70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Priorytety… czyli to, co trzeba zrealizować najpierw, przede wszystkim to, na co musi starczyć środków i czasu, nawet wtedy gdy ich brak na rzeczy ważne.

Ktoś patrzy

Opowiada opiekun ptaków, obecnie dyrektor warszawskiego ZOO, dr Kruszewicz. Ma to być pociecha dla współczujących zwierzętom-eksponatom: jeśli goście ZOO trzymają się alejki – skąd mają dobry widok, i to całkiem z bliska – to zwierzęta wcale ich nie zauważają, po prostu nie widzą. Dostrzegają swoich pielęgniarzy już z daleka. A z reguły denerwują się, gdy ktoś pojawi się poza alejką. Jeśli maszerujemy alejką i zatrzymujemy się na niej – nie zakłócamy spokoju zwierząt.

Pierzcha naiwne, egocentryczne złudzenie, że odwiedzając zwierzęta, możemy im okazać nasze pozytywne uczucia inaczej, niż nie dając się dostrzegać. Jakie stąd wnioski? Chyba na wnioski za wcześnie! Najpierw trzeba się upewnić, że tak jest ze wszystkimi zwierzętami. I że tak będzie również w nowoczesnych ogrodach. Bo dawniej raczej nie było warunków zachowania dyskrecji, a i teraz nie wszędzie już są. Przypomina mi się spotkanie z wilkiem w białowieskim mini-ogrodzie: ten wilk wyraźnie interesował się przechodniami na ścieżce, a zwłaszcza tymi, którzy zatrzymali się koło jego ogrodzenia. Tak czy owak – gdy jeszcze wybiorę się do ZOO, będę się starać nie zawracać głowy zwierzętom, będę po cichu podziwiać, jakie są, z takiego dystansu, który sprawia, że nie dostrzega mojego spojrzenia. Pozwolić w ten sposób na siebie patrzeć, to i tak łaska, jakiej mi udziela zwierzę istniejąc w moim zasięgu. Jeśli moje odczucia zbliżają się do animistycznego kultu zwierząt, to przepraszam. Ale naprawdę jest w moim podziwie coś z dostojeństwa kultu, a nie żaden sentymentalizm.

Spokojne uszanowanie często budzą we mnie koty.

A z drugiej strony: w jakimś śnie mogłoby się ujawnić, że nad nami lub ze spokojnej alejki obok ktoś patrzy na nas, ludzi? Nie wiemy o tym, nigdy nie będziemy wiedzieć. A jednak jest możliwe, że ktoś się uśmiecha, przyglądając się, co potrafimy, jak wymieniamy pocałunki i rozwijamy prezenty.

Sen

To jest jak oglądanie książki podobnej do Czuwania, gdzie opisano, co robiliśmy, co czuliśmy, gdy umierał Jan Paweł II. Patrzę, jak w środku niewielkiego placu dogasa pożar. To, co tam stało, spaliło się do gruntu. Jednak wciąż coś się jeszcze jarzy. Prezydent Obama, wysoki, smukły, ale zupełnie siwowłosy, poprawia kijem czerwone węgle, jakby to było wieczorne ognisko. Jest zupełnie sam. Wokół placu stoją nietknięte lśniące wieżowce. Widać jak powoli, w górę i w dół przesuwają się w nich windy. Przed wejściami czekają gromady ludzi. Odjeżdżając w górę, przepełnione windy dzwonią, jak staroświeckie tramwaje.

Jedziemy na szczyt budynku do kasy. Przed okienkiem stoi długa smutna kolejka. Nikt nie wie, ile pieniędzy otrzyma, czy ich wcześniej nie zabraknie. Stara kobieta w egzotycznych szatach pokazuje na dłoni to, co dostała: dwie drobne monety. Tylko tyle! Monety są dziwne, miękkie. Widzę: to są błoniaste pęcherzyki napełnione wodą.

Zrównanie

Na oddziale była jedna naprawdę duża sala: chyba dziesięć łóżek, ciasno zestawionych. Były takie sytuacje, że właśnie na tej sali musieli przebywać bardzo ciężko chorzy, umierający – ale nie na choroby zakaźne, którymi ten oddział miał się zajmować. Tu zawsze były umiejscowione tzw. „łóżka społeczne”, dla pacjentów, którym trzeba było zapewnić dogasanie w ludzkich warunkach, czego rodziny nie chciały czy nie mogły dokonać.

Wspominam dwie starsze kobiety na tej sali – jedna leżała blisko okna, druga na przeciwległym krańcu na wprost drzwi. Koło okna zawsze mnie witał serdeczny uśmiech, jakieś „dzień-dobry”, naprawdę potwierdzające dobroć tego dnia nawet na tej ponurej sali. Spytałam tę pacjentkę, czy nie straszno jej tak tu leżeć, kiedy obok nieprzytomne osoby, śmierć ciągle blisko. „Ale mnie tu dobrze, kochana. Dobrze, bo codziennie ciepłe jedzenie mam, herbaty słodkiej dostanę ile chcę… a raz na parę dni nawet umyją, czystą pościel zakładają, kaloryfery grzeją. A że tu umierają? To się modlę za nich, nic czasu nie tracę, chyba że usnę. I za mnie się któraś sąsiadka pomodli, jak mój czas będzie”.

Na wprost drzwi inna starsza pani, zasłania twarz domową poduszeczką z koronkami. Płacze. Gdy próbuję pocieszać, prosi, błaga na wszystko: „Zabierz mnie stąd. Tu jest piekło!” Przyjęto ją na łóżko społeczne, bo właśnie ciężko zachorowała córka, która od lat pielęgnowała matkę w ślicznym mieszkaniu pełnym pięknych przedmiotów i pamiątek. A tu trafiła w te same warunki, co sąsiadka z drugiego końca sali, w nieznaną jej dotąd zgrzebną rzeczywistość braku intymności, uciążliwych zapachów, odgłosów, niezrozumiałej krzątaniny, szorstkich poleceń. Tym dwóm osobom w tym samym miejscu było zupełnie inaczej.

Współczucie należało się obu; pod oknem myślałam o tym, co ta osoba przeszła przedtem, jak leżała bez picia i jedzenia na wyrku w obórce; na wprost drzwi: że jest straszną krzywdą taka nagła niezrozumiała zmiana wszystkiego na gorsze, przychodząca wtedy, gdy chory człowiek nie ma w sobie siły, której wymaga przystosowanie.

To wspomnienie nasunęło mi się, gdy słuchałam audycji, w której psychiatra upominał się o prawa pacjentów, którzy przychodzą do szpitala przyzwyczajeni do życia we własnym pokoju, a poza nim wśród ludzi z tego samego biznesowego czy artystycznego środowiska: „>>Lepsi<< – bardziej zasobni, żyjący po europejsku – cierpią więcej!”. Rozumiem, o co panu doktorowi chodzi. Nie lekceważę troski o szanse terapii. Ale zgadzam się też – i o wiele bardziej – z dr Balickim, który odpowiedział, że do przyzwoitych warunków mają prawo wszyscy. Źle jest nadużywać cierpliwości tych uboższych, czasem mniej roszczeniowych, a bardzo spragnionych przede wszystkim uwagi i szacunku. Nie wolno robić z nich pasażerów niższej klasy.

*

Kryzys może zrównać w dół – nie tylko w szpitalach. Mogą się zmienić miejsca zajmowane w świecie. Te nowe będą dostarczać odmiennych doświadczeń. Dla młodych mogą to być doświadczenia dotąd nieznane. Starzy może niekiedy wrócą do ograniczeń, które znali, ale dawno od nich odwykli. Jak się przygotować do tego, by to wszystko wziąć przed się bez paniki, jako zadanie? Żeby był taki „kryzys zwykłych ludzi”, jak było kiedyś w Warszawie „Powstanie zwykłych ludzi”? Jak sprawić, by obudziła się dzielność i współdziałanie w imię tego, by mogli przetrwać także najsłabsi?

Z dawnych tekstów

Projekt życia

(z Rozmów przy ogniu)

Jest to dalszy ciąg rozważań z 1975 roku, które zgodnie z ówczesnym pomysłem nazwałam Rozmowami przy ogniu. Dotychczas przygotowałam do zamieszczeniu w „Znaku” część pierwszą – Jedność życia. To jest część druga. W tym tekście zamierzenie zaczęło się wyraźniej kształtować. Osobowość zabierających głos postaci zaczyna mieć bardziej uchwytne kontury. Interesującą sprawą jest tytuł: Projekt życia, który na pewno ma francuskie źródła. W całych rozmowach, jak i w rzeczywistym działaniu Duszpasterstw Akademickich w tamtych czasach – bardzo chodzi o to, by życie młodych miało jakiś wewnętrzny szkielet, by rozgrywało się w świecie wartości i zakładało wybór tego, co warto wybrać. Używanie określenia „projekt życia” wyprzedza przyjęcie tego hasła przez Jana Pawła II (w roku 1985) w Liście do młodych. Bardzo jestem ciekawa, czy teraz ktoś zechce się nad tą rozmową zatrzymać. Jest to wprawdzie tekst „z myszką”, z piętnem czasu powstania – a może jednak nadal aktualny? Czy mogłaby to być rozmowa przy kominku w nowo wybudowanym domku, za który coraz trudniej spłacać kredyt?

Są w moim życiu pewne posunięcia, pewne decyzje, takie czyny, które pamiętam, choć upłynęło wiele lat. Dlaczego wracam myślą właśnie do tych wydarzeń? Chyba z tej racji, że były to momenty zwrotne. Pamiętam chwile przekroczenia progów, chwile wyboru, które zaważyły – jak sądzę – na wszystkim co przyszło później.

Ale takich chwil jest mało.

Na ogół życie płynie dość równo, z dnia na dzień, od załatwienia jednej sprawy do załatwienia drugiej. Nie ma w tym wiele sensu, ale nie ma też dramatu. Nie ma właściwie czego pamiętać, bo czy można, czy warto wspominać drobne osiągnięcia, doraźne niepowodzenia, codzienną szarpaninę, niespecjalnie udane rozrywki, banalne spotkania?

Czy realizuję swoje plany? Chyba tak, ale są to na ogół plany dotyczące spraw dość zewnętrznych. Dotyczą tego, co chcę mieć (ma się przecież nie tylko rzeczy, ale i kwalifikacje, i wrażenia, i nawet poglądy…) Nie planuję tego, czym się staję… To stawanie się jest jakby niezależne ode mnie, wydarza się mnie. W rzeczach najważniejszych coś się ze mną dzieje, nad czym nie mam kontroli.

Mam tzw. „projekty życiowe” – projekty zawodowe, osobiste (z kim się bawić, co robić w święta, nawet projekt w kwestii małżeństwa). Ale nie mam projektu siebie, swego życia jako całości. Nie potrafię ocenić, czy posuwam się naprzód, czy kręcę się w kółko, bo nie widzę kierunku. Nie bardzo też potrafię oceniać swoje postępowanie. Moje oceny są powierzchowne, bo przecież poszczególne czyny mają sens i wartość właśnie w relacji do projektu życia: to, co w jednym projekcie dobrze się mieści, w obrębie innego jest zbędne, jest niekonsekwencją, nawet zdradą.

Ale czy jest sens myśleć o projekcie życia, kiedy go już – bez takiego projektu – minęła może połowa? Czy to nie problem tylko dla bardzo młodych, dla tych, co zaczynają?

[dziewczyna w okularach]

 Mam wrażenie, że w moim życiu zawsze była jakaś orientacja – i że z biegiem lat tylko coraz wyraźniej ją odkrywam (choć są okresy, gdy za mało myślę i za mało przeżywam, popadam w bierność, wydarzenia mnie unoszą). Ta orientacja – którą przecież także można nazwać „projektem” – jest moja, ale nie całkiem, nie wyłącznie moja. Jest dla mnie przygotowana przez okoliczności, zadana mi – w wielkiej mierze poprzez dary od ludzi i poprzez dary losu, przypadku, który może nie jest tylko przypadkiem? Może projektu życia się nie tworzy – lecz raczej odczytuje się go w rzeczywistości? Ludzie wierzący widzą w okolicznościach znaki pozwalające odcyfrować zamierzenia Boże wobec nich…

[pani w wiatrówce]

Czy projektowanie życia nie jest trochę podobne do projektowania w technice?

W tworzeniu projektu jest coś z odkrycia i coś z wynalazku. Trzeba odkryć możliwości, odkryć wewnętrzny i społeczny sens przedsięwzięcia; sens, który z początku ledwie widzimy. A potem trzeba wynaleźć sposoby wykorzystania tych możliwości, dokonać wśród nich wyboru – wynaleźć, stworzyć drogę do celu.

A ponadto: jeśli uznaję, że moje życie nie jest życiem-dla-mnie, a przynajmniej nie jest wyłącznie, czy głównie życiem moim-dla-mnie, to wiem, że też nie jestem ani jedynym, ani głównym inwestorem własnego życia. Inni też mają prawo stawiać wymagania co do jego jakości i kształtu, mają prawo wyrażać swoje życzenia… Muszę się liczyć z bliźnimi, o ile projektuję życie co najmniej wspólnie z nimi, a tym bardziej jeżeli myślę o oddaniu im swego życia.

Wiara ukazuje mi Boga jako źródło życia i kierunku życia. Mogę powiedzieć, po ludzku, bardzo dziecinnie, że On zainwestował we mnie najwięcej, a więc ma prawo decydować o tym, co zrobię ze swoim życiem. Ale Bóg nie skorzystał z tego swego prawa w sposób, do którego przyzwyczaili nas ludzcy inwestorzy. Bóg nic mi nie podyktował. W Jego Objawieniu nie znajduję gotowego projektu mego życia, nie znajduję nawet jednoznacznych wytycznych, które wystarczyłoby odczytać.

COŚ jest jednak dane – chyba to, co najważniejsze… Bóg powiedział nam – więcej: pokazał – o co Mu chodzi. To jest jeszcze zbyt ludzki sposób mówienia. Raczej tak to widzę: Objawienie odsłania mi tyle prawdy o Bogu, że mogę jednak w jakiś niedoskonały sposób rozpoznawać to co Boże, to co do Boga prowadzi, co jest z Nim zgodne…

[chłopak, który rąbał drzewo]

Czemu nie użyć tu słowa „wartości”? Objawienie ukazuje wartości, ukazuje  co jest godne ostatecznej miłości, odsłania to, co jest wieczne, co leży u dna, u podstawy bytu,  porządku świata. A więc odsłania to, z czym w moim projekcie życia muszę się liczyć.

Przyjmując objawienie, odkrywam wartości jako Boże, jako coś jeszcze nieskończenie większego, niż to, czym byłyby, gdyby były tylko wartościami-w-świecie, zamkniętymi w nim, w jego granicach.

Objawienie kształtuje moje widzenie wartości, decyduje o nim. Ale Objawienie może oświetlić, podnieść tylko te wartości, które znam, wartości przeze mnie przeżywane. Wartość X, która nie ma odpowiednika w moim doświadczeniu, pozostaje pustym słowem. Świat ludzki jest miejscem, w którym wartości są mi dane, Objawienie wychodzi poza to, co dane w przeżyciu. Jest zarazem potwierdzeniem przeżycia i jego rozdarciem, przekroczeniem. Objawienie oświetla Tajemnicę, której już dotykam, pomaga o niej mówić, przyjąć ją, wżyć się w nią.

Dojrzewając, człowiek staje się zdolny do nowych doświadczeń. Sytuacje, w jakich się znajdujemy, obowiązki, role społeczne stwarzają okazje do nowych dostrzeżeń wartości. Dlatego poznawanie Objawienia nie może zostać ograniczone do jakiegoś czasu, kiedy je studiujemy. Cała Księga jest od początku otwarta, całe Objawienie jest dane… Ale dopiero nasz ludzki rozwój sprawia, że stopniowo stajemy się zdolni je pojmować (podobnie jak rosnąca znajomość obcego języka sprawia, że odczytywany ponownie tekst przekazuje więcej treści, żywszy obraz).

Projekt życia tworzymy w oparciu o już poznane wartości. Skoro to jest projekt życia, które będzie się rozwijać, musi on być otwarty na dalsze wartości, których doświadczymy i które Objawienie wtedy potwierdzi.

[ten łysy…]

A więc z życiem jest tak, jak z budową w oparciu o niekompletną dokumentację. Wciąż trzeba modyfikować projekt. Trzeba opanować technikę takiej budowy – aby jednak była ciągłość, aby nie trzeba było rozwalać tego, co już postawione… Są ludzie, którzy wobec tych trudności, decydują się na przedwczesne zamknięcie projektu – twardo realizują to, co kiedyś uznali za swoją koncepcję, niezależnie od tego, co życie teraz przynosi. Nie chcą sobie stawiać nowych pytań, unikają nieznanych dotąd przeżyć, nie zapuszczają się w nieprzewidziane ścieżki. Nie chcą się zmieniać; kochają siebie w swojej niezmiennej roli. Wszystko, co mogłoby ją modyfikować, odczuwają jako zagrożenie. A inni uczą się cenić „dynamikę prowizoryczności” (Roger Schütz). Swój ład życia widzą w coraz doskonalszym podporządkowaniu wartościom, które wybrali. Poznanie wartości jest także dynamiczne… Ale jaśniejsze światło zawiera w sobie wszystkie wcześniej dostrzeżone iskry. Bogactwo nowych doświadczeń i zaangażowań, także  niespodziewanych, nie narusza wierności wobec do wartości. Projekt życia zakorzeniony w wartościach może być w gruncie rzeczy niezmienny – może być projektem jednego życia – i zarazem może być prowizoryczny: jest w nim miejsce na rozwój i wzrost także w nieprzewidzianych kierunkach.

Inaczej jeszcze można powiedzieć, że jest to raczej projekt wytyczający jak chcę żyć, niż plan przewidujący, CO będę robić. I nawet to jak też jest niezupełnie określone. Wyraźny i definitywnie wybrany jest kierunek, a nie konkretne sposoby postępowania.

[chłopak, który rąbał drzewo]

Nie wystarczają mi rozważania ogólne. Mój projekt życia musi być na tyle konkretny, aby mnie silnie mobilizował. Chcę, aby moje życie nie uległo rozproszeniu, a więc planuję czemu i komu je poświęcić. Czynię to ostatecznie w imię wartości. Ale tylko ostatecznie. Rozważania o wartościach to już jest refleksja, teoria. Naprawdę, co dzień staram się po prostu ustalić, co mnie pociąga, do czego się nadaję, w jakich ramach mogę realizować moje życiowe pasje, czy upodobania… jak wykorzystać umiejętności już zdobyte, jak douczyć się tego, co się okazuje potrzebne.

Widzę w tym wszystkim u siebie pewną ewolucję: mój pierwszy projekt życia – w wieku sześciu czy siedmiu lat – sprowadzał się do marzenia: będę lotnikiem, wielkie samoloty widziane co dzień przez okno będą mi posłuszne… Potem były inne, podobne. Marzenia o samym sobie w przyszłości – coraz mniej dziecinne, w coraz bliższym związku ze szkołą, spotykanymi ludźmi, problemami, na które otwierały mi się oczy… Ale wciąć jeszcze ja jako „ktoś”, ja w jakiejś roli, coraz bardziej realistycznej, ale jednak tylko roli. Nawet wobec drugiego człowieka: jak ja się przedstawię, jak pokażę swoje wartości, kim będę w czyichś oczach. Chyba dopiero stopniowo i to późno człowiek zaczyna pragnąć BYĆ sam w sobie, a nie tylko być widzianym, czy widzieć siebie na tle…

Ale jednak i to „być w sobie kimś” musi być projektowane konkretnie, a więc w moim projekcie życia mieszczą się fakty: założenie rodziny. I – tu mam konkretne wyobrażenie o tym, jaka chcę, by to była rodzina; mam koncepcję stylu życia mojej rodziny. I praca zawodowa, znów widziana nie w kategoriach ogólników – wiem, jak chcę moją pracę ustawić, a przynajmniej staram się to sobie ustalić, myślę nad tym. I nawet w sprawach najbardziej intymnych, wewnętrznych także mam pewien plan wobec siebie: zdaję sobie sprawę, że muszę się zmienić, wyrobić w sobie pewne dobre cechy, których mi brak. Znam swoje wady i chcę je przezwyciężyć, skupiam uwagę na wyrabianiu pozytywnych nawyków, co pomaga mi zwalczać swoje wady…

[chłopak w dresie]

Nie możemy pozostać na płaszczyźnie zbyt filozoficznie oddalonej od konkretu. Projekt życia, to sprawa praktyczna, konkretna. Ale może jednak warto odróżniać projekt życia od planów na dziś czy na jutro, czy nawet na najbliższe miesiące i lata? Plan, to coś, co może być urzeczywistnione lub nie – może okazać się nierealny ze względu na okoliczności niezależne od naszych wyborów i chęci. Wtedy trzeba myśleć, jak realizować podstawowy projekt inaczej – licząc się z sytuacją. Projekt jest bliższy wyborowi wartości niż plan. Czyjś plan „będę aktorem” może się okazać niewykonalny. Ale może w innym zawodzie też można realizować wiele spośród wartości, dla których ten ktoś chciał zostać aktorem?

Człowiek, który zupełnie nie widzi siebie poza tym, co zaplanował, znajduje się w wielkim niebezpieczeństwie. Jeśli plan zostanie przekreślony – życie rozpadnie się, pozbawione osi, nastąpi chaos. Nie jest dobrze, gdy człowiek utożsamia siebie ze swoimi planami. To do wartości można przylgnąć bez reszty – one nie zawiodą, można im być wiernym zawsze. Tworzenie dojrzałego projektu życia wymaga wyjścia poza sferę doraźnego planowania, wymaga świadomego stosunku do wartości. Na przykład styl życia rodzinnego na pewno jest bezpośrednim wyrazem stosunku do wartości. Ale okoliczności zmuszą nas do dalszych przemyśleń, do pracowitego ustalania w czym tu i teraz ów wybrany styl może się wyrażać: o co walczyć – o lepsze mieszkanie czy o samochód? Poświęcić urlop na dorabianie czy wyjechać na kajaki? Wybrać pracę ciekawszą, czy lepiej płatną? Nieskończona ilość pytań. W odpowiadaniu na takie pytania granica między projektem życia a doraźnym planowaniem nie zawsze jest ostra. Ale w sprawach wyjątkowo ważnych wyczuwamy ją – dla uzasadnienia wyboru odwołujemy się do czegoś, co już trudno byłoby zakwestionować, nie kwestionując samego kierunku życia, jego sensu.

[ten łysy…]

Jeżeli to wartości decydują o projekcie życia, to bardzo istotne znaczenie ma sprawa ułożenia tych wartości względem siebie i wyboru wśród nich. Jak zawsze w projektowaniu: trzeba uzgodnić różne cele i funkcje obiektu, którego wizję mam stworzyć. Moje życie jest wielofunkcyjne. Jest takie, czy tego chcę czy nie – jestem dzieckiem swoich rodziców, partnerem w takim czy innym związku, od zespołu roboczego po przyjaźń i małżeństwo, jestem obywatelem, członkiem Kościoła… W obrębie każdej z tych funkcji mam jakieś wartości do zrealizowania, nieraz bardzo wiele. Na przykład w zespole pracy bardzo ważna jest solidarność wzajemna – ale chodzi także o jakość roboty. W szpitalu to jest szczególnie ważne, solidarność personelu nie zawsze sprzyja dobru pacjentów… Solidarność jest moim zdaniem bardzo wielką wartością. Mój projekt życia musi znaleźć dla niej miejsce, właściwe miejsce. Muszę rozstrzygnąć nie tylko to, że w ogóle chcę żyć w solidarności, ale i to z kim mam się do solidarności poczuwać i z kim najpierw. Inne wartości, które też uznaję, powodują, że nie mogę swojej solidarności pojmować wąsko – tak jakby jej głównym, jedynym terenem była grupa czy kasta zawodowa. Mój projekt życia jest projektem „szerokiego my”. Konkretnie moje „my” w szpitalu musi obejmować pacjentów. A więc nie ma solidarności ich kosztem. Taką sobie ustalam dyrektywę projektową, a już konkretnie trzeba będzie to realizować w obrębie poszczególnych planów, jakie podejmę w codziennych decyzjach, w całym sposobie bycia.

Ale powstaje dalsza sprawa, trudniejsza. Jak uzgodnić moje różne funkcje życiowe? Zawodowe, domowe, jeszcze też jakieś trzecie, „społeczne”, rozmaite obowiązki wobec ludzi, którzy mnie potrzebują? Projekt życia musi to wszystko ustawić w jakiejś kolejności, choćby dlatego, że człowiek ma ograniczony zasób energii i nie może się łudzić, że wszystko w jednym życiu pomieści. Trzeba te różne, często niezgodne elementy jakoś zintegrować. Nawet jeśli nie rozbijam swego życia na „służbę Bogu” i „służbę bliźniemu” i tak mogę stanąć wobec problemu podwójnego, czy nawet potrójnego życia… Bóg nie konkuruje z bliźnim – ale bliźni konkurują między sobą! Jak wybierać między ich potrzebami?

Projekt życia – jak mi się wydaje – musi zawierać w sobie nie tylko wybór bliźniego (przeciw egoizmowi i egocentryzmowi), lecz także wybór konkretnego bliźniego czy bliźnich, a przynajmniej jakiejś zasady, punktu oparcia dla refleksji – czym się mam kierować dalej, kiedy już zdecyduję, że chcę mieć na uwadze nie zagarnianie dla siebie, lecz dawanie?

[dziewczyna z warkoczami]

Priorytety… czyli to, co trzeba zrealizować najpierw, przede wszystkim to, na co musi starczyć środków i czasu, nawet wtedy gdy ich brak na rzeczy ważne.

Wartości same przez się chyba jeszcze nie dyktują priorytetów. Mam wrażenie, że wartości jako takie chcą współistnieć, tworząc jakąś pełnię. Wartości wszystkie ze sobą harmonizują… To mnie nie starcza dla nich, to ja nie potrafię w ziemskich warunkach oddać im sprawiedliwości. Zbyt wiele spraw oczekuje mojej służby, większego oddania – muszę wybierać.

Ustalenie priorytetów jest konieczne, bo mam ograniczony budżet. Nie mogę podołać wszystkiemu. Myślę, że w niebie nie będzie priorytetów, Bóg – jako wszechmogący – nie potrzebuje ich. Ale ja muszę je posiadać. Muszę nauczyć się rozstrzygać, nie tylko „co nie jest złe”, czy nawet „co jest dobre”, lecz także co jest tu i teraz najważniejsze. Muszę stać się człowiekiem, który wybiera, przynajmniej próbuje wybierać, a nie zdaje się na los.

Ale wybierając, stawiając coś na pierwszym miejscu, nie chcę przekreślać tego, co odsuwam dalej, nawet całkowicie poza zasięg spojrzenia.

Priorytety są moimi priorytetami. Ustalam je, starając się odkryć moje możliwości i dosłuchać się wezwań świata skierowanych do mnie. Każdy musi mieć swój własny układ priorytetów. Mogę dzielić się z innymi swoją wizją rzeczywistości, która wzywa, i swoimi poglądami na to, kto jest wezwany. To dzielenie się jest potrzebne, aby mogła powstać wspólnota ludzi, których projekty życia są zbieżne i to nie tylko w kwestii zasadniczych wartości, lecz także priorytetów na teraz.

Wspólnota może powstać, gdy się wzajemnie odnajdą ludzie, którzy już przedtem obrali tę samą lub podobną drogę – albo gdy spotkają się ludzie, których łączy decyzja poważnego szukania drogi, ludzie pragnący w bliżej jeszcze nie określony sposób podporządkować swoje życie wartościom, które odkryli.

[ten łysy…]

A więc… nikt nie może nikomu podyktować projektu życia. Nie ufaj tym, co chcą cię wyręczyć w tej pracy. Nie szukaj recept ani gotowych wzorów. Nie ma ich na przyszłość, której jeszcze nie było. Ale szukaj ludzi, których życie wydaje się mieć sens i kierunek. Warto tworzyć wspólnotę właśnie z nimi. Szukaj innych szukających.

Przemyśl doświadczenie, jakie ci dało spełnienie choćby jednego czynu, który ci się wydał „na pewno dobry”. Wróć myślą do punktów zwrotnych swego życia – do chwil wyboru. Spróbuj określić swój projekt życia – spójrz daleko w kierunku, w którym ono zmierza.

[dziewczyna w okularach]

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata