|

TEMAT MIESIĄCA:
Niepełnosprawni intelektualnie uczą mądrości
Arka dla świata (fragment)
Z JEANEM VANIEREM rozmawiają Wojciech Bonowicz
i Łukasz Tischner
Zapytano kiedyś Martina Luthera Kinga, czy zawsze będzie tak,
że jedna grupa będzie się uważać za najwspanialszą i pogardzać
innymi. Odpowiedział, że będzie tak, dopóki nie rozpoznamy, nie
zaakceptujemy i nie pokochamy tego, co w nas pęknięte, czym
gardzimy i co ukrywamy.
Czterdzieści pięć lat temu wraz z dwoma mężczyznami z upośledzeniem umysłowym stworzył
Pan pierwszą wspólnotę Arki (L’Arche). Teraz takie wspólnoty są już na całym świecie.
Czym dzisiaj jest Arka? Czy ten projekt się powiódł?
Istota Arki polega na tym, że ona nigdy nie będzie sukcesem. Ona po prostu jest. Zdarzają
się chwile piękne i bolesne. Mamy 134 wspólnoty, wkrótce będzie ich 150 – ze
wszystkimi komplikacjami, jakie ten rozwój ze sobą niesie. Trudno sobie nawet wyobrazić
problemy, jakie pojawiają się w takich miejscach jak na przykład Zimbabwe czy
Wybrzeże Kości Słoniowej… Nigdy zatem nie będzie można powiedzieć, że osiągnęliśmy
sukces. Mogę tylko przyznać, że to zdumiewające, iż tak wiele naszych wspólnot
rozkwitło. Były bardzo małe, ale wzrosły.
Zadziwia mnie, jak bardzo Bóg się nami opiekuje. Arka znacznie bardziej niż inne
ruchy zależy od Boga. Nie możemy zapewnić dobrej formacji, bo nie prowadzimy seminariów,
jak Legioniści Chrystusa lub neokatechumenat. Mamy bardzo mało pieniędzy…
Nie związaliśmy się z żadną bogatą instytucją – nie korzystamy na przykład z pieniędzy
amerykańskich konserwatystów. Zawsze będziemy mieli wielu ludzi z upośledzeniami,
ale kto będzie z nimi przebywał? Niektórzy nasi asystenci decydują się mieszkać z nami przez kilka miesięcy, inni zostają na całe życie. Od czego to zależy? Przecież nie od
czasu zatrudnienia czy wynagrodzenia… Chodzi o ubogie życie z ubogimi.
Wielkim wyzwaniem są stosunki z państwem. Otrzymujemy od niego spore sumy;
państwo ma zatem nad nami władzę i ważne jest, jak z nim współpracujemy. Musimy
pomóc urzędnikom zrozumieć naszą wizję, znaleźć właściwych ludzi, by nam pomagali.
Wiele kwestii pozostało jeszcze do uregulowania. W tej chwili walczymy o to, by
francuski parlament uchwalił nowe prawo dotyczące wolontariatu.
Druga kwestia dotyczy równowagi między kompetencją i duchowością. W Kościele
przez lata duchowość dominowała nad kompetencją. Siostry ze zgromadzenia Matki
Teresy z Kalkuty były wspaniałymi kobietami, ale nie miały kompetencji, by opiekować
się ludźmi niepełnosprawnymi. Nie wiedziały, jak rozwiązywać konflikty. Zdarzało się,
że pięć sterroryzowanych sióstr prowadziło dom opieki z osiemdziesięcioma wariującymi
dziećmi… Taka jest historia Kościoła. My musimy wiedzieć, jak w danym momencie
reagować – na przykład na problemy dotyczące seksualności albo zaburzeń psychotycznych.
Musimy współpracować z lekarzami. W Arce i jej otoczeniu jest wielu kompetentnych
ludzi, którzy nie są chrześcijanami, a jednak sympatyzują z naszą wizją.
W ubiegłym roku zmarł wspaniały psychiatra – Patrick Mathias, który był z nami
przez ponad 25 lat. Nie był chrześcijaninem, ale był fantastycznym psychiatrą, niezwykle
otwartym na innych i posiadającym znakomitą intuicję. Chciał być z nami, bo powtarzał,
że podoba mu się nasz sposób bycia razem. Niezwykły był czas jego umierania.
Przeżył w odstępie tygodnia dwa zawały. Po pierwszym zadzwoniliśmy do jego żony,
żeby powiedzieć, że Arka modli się za niego. Kiedy mu to powtórzyła, rozpłakał się.
Żona powiedziała nam potem, że pierwszy raz w życiu widziała go płaczącego.
Ale państwa nie obchodzi dziś duchowość. Czy dla urzędników Arka nie jest „zbyt religijna”?
Oczywiście, jesteśmy postrzegani jako chrześcijanie. Podejrzewa się nas o przymuszanie
podopiecznych do praktyk religijnych. Mamy jednak dobry zwyczaj, że w Arce nie
nakłaniamy ludzi do chrztu. Czekamy, by sami o niego poprosili. To zasadnicza różnica.
Ktoś przecież może chcieć się ochrzcić, by być lepiej przyjętym przez grupę. W czasach
kolonialnych przyjęcie chrztu od misjonarzy mogło gwarantować lepszą pozycję
finansową… Benjamin, który poprosił nas o chrzest po dziewięciu latach pobytu w Arce,
powiedział, że chce lepiej poznać Chrystusa.
Z jednej strony mamy więc kwestię państwa, z drugiej – kwestię napięcia między
wolnością i przynależnością. W dawnych czasach istniały klasztory, w których poczucie
przynależności zasadzało się na winie, jaką dana osoba miała odpokutować. My nie
chcemy takiej pokuty. Jeśli ktoś ma być tu z nami, to dlatego, że tak po prostu chce. Dajemy
naszym asystentom możliwość, by poszukiwali swojego miejsca także gdzie indziej.
Kiedy jednak już się jest tutaj, trzeba być cały dzień. Bez przerwy.
Więcej na łamach lutowego „Znaku”
Zamów numer
JEAN VANIER, założyciel
ruchu Arka
(L’Arche), swoje
życie związał
z osobami
upośledzonymi.
POCZĄTEK STRONY |