|

TEMAT MIESIĄCA:
Niepełnosprawni intelektualnie uczą mądrości
Bezradność wyzwolona (fragment)
BARBARA CHYROWICZ SSpS
W rozwiązaniu Locke’a uznającego, że wartość życia
niepełnosprawnych umysłowo podlega ochronie przez fakt
pozostawania pod szczególną opieką Boga, zdaje się tkwić jakaś
słuszna intuicja. Czyż dla nich zmartwychwstanie nie będzie
wyzwoleniem i ze śmierci, i z bezradności?
Rozumność umożliwia kontrolę, a kontrola jest jednym z wielu symptomów władzy.
Niekoniecznie nad innymi – również nad sobą, nad własnym czasem, nad naturalnymi
procesami obserwowanymi w środowisku… Kontroluję – a więc jestem! Historia naszej
cywilizacji – być może wcale nie jedynej w otaczającej nas immanencji – naznaczona
jest stopniowym zyskiwaniem przez człowieka kontroli nad naturą. Różnorodne metody
hodowli roślin i zwierząt – począwszy od tych najbardziej prymitywnych po współczesne
próby tworzenia genetycznie modyfikowanych organizmów – to nic innego jak
próby „ujarzmiania” natury. Znajomość praw fizyki i zjawisk atmosferycznych połączona
z umiejętnością prognozowania pozwala dzisiaj człowiekowi na przewidywanie
ruchów górotworu, kierunków przesuwania się tornad, wybuchów wulkanów i zmian
klimatu. Znacznie ważniejsza jest jednak dla niego możliwość kontrolowania własnej
natury – w tym miejscu pragnienie panowania nad naturą zdaje się osiągać swój kulminacyjny
punkt.
Możliwość kontrolowania zachodzących w naturze procesów to nie to samo co panowanie
nad naturą. Władzę można mieć bowiem jedynie nad tym, co wytwarzamy, a nie
nad tym, co istnieje od nas niezależnie. Niezależnie od nas istnieje na przykład czas. Nauczyliśmy
się mierzyć czas – mechaniczny zegar to bez wątpienia wynalazek, który zrewolucjonizował
sposób życia średniowiecznej Europy. Poddany czasowi człowiek zaczął
również swój czas kontrolować. Nie jest jednak w stanie ani o sekundę go cofnąć i ani o sekundę przyśpieszyć… Kontrolowanie jest bowiem jedynie jednym z symptomów
władzy. Pozwala przewidzieć, co będzie jutro, ale jutra nie czyni, chociaż zdaje się czynić
nasze życie mniej przypadkowym, a przez to daje nam złudne poczucie panowania
nad rzeczywistością. Kiedy komplementujemy kogoś za to, że panuje nad swoim czasem,
nie myślimy o tym, że udało mu się opanować proces przemijania, chwalimy go za
umiejętność planowania i wykorzystywania danego mu skądinąd czasu.
Umiejętność kontrolowania naturalnych procesów związanych z funkcjonowaniem
ludzkiego organizmu jest jednym z wyznaczników rozwoju medycyny. Mówimy,
że „opanowaliśmy chorobę” bądź „poskromiliśmy zarazę”. Zdajemy sobie jednak sprawę,
że to „panowanie” ma swój kres. Kiedy lekarz bezradnie rozłoży ręce i powie, że nic
więcej nie da się już zrobić, będziemy wiedzieli, że sytuacja wymknęła się spod kontroli,
że wobec zaistniałego stanu rzeczy jesteśmy zupełnie bezradni. Z bezradnością natomiast
niezmiernie trudno pogodzić się człowiekowi, który zdaje się święcić triumfy
w procesie powolnego, acz systematycznego opanowywania natury. Bezradność, która
wytycza nam granice poruszania się i sięgania po niezbędne rzeczy, boleśnie nam doskwiera,
bezradność, która sprawia, że nie jesteśmy w stanie nawet myśleć o bezradności,
zdaje się totalną porażką rozumnego ze swej natury bytu. To zupełnie tak jakby
okaleczona, odarta ze swej rozumności natura odbierała nas samym sobie. Już niczego
nie kontrolujemy – czyżby nas nie było?
Koleje bezradności
Bezradność jest brakiem kontroli. Stwierdzenie: „mam to pod kontrolą”, oznacza, że wypowiadający
je kieruje jakimś aspektem swojego życia, a skoro w ogóle może się w taki
sposób wypowiadać o poszczególnych aspektach swego życia, to znaczy, że w jakimś
sensie jest jego panem, decyduje o sobie. Takie decydujące o sobie istoty zwykliśmy nazywać
osobami. Możliwość decydowania o sobie „wyzwala” nas z czysto naturalnego
porządku, bezradność boleśnie ku niemu kieruje, tym bardziej boleśnie, im większej
doświadczyliśmy wcześniej możliwości kontroli. Totalna bezradność „zabiera” nas samym
sobie – już nie tylko nie kontrolujemy świata wokół nas, ale i nas samych. Dla zewnętrznych
obserwatorów będzie to dramat – klęska rozumnej natury. Nie znaczy to
jednak, że niepełnosprawni zawsze cierpią z powodu bezradności.
Człowiek rodzi się totalnie bezradny i ani jemu samemu, ani oczekującym jego narodzin
zupełnie to nie przeszkadza. Dopiero zdolność do rozumnego działania rodzi w nas
bunt przeciw bezradności, a zdolności tej nowo narodzone dzieci nie posiadają. Dopóki
nie rozwiną mentalnych możliwości, pozostają w sposobie swojego bycia na porządku
natury, a natura nie buntuje się przeciw bezradności. Bezradność dzieci wzrusza dorosłych,
nie przeszkadza im brak mentalnego kontaktu z noworodkami, na razie nie mają
względem nich tego rodzaju oczekiwań, starczy im samo ich istnienie. Z ich istnieniem związane jest natomiast oczekiwanie odnośnie do przyszłości – w miarę rozwoju dzieci
zaczynają rozumnie poznawać otaczający je świat i swoją w nim pozycję. Wyzbywają się
powoli bezradności, zaczynają komunikować dorosłym swoją wolę, świadomie sięgają
po to, co mają pod ręką, wybierają, a więc wykraczają poza naturalny porządek.
Przychodzi też w życiu człowieka moment – chociaż nie wszyscy z nas go przeżywają
– kiedy ponownie ogarnia go niemoc bezradności. Ta bezradność – bezradność
zmierzchu – nie jest już tak wzruszająca. To nie bezradność noworodka, którego natura
„szykuje się” dopiero do wyposażenia go w cechy „zdobywcy”. Bezradność zmierzchu
nie jest radosna, jest bolesna; bolesna najpierw dla tego, kto obserwując swoje mentalne
możliwości, zaczyna w swoim zachowaniu zauważać symptomy braku kontroli, bolesna
też dla bliskich, którzy mają poczucie, że nie tylko on sam siebie, ale i oni z wolna
go tracą… Już nie błyszczy erudycją, nie opowiada nowych dowcipów, nie zaskakuje
wnikliwością analiz. Kontakt z nim przestał być „intelektualną ucztą”. Coraz trudniej
też do niego trafić. Przestają wystarczać słowa, wielu rzeczy trzeba się po prostu domyślić.
Odchodzi, jakby na powrót krył się w łonie matki, jakby upominała się o niego natura,
spod władzy której – władzy bezdusznej i ślepej – zdołał się na jakiś czas wyrwać. Opiekunowie zaczynają przemawiać doń jak do dziecka, traktując go czasem w irytująco
infantylny sposób. Nie zareaguje, nawet jeśli gdzieś w nietkniętym jeszcze przez
chorobę czy otępienie osobowym jądrze zdaje sobie sprawę, że zapominają, kim był.
Bezradnym byłeś i bezradnym na powrót się staniesz… Bliscy i znajomi mówią: to już
nie ten sam człowiek, jego już nie ma… Bywa, że odchodzą. A przecież on wciąż jeszcze
jest! Dzieci w łonie matki też już istnieją…
Więcej na łamach lutowego „Znaku”
Zamów numer
BARBARA CHYROWICZ SSpS, dr hab.,
etyk, kierownik
Katedry Etyki
Szczegółowej
KUL.
POCZĄTEK STRONY |