudnej sytuacji oczekuje od nich Pan Bóg. W sprawie księży, którzy porzucili kapłaństwo, pisała ponoć nawet do Jana Pawła II (żeby nie ociągał się z ich sekularyzacją – i dopuszczeniem do sakramentów). List był odręczny, pełen skreśleń (powtarzam za świadkiem, który go widział i wiózł do Watykanu) – tak jak się pisze do osoby bliskiej, na przykład do ojca, a nie do VIP-a. Wkrótce zresztą przyszła odpowiedź – także odręczna. I bardzo ciepła. (Był też jeszcze jeden, co najmniej, ważny list do Ojca Świętego: z prośbą o odwołanie ekskomuniki dla mariawitów).

Trzeba to powiedzieć: Stanisława Grabska była prawdziwym duszpasterzem. „Ludzie wiedząc, że jestem teolożką – mówiła Irenie Stopierzyńskiej – przychodzili do mnie na rozmowy o wierze. Przychodziły też osoby niewierzące…”. Iluż dzięki niej zaczęło chodzić do kościoła. Ilu – po latach – przystąpiło do spowiedzi!

Warszawski KIK stanowił miejsce, w którym realizowała swoje powołanie świeckiego chrześcijanina – do bycia w świecie (właśnie jako uczennica Jezusa Chrystusa), do apostolstwa. To właśnie stąd podejmowała działania na rzecz swoich dwóch „ojczyzn”: Kościoła i Polski. W artykule opublikowanym na łamach „Tygodnika Powszechnego” Zbigniew Nosowski wspomina jej spotkanie z ks. Bronisławem Dembowskim w roku 1965:

Rozmawiali obydwoje o Kościele w Polsce. Grabska mówiła mocno krytycznie, więc ks. Dembowski wziął głęboki oddech i zaczął Kościoła bronić. W odpowiedzi usłyszał: „Niech ksiądz spróbuje zrozumieć, że mnie na Kościele zależy tak samo jak księdzu”.

Stanisława Grabska szybko pojęła istotę odnowy Kościoła, jaką zainicjował II Sobór Watykański, i zaczęła do niej przekonywać wiernych i pasterzy Kościoła w Polsce. W 1967 roku – delegowana przez Komisję Episkopatu ds. Apostolstwa Świeckich, którą kierował wówczas kard. Wojtyła – wzięła udział w III Światowym Kongresie Apostolstwa Świeckich w Rzymie. Po powrocie do Polski delegaci poprosili o spotkanie z kardynałem Wyszyńskim, żeby przedstawić mu wyniki kongresu i postulaty dotyczące wprowadzenia w życie reform soborowych. Jednak Prymas, przynajmniej wtedy, nie był człowiekiem otwartym na takie argumenty ludzi świeckich…

W latach 60. i 70. Klub inicjował ważne sesje na tematy społeczne; Grabska prawie zawsze brała w nich czynny udział. Spotkania te miały (czasem dużo później, nie bezpośrednio po ich zorganizowaniu) ogromny wpływ na postawy polskich katolików (na przykład sesja na temat encyklik Jana XXIII – w 1963 r., czy praw człowieka – w 1977 r.).

Począwszy od drugiej połowy lat 70., KIK coraz mocniej angażował się w życie społeczne. I ta działalność zaczęła pochłaniać także ówczesną panią wiceprezes. W 1976 roku, kiedy część członków KIK-u podpisała apel o uwolnienie uwięzionych i przywrócenie do pracy zwolnionych uczestników wydarzeń czerwcowych, Grabska na Walnym Zebraniu Klubu mówiła o

chrześcijańskiej konieczności brania zawsze strony ludzi pokrzywdzonych (…). My się w takie rzeczy chcemy i musimy włączać. Sądzę, że na tym polega jakaś wiarygodność naszego chrześcijaństwa. Ono ma (…) wymiar społeczny, i nie możemy się uchylać.

To jej zaangażowanie stało się szczególnie intensywne w latach 80: w stanie wojennym i bezpośrednio po nim. To wtedy, w czasie pielgrzymki działaczy KIK-ów na Jasną Górę, poprowadziła słynną Drogę krzyżową rozwijającą idee walki non-violence. Po tym tekście władze państwowe miały do niej pretensje. Uważano ją – skonstatuje po latach – „za kogoś podobnego do Tadeusza Mazowieckiego, za takiego opozycyjnego »jastrzębia« klubowego”. Nikt nie był też specjalnie zdziwiony, kiedy zaproszono ją do udziału w Komitecie Obywatelskim przy Lechu Wałęsie. Podczas obrad Okrągłego Stołu z ramienia opozycji przewodniczyła grupie roboczej ds. stowarzyszeń. Ale kiedy doszło do wyłaniania kandydatów na posłów i senatorów – odeszła tam, skąd przyszła: do KIK-u. Mówiła bowiem, że „nie chce przekroczyć granic kompetencji”, a poza tym pragnęła prowadzić pracę formacyjną na rzecz „postawy otwartej, ewangelicznej, postawy miłości i pojednania, postawy ekumenicznej i zrozumienia dla inaczej myślących”. Była to, jej zdaniem, „jedna z najważniejszych spraw – tak dla przyszłości Polski, jak i Europy oraz świata”.

Jej prezesowanie w Klubie przerwała ciężka choroba (zator mózgu). Wyszła z niej i, po rehabilitacji, wróciła do pracy w KIK-u. Niemal do końca życia była zaangażowana w szeroko pojętą katechizację dorosłych. Jako teolog i myśliciel religijny sporo pisała. Dawniej przede wszystkim do „Znaku” i „Więzi”, do „Tygodnika Powszechnego” i do „Niedzieli”. Oczywiście: między innymi, bo pism, które chciały ją drukować, było kiedyś całkiem sporo.

Opublikowała siedem książek, między innymi: Pacierz w Biblii zakorzeniony (1983) i Człowieka wobec Trójcy Świętej (1990). W ostatnich latach żaliła się czasem, że – czy to ze względu na jej wiek i stan zdrowia, czy też z powodu przykładania przez nią coraz mniejszej wagi do formy tekstów, ich stylu etc. – przestano u niej zamawiać artykuły. Pojawiły się też problemy ze znalezieniem wydawcy dla dwóch ostatnich książek (Symbole i idee biblijne w naszym życiu oraz Bóg jest miłością). A ona tak chciała być potrzebna. Była już po osiemdziesiątce, kiedy mówiła:

Teren mojej pracy świeckiego teologa znacznie się skurczył – i właściwie ogranicza się do KIK-u i do wspomagania pisemka parafialnego darmowymi artykułami. Niewiele to, ale zawsze jest to jakiś sposób wywiązywania się z zadania świeckiego teologa na tyle, na ile ktoś jeszcze chce tej mojej pracy.

Zmarła 13 listopada 2008 roku w Sulejówku. Nazajutrz w „Gazecie Wyborczej” Jan Turnau napisał: „To brzmi potwornie banalnie i patetycznie, ale Stacha była naprawdę wielką postacią”.

Teraz, kiedy jej zabrakło, będziemy sobie z tego zdawać sprawę coraz częściej i coraz mocniej. Bo nie ma nikogo, kto mógłby ją zastąpić.

*

Teologia Stanisławy Grabskiej nie była może szczególnie oryginalna. Ona jednak nigdy nie miała pretensji do oryginalności i prekursorstwa, a uprawianą przez siebie teologię nazywała „opowiadającą”. Opierała się przede wszystkim na Biblii – i pytała, co jej treść znaczy dla nas dzisiaj. Tak rozumiała swoje powołanie świeckiego teologa: chodziło o to, żeby „przekładać wyznanie wiary z języka kościelnego, naukowego, na język przeciętnego inteligenta, i nie tylko inteligenta…”. To nie była tylko popularyzacja – raczej myślenie religijne, teologia naprawdę „żywa”, która znajdowała oddźwięk w sercach i postawach jej słuchaczy i czytelników.

Mistrzem był dla niej Karl Rahner. Powtarzała za nim, że marna jest teologia, która nie szuka odpowiedzi na najważniejsze egzystencjalne pytania. W tym kontekście szczególnie ważne i przejmujące wydaje mi się podjęcie przez Grabską problemu cierpienia. Odważyła się na to dość późno, już po ciężkiej chorobie oraz po długiej walce – o życie i jego jakość. Cierpienie jako takie – mówiła – „nie jest wzniosłe”.

Sam Pan Jezus nie prawił chorym kazań o wartości cierpienia, lecz ich uzdrawiał i wziął na siebie cierpienie świata (…), i ukazał, że można w taki sposób podejmować cierpienie, by miłością nadać mu wartość.

Grabska nie uprawiała żadnej teodycei, nie próbowała usprawiedliwiać Boga. W swojej refleksji na temat cierpienia szła (nie wiem, na ile świadomie) za kabalistycznym konceptem samoograniczenia Boga:

Bóg ograniczył swą wszechmoc. Widocznie kwadraturą koła byłoby stworzenie świata wolnego, zdążającego do swej pełni, bez cierpienia i śmierci. Cierpienie jest jakąś ceną wolności, a także ceną za stworzenie świata dążącego do pełni. Ten świat niedokończony (…) daje nam szansę twórczości. (…) Ludzkie tworzenie i przetwarzanie, ta niedokończoność świata i nas samych zawiera w sobie też przemijanie i cierpienie (i ryzyko błędu oraz grzechu). Ale tylko taki niedokończony świat mógł stać się światem wolności, twórczości i miłości…

Z polskich myślicieli szczególnie ceniła ks. Wacława Hryniewicza: za jego wizję Boga współcierpiącego ze swoim stworzeniem, za teologię nadziei oraz za perspektywę ekumeniczną – „zdolność dostrzegania komplementarności teologii różnych wyznań chrześcijańskich”.

Myślała bardzo podobnie.

Kiedy dziś, w grudniu 2008 roku, patrzę na jej dzieło (żywe zwłaszcza w ludziach) i książki (na przykład Nadzieję, która jest wezwaniem), przychodzi mi na myśl, że Grabska ma coś wspólnego również z ks. Józefem Tischnerem (jako autorem Etyki solidarności, a potem Nieszczęsnego daru wolności) i ks. Franciszkiem Blachnickim. Wszyscy troje uprawiali bowiem polską wersję teologii wyzwolenia. Po prostu: teologię wolności. W tym nurcie mieszczą się również jej teksty o konieczności odrzucenia przez Kościół pokusy, jaką daje władza, i porzucenia religii jako ideologii.

W tym kontekście warto wspomnieć również o jej eklezjologii. Stanisława Grabska rozwijała teologię Kościoła jako communio, zgromadzonej wokół Jezusa Chrystusa wspólnoty duchownych i świeckich. To pociągało za sobą „odejście od podziału na słuchających i nauczających”. W swoim myśleniu o Kościele używała czasem pojęć z dziedziny politycznej: powiadała na przykład, że jesteśmy wszyscy „obywatelami Kościoła”. A kiedy jej zarzucano, że miesza ze sobą dwa różne języki (język polityki i teologii), przypominała, iż terminologii politycznej używał już… Jezus, kiedy mówił o „królestwie”.

Jej status teolożki świeckiej uprawniał ją do wypowiadania się na temat traktowania kobiet w Kościele oraz do rozwijania teologii laikatu i budowania specyficznej, nie quasi-zakonnej „duchowości świeckich”, traktującej „świat” jako miejsce spotkania z Bogiem, a nie rzeczywistość, od której trzeba uciekać w sferę sacrum. Dla niej ten świat i drugi człowiek były „sakramentem Boga”. I tak:

modlitwa człowieka świeckiego nie powinna polegać na wyrzucaniu z myśli spraw świeckich, by skupić się na samym Panu Bogu. To właśnie z tym bagażem, z tym workiem spraw świeckich, przychodzę i wysypuję je przed Bogiem.

Kładąc fundament pod duchowość świeckich, Grabska zwracała szczególną uwagę na konieczność osobistej lektury Pisma Świętego i „wysiłek wprowadzania życia Pismem w swoje bycie w świecie”. Ona sama była w tej Księdze naprawdę rozkochana – mawiała, że to Biblia stanowi centrum jej życia religijnego. Czytała ją (i popularyzowała) na podobieństwo Ojców: jako słowo życia, codzienny pokarm. Jak przypomniał niedawno Zbigniew Nosowski, kiedy doznała wylewu, „pierwszą rzeczą, o jaką poprosiła w szpitalu, była właśnie Biblia. Bez niej nie mogła świadomie żyć”.

Z biegiem lat wydawała mi się coraz bardziej podobna do Maryi – „słuchaczki Słowa”, jaką znamy zwłaszcza z Magnificat, który jest przecież niezwykle radykalnym programem działania przenikniętego modlitwą. Świadectwem życia całkowicie skierowanego ku Bogu – i pojętego jako powołanie. Tak też rozumiała swój celibat. Pisała, że to jest

szansa służby wszystkim, którzy mogą mnie potrzebować, Sądzę, iż w celibacie chodzi o to, by wciąż być „kimkolwiek”, kto się właśnie napatoczył i może się przydać – a zarazem o to, by nikt dla mnie nie był „kimkolwiek”. Chodzi też o to, by mieć gotowość przyjaźni i towarzyszenia temu, kto tego chce i kogo to jakoś żywi – i gotowość odejścia, gdy się jest niepotrzebnym. Niewątpliwie Bóg zostaje wtedy jakimś centrum intymnego życia…

Niezwykle przejmująco brzmią dziś, po jej śmierci, słowa zapisane w książce Ciekawość nieba, ciekawość ziemi:

Okropnie jestem ciekawa, jak to będzie, gdy umrę. (…)

Mam nadzieję, że gdy będę umierać, Pan Jezus przyjdzie po mnie i przeprowadzi przez śmierć do domu Ojca – i że to będzie prawdziwy nasz dom rodzinny.

*

Pierwsza książka Stanisławy Grabskiej nosiła tytuł: Nadzieja, która jest wezwaniem (1980), ostatnia: Bóg jest miłością (2004). To oczywiście przypadek, niemniej trudno mi oprzeć się wrażeniu, że oba te tytuły opisują całe jej przeszło osiemdziesięcioletnie życie rozpięte pomiędzy nadzieją (która wzywa i zobowiązuje do działania) a Miłosierdziem

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata