70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Rocznica jest dobrze obchodzona, jeśli przynosi rozdmuchanie ocalałych iskier. Albo gdy z zielnika uda się wydostać nasionko, które wykiełkuje.

Warto podejmować takie próby.

W grudniu 2008 przypadła 60 rocznica Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. „Znak” uczynił prawa człowieka tematem miesiąca pod znamiennym tytułem: „Zawieszone do odwołania?”.

Gdy to piszę, grudzień właśnie się kończy. Świątecznej końcówce towarzyszy pokusa przedwczesnego podsumowania. W tej rubryce ma ono charakter bardzo osobisty, tylko taki. Przyglądam się temu, co do mnie dotarło; zajmuję się tym, co szczególnie zmusiło mnie do myślenia.

– Wracam do pytania o „zawieszenie” praw człowieka i o szansę odzyskania prawomocności. Najpierw spróbuję rozważyć kwestię poniekąd analogiczną: czy popełnianie grzechu zawiesza przykazanie? Tak, ale tylko wtedy, gdy grzesznik nie tylko łamie zakaz, lecz także przeczy jego istnieniu i obowiązywaniu, na przykład gdy ktoś naprawdę sądzi, że jemu w danej sytuacji wolno tak postąpić.

Nieczułe, zdeformowane sumienie „zawiesza” prawo, bo uległo uszkodzeniu i nie działa. To jest nieszczęście.

Podobnie jak przykazania, prawa człowieka wskazują wartości, które zobowiązują, choć ludzie potrafią odciąć się od nich, nie uznawać powinności wynikających z tego, że jesteśmy sobie nawzajem bliźnimi. Powszechna Deklaracja potwierdziła te powinności w imieniu ludzkości. W tym leży jej siła. Nikt nie może wyeliminować ze świadomości ogólnoludzkiej praw człowieka ani nawet ich zawiesić.

– Z biegiem czasu rozwinęły się różne narzędzia prawne służące egzekucji praw człowieka – konwencje, karty i trybunały. Potrzebni są ludzie gotowi używać tych narzędzi. Trzeba je znać i umieć wybierać najwłaściwsze. Z okazji jubileuszu Deklaracji sporo o tym mówiono. Słuchając, doszłam jednak do wniosku, że w edukacji na rzecz przestrzegania praw człowieka warto byłoby zadbać o żywszy kontakt z wartościami, z filozofią, która jest źródłem siły napędowej. To filozofia udostępnia ogląd tego, o co chodzi w prawach człowieka. Myślę tu najpierw o filozofii człowieka, potem o rozpatrywaniu i uzasadnianiu tych praw, ujęciu ich istoty. Podobnie jak etyka rozwija się wokół opisu i analizy tego, jak podejmowane są decyzje etyczne, można by rozwijać naukę o prawach człowieka, opisując wnikliwie i analizując sytuacje, w których ludzie, powołujący się na te prawa, akceptują powinności z nich wynikające.

*

– Narzędzia ochrony praw człowieka nie są doskonałe. Pod koniec XX wieku i przez pierwsze lata wieku XXI obserwowano ich rozwój, przede wszystkim w kontekście europejskim. Wybór Baracka Obamy może przyczynić się do odtworzenia euroatlantyckiej strefy, w której obowiązuje priorytet praw człowieka; priorytet wyraźnie deklarowany, na który można się powoływać. To na pewno sprzyjałoby poprawie sytuacji rzeczywistej. Gotowe narzędzia pobudzają do akcji – dziecko maluje, bo dostało papier i farby. Prawa człowieka chroni zgodne z nimi prawodawstwo.

Ale jednak – jak się starałam wyjaśnić w rozmowie z Ewą Zbiegieni[1] – to nie same narzędzia są motorem akcji na rzecz praw człowieka, lecz raczej etos, który skłania do przyjęcia i stosowania zasad. Chirurg może z upodobaniem sięgać po nowy, ulepszony lancet, ale doskonali się w swej sztuce przede wszystkim dlatego, że chce czynić dobrze pacjentom i z tego rodzaju osiągnięć czerpie satysfakcję.

– Może się mylę, ale mam wrażenie, że pod koniec sześćdziesięciolecia dzielącego nas od ogłoszenia Powszechnej Deklaracji tworzenie i ulepszanie prawnych narzędzi ochrony praw człowieka poniekąd przeważało nad pogłębieniem ich uzasadnień i pracą wychowawczą, rozbudowywaniem etosu.

– W kwestii uzasadnień – szukania odpowiedzi na pytania: „Dlaczego prawa człowieka”?, „Czy rzeczywiście i dlaczego mają obowiązywać wszędzie i wszystkich?”, „W czym ugruntowana jest ich niezbywalność?”, „Skąd się bierze to, co nazwałam asymetrią?”, czyli dziwny fakt, iż miarą praw i wolności jednostki nie jest wypełnianie przez nią obowiązków. Dlaczego gwałciciel, pedofil czy morderca nie tracą prawa do integralności fizycznej i psychicznej – przecież są sprawcami przerażającej krzywdy…

Dlaczego uważamy – jeśli tak uważamy? – że nie wolno zadać zbrodniarzom krzywdy równej czy tej samej?

– Chcąc się zająć tymi pytaniami, musimy wejść w strefę różnic filozoficznych i światopoglądowych. To budzi opory. Powszechna Deklaracja jest „powszechna” na zasadzie „bo tak”. Jej autorytet opiera się na umowie, iż sygnatariusze postanawiają proklamować takie zasady. Treść Deklaracji ma swoje źródła, ma historię. Ogłoszenie Deklaracji było jednak możliwe właśnie dlatego, że nie usiłowano uzgadniać poglądów na historię, na źródła czy na filozofię…

Nadal byłoby to niemożliwe. Ale widzę też celowość rozwijania różnych uzasadnień uwzględniających etos praw człowieka, różne jego wątki, postacie i konstrukcje. Odmienne światy etyczne nie muszą konkurować ze sobą, zwłaszcza gdy wywodzi się z nich zbieżne wnioski. To stwarza klimat dla dialogu i poważne motywacje, by go uprawiać i zarazem współdziałać praktycznie w obronie zagrożonych praw człowieka. Jestem przekonana, że bardzo ważny i owocny byłby na przykład dialog z intuicjami etycznymi obecnymi w kulturze chińskiej, a zwłaszcza w filozofii i ruchach religijnych czy kultowych.

Do odszukania byłoby najpierw miejsce dialogu, porozumienie się bez agresji; potem świadomy dialog na tej płaszczyźnie – w strefie głębokich uzasadnień. Taki dialog wydaje się ogromnie ważny praktycznie dla uniknięcia zacieśniania obowiązywalności i sensu praw człowieka jedynie do strefy euroatlantyckiej, a w niej do środowisk, w których oczywiste są uzasadnienia typu oświeceniowego, formułowane w języku tej filozofii. A przecież treść Powszechnej Deklaracji można oprzeć – alternatywnie?, uzupełniająco? – również na nurcie chrześcijańskim, jak to praktykowała na przykład Barbara Ward, współtworząc nowoczesną wersję katolickiej nauki społecznej (tak można określić jej wkład w myśl katolicką, choć jej wpływ bezpośredni był szerszy).

–  Wśród obrońców praw człowieka ofiarnie działających w różnych punktach zapalnych są osoby różnych przekonań filozoficznych i religijnych. Zbliża je ku sobie rzeczywista współpraca, na przykład na rzecz więźniów, ofiar ludobójstwa, rasizmu, prześladowań motywowanych taką czy inną ideologią, walką z terroryzmem.

–  Refleksja filozoficzna i religijna powinna zasilić prawo humanitarne i pojmowanie praw człowieka na poziomie motywacji i siły obowiązywania – przede wszystkim w konkretnych sprawach, takich jak „nie” wobec kary śmierci, wobec tortur i używania ludzi – także siebie – jako samobójczego nośnika broni. W zakresie prawa humanitarnego rzecz idzie o ratyfikację konwencji ograniczających lub wykluczających produkcję, składowanie i użycie typów broni powodujących szczególnie okrutne okaleczenia i uderzających także w nieprowadzących walki.

–  Kościoły nie chcą niepokoić sumień producentów broni kasetowej i strategów sztabów wojskowych, którzy ją zamawiają. Mniej ostrożności w sądach obserwujemy, gdy chodzi o potępianie lekarzy i kobiet w takich kwestiach jak zapłodnienie pozaustrojowe. A może sumienia należy niepokoić właśnie w kwestiach, w których na pewno wiemy dosyć o złu i krzywdzie – jak w kwestii wojen nienazywanych wojnami, interwencji zbrojnych i tzw. wojny z terroryzmem naruszającej zakaz tortur i inne zakorzenione w tradycji normy humanitarne, prawa wolnościowe.

*

– Powszechna Deklaracja Praw Człowieka właściwie nie rozróżnia tak zwanych generacji praw człowieka. To rozróżnienie jest oczywiście potrzebne, wiele wyjaśnia, pozwala rozwinąć front poczynań reformatorskich skupionych na ulepszaniu ustawodawstwa, tak by było zgodne z treścią Deklaracji.

Wydaje się jednak, że obecnie potrzebny jest silniejszy drugi front, skierowany ku prawom społecznym. Zawsze był on frontem istotnym na obszarach groźnego, śmiercionośnego ubóstwa. Obecne wstrząsy finansowe i pytanie, jak zapanować nad bezrobociem, podnoszą aktualność praw społecznych i od nowa – realności wpływu obywateli na istotne dla nich decyzje gospodarcze. Realny wpływ wymaga realnej kompetencji, której zwykle nie wystarcza. Coraz większa powinna być rola negocjacji, porozumiewania się, osiągania zgody, kierowania się szeroko pojętą solidarnością. Być może zobaczymy, że konieczna jest solidarność właściwie powszechna. Ale jednocześnie może się okazać, że trudna sytuacja – wbrew rozumowi – raczej zaostrzy egocentryzm i egoizm. Energia społeczna może skierować się przeciw tym, którzy rzekomo wtrącają nas w kryzys albo we własnym tylko interesie narzucają kosztowne reformy. Czy społeczne prawa człowieka mogą stać się osią sensownych poczynań sprzyjających lepszemu losowi wszystkich?

Koniecznie trzeba sprawdzać to w praktyce.

Efekt odczłowieczenia

Wędrujący po Polsce festiwal filmów o prawach człowieka WATCH DOCS to doroczne wielkie rekolekcje wokół tego tematu, przegląd świadectw ludzi i świadectw sztuki. Ważne przeżycie, trwale rozszerzające horyzont doświadczenia. Dzielę się refleksjami na temat filmu, który w tym roku Festiwal rozpoczął.

Prosto w twarz. Od dłuższego czasu właściwie nie widzę ludzkich twarzy. Wyobrażam je sobie według tego, co przynosi głos czy bardziej dostrzegalne gesty. Film Errola Morrisa Standard Operating Procedure zmusił mnie do odnowienia doświadczenia: „spojrzeć – patrzeć prosto w twarz”. Było to tym bardziej przejmujące, że od tego odwykłam.

Twarze na ekranie były ogromne, wpatrzone w coś przed sobą, nie wiem w co i nie domyśliłam się też, do kogo ci ludzie tak mówią, komu odsłaniają rzeczywistość dotąd sobie tylko znaną.

Kim oni są? Trzy młode kobiety, kilku mężczyzn, wśród nich tylko jeden nieco starszy. Biali, jeden Afroamerykanin.

No tak, to w ogóle są Amerykanie. Kadra amerykańskiego więzienia śledczego w Iraku, Abu Ghraib, miejsca grozy.

Patrzę prosto w twarze oprawców, ich zeznań nie odtwarzają aktorzy – choć w tle pojawiają się rękopisy na żółtym liniowanym papierze, jakiego używają amerykańscy prawnicy. Czyje to notatki? Dla lepiej widzących mogą być wręcz czytelne. Czy to te zapiski są czytane, może uzupełniają to, co słyszymy?

O więzieniu Abu Ghraib wiem od dawna, od pierwszych sygnałów, świadczących, jak bardzo wojna w Iraku różni się od tego, w jaki sposób była z początku anonsowana i uzasadniana. Byłam wewnętrznie przygotowana na te sygnały. I także teraz na to, co ten film pokaże. Jednak nie na to patrzenie w twarze przerażająco zwykłych ludzi, bezradnych wobec tego, w czym uczestniczyli i co dokumentowali fotografiami. Po co robili takie zdjęcia? Myślałam, że być może z jakąś intencją doniesienia zwierzchnikom o przekraczaniu „standardowych procedur przesłuchania”. Ale wrażenie z filmu Morrisa tego nie potwierdza. Bardziej to wygląda na utrwalanie momentów silnych przeżyć, perwersyjnej rozkoszy, pójścia na całość.

Podejrzenie, że i taka motywacja prawdopodobnie miała swoją rolę, wcale nie rozjaśnia tajemnicy wydarzeń, które dokumentuje film Morrisa.

Swego czasu oglądałam znany film o stanfordzkim eksperymencie profesora Philipa Zimbardo. Przypomnę, że w tym eksperymencie zwykli ludzie, studenci, akceptowali polecenie wcielenia się w role strażników więziennych. I z własnej inicjatywy bardzo prędko zaczynali dręczyć osoby grające więźniów, posuwając się coraz dalej, tak że eksperyment trzeba było przerwać. Analogia z Abu Ghraib nasuwa się sama przez się. W roku 2007 profesor Zimbardo wydał książkę, w której podsumowuje swoje badania rozpoczęte w latach 70. Chodzi o uchwycenie, jak dochodzi do tego, że „dobrzy ludzie” wykonują czyny niewiarygodnie podłe i okrutne. Profesor Zimbardo nazywa to „efektem Lucyfera” (Anioła Światła, który stał się arcywrogiem Boga). Ta nazwa nie powinna mylić – w tej książce Zimbardo zajmuje się analizą psychologiczną i socjologiczną, nie teologiczną. Zgadzam się z jego diagnozą, zawartą w zamieszczonym na stronie internetowej http://www.lucifereffect.org komentarzu do nowej książki: najpilniejsza sprawa to nauczyć się, jak zapobiegać burzy zła, która lęgnie się w ludziach. Możliwa jest profilaktyka straszliwych wydarzeń, takich jak te, które ukazuje film Morrisa. Można zapobiegać banalizacji zła, trzeba to umieć i chcieć przedsięwziąć w porę. Dobrze, że książka profesora Zimbardo właśnie ukazuje się również po polsku. Bardzo chcę ją przeczytać. Nawet jeśli nie odpowie na teologiczne pytanie o Boga Miłosierdzia,  zadanie, jakie wskazuje Zimbardo – zapobiegać odczłowieczeniu – mogę interpretować jako wyraz pragnienia Boga i klucz do tego, jak żyć dalej: po Auschwitz, po Jedwabnem, po Srebrenicy, po Abu Ghraib.


[1] „Znak” 2008, nr 643 (przyp. red.).

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata