70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Staszka Grabska, zmarła w późnym wieku córka zasłużonej rodziny, może być nazwana Marią Skłodowską polskiego uprawiania teologii, bo w podobnym stopniu była pionierką przełamującą bariery.

Staszka Grabska

Gdy umiera ktoś, kto pisał, jego napisane słowa zaczynają nowe życie. Jeśli przynoszą błogosławieństwo żyjącym, to zarazem pomnażają zasługi zmarłego przed Panem. Wynikałoby z tego, że odczytywanie tekstów Staszki jest formą modlitwy za nią i z nią jeszcze razem. Na początek wspomnienia o Staszce wybieram – prawie przypadkiem – rozważanie „na godzinę jedenastą wieczór”, słowa przywodzące na myśl sposób, w jaki się z nią żegnamy, na razie, tymczasem.

…Co to znaczy „w imię”? W Piśmie Świętym zwrot ten znaczy bardzo wiele – znaczy, iż wszystko, co się dzieje, dzieje się przez tego, czyje imię wzywamy, jego mocą, że wezwany jest obecny. Imię w Piśmie Świętym to obecność, władza, działanie, objęcie w posiadanie tego, co jest naznaczone imieniem. W imię Trójcy to znaczy przez Trójcę, w Trójcy, dla Trójcy. Gdy wymawiamy słowa w imię Trójcy, czyniąc znak krzyża, to sam krzyż Chrystusowy widzimy w ścisłej łączności z Ojcem i Duchem i całe dzieło Chrystusa Pana sytuujemy wewnątrz działania Trójcy – a zarazem wyznajemy, że to przez krzyż Chrystusowy cały świat „w imię Ojca, Syna i Ducha” stał się uświęcony i włączony w orbitę działania i życia własnego Trójcy Świętej…

(Stanisława Grabska, Świat w orbicie Ojca, Syna i Ducha Świętego, „Znak”, nr 277–278 [lipiec–sierpień 1977])

*

Polska zawsze miała swoje wielkie kobiety.

Staszka Grabska, zmarła w późnym wieku córka zasłużonej rodziny, może być nazwana Marią Skłodowską polskiego uprawiania teologii, bo w podobnym stopniu była pionierką przełamującą bariery.

Inna wielka polska biblistka, siostra Emilia Ehrlich, biblijne pióro Jana Pawła II, była jednak zakonnicą, osobą do głębi klasztorną, choć wielkiego wolnego ducha. Czemu napisałam „choć”? To nie było w jej przypadku „pomimo”, lecz właśnie „dlatego” – dzięki wspólnocie, która ją chroniła i uskrzydlała.

Nie mogę nazwać Staszki osobą samotną. Była bardzo rodzinna, a nadto współtworzyła różne kręgi przyjaciół. I miała też pojedynczych przyjaciół, z którymi łączyły ją szczególne, niepowtarzalne związki duchowe, zawsze dla obu stron bardzo ważne.

Żyła długo – było to utrzymujące się cudem ukryte błogosławieństwo i pomoc dla wielu. Ale przez to długie życie musiała też wielokrotnie cierpieć z powodu utraty ludzi na różne sposoby najbliższych. Nie oszczędzała emocji, jak oszczędzają je ci, co nie chcą intensywnie kochać, aby nie utracić. Ciężko jej też  było tracić niektóre możliwości tak zawsze ofiarnego i intensywnego służenia innym. Już pod koniec bardzo skarżyła mi się na to, że za mało ma szans mówienia i pisania, to znaczy publikowania – swoich myśli, które przecież nie przestały być potrzebne. Nie chciała być oszczędzana, choć wyraźnie brakowało jej sił i zdrowia. Dusza z coraz większym trudem ożywiała wiekowe ciało. Ciało należące do takiej duszy samo staje się dostojne. Z wysiłkiem się dźwiga, ale to nie hamuje duszy, która już biegnie tam, gdzie potrzebne jej świadectwo.

Takie piszę epitafium Staszki. Łączę je z apelem, by ktoś z młodych na serio podjął zadanie rekapitulacji jej myśli teologicznej na tle epok, w których żyła, i wydarzeń, których była uczestniczką, komentatorką, wybitną współtwórczynią recepcji zmian w Kościele, skupioną na tym, co istotne.

Na moją odpowiedzialność niech ten przyszły badacz poszuka, czy Staszka gdzieś napisała to, co dla mnie zawsze będzie jej świadectwem: że Bóg bywa w swoim miłosierdziu tak bezradny wobec człowieka, jakby Jego wszechmoc nie istniała… jakby była zawieszona czy zablokowana poszanowaniem wolności człowieka.

Teraz Staszka już wie, jak się to wszystko godzi. Może milczeć, jak milczy teolog z ikony, z palcem na ustach. Ona się zza tego palca uśmiecha.

 

Porada

Co Ci poradzić? Stoisz na jakimś swoim kolejnym rozstaju. Masz poczucie, że bardzo jest ważne, co wybierzesz. Tak jest, gdy każdy rok jest bardzo znaczącą cząstką całego życia – bo lat upłynęło może -naście czy niewiele więcej.

Dwie pokusy, wobec których stoisz, dwa trendy realizujące się wśród Twoich rówieśników:

– zdobyć się na koncentrację, na rzeczywiste skupienie, odcinając wszystko, co rozprasza, rezygnując z kuszących zaproszeń… Nie, nie myślę o imprezowaniu, lecz o szansach wejścia w jakieś zaangażowanie, w nową domenę, gdzie jest coś do zdziałania, jakiś krąg współpracy, który się dla Ciebie otwiera, udostępnia nieoczekiwane możliwości – jeżeli chcesz… Z wahaniem, ale jednak mówisz „nie” w imię skupienia się na tym, co już podjęłaś, na wybranym projekcie.

I to się powtarza. Jest tak wiosną, potem latem. I nadal jesienią, chociaż jesienią miałaś być wolniejsza…

Gdy ktoś wytrwale próbuje Cię do czegoś wciągnąć, zastanawiasz się – jak zwykle – nie nad tym, czego chcesz, lecz raczej pytasz: czy powinnaś?

To Twoje „życie powinnością” przypomina mi A. M., która oddała przyjaciołom ukochanego psa, bo za bardzo ją rozpraszał.

– A teraz o przeciwnym wariancie: żółkną kartki, na których notowałaś projekty Twojej pracy – magisterskiej czy doktorskiej, nieważne. Może zresztą nie ma takich kartek, są pliki w laptopie, dawno nieprzywoływane na ekran. Nie tylko tę pracę odkładasz na bok. Masz więcej odłożonych na później zarastających ścieżek, niedoczytanych książek, zarzuconych zajęć, zamarłych zainteresowań. Nie potrafisz odłożyć na później tego, co się pojawia i odpycha w cień to, co było dotąd. Nowe niesie w sobie nienaruszone obietnice. Boisz się, że ominie Cię to, co jest nieznanym dalszym ciągiem tego, co mignęło przed oczami. Nie chcesz stracić, odrzucić, zmarnować tego, co się doprasza Twojej uwagi, teraz, już natychmiast.

*

Masz wielkie zdolności do układania bukietów. Przykładasz to nowe do dawnego i pasuje. A może jednak niezupełnie? Tego snopa nie utrzymasz w dłoni. To bez sensu. Tylko nie rzuć wszystkiego w kąt, zdenerwowana, kiedy nie wiesz, co robić.

Bądź człowiekiem skupienia. Albo człowiekiem organizowania, łączenia coraz liczniejszych wątków, by nadmiar przekazywać innym. Możesz wybrać, jak chcesz. Tylko nie pozwalaj sobie na żałobę po tym, czego nie wybrałaś.

(-) Twoja ciotka Polissa

 

 

„Kwadratura koła” nadal do decyzji

Trudniej teraz pisać z myślą, że będzie to czytane w roku 2009 – za tyle tygodni, w nieznanym świecie. To, co pisane teraz, może już nie trafiać w żaden nerw zainteresowania. Są, oczywiście, sprawy wiecznotrwałe, ale i te musimy rozważać na tle ulegającym dezaktualizacji. Może w styczniu najbardziej na temat będzie przypominanie – po miesiącu – gdzie byliśmy jeszcze w listopadzie…

Powiem więc, że piszę z Polski wciąż wierzącej – albo udającej, że wierzy? – iż kryzys finansowy naprawdę nas ominie. Jest to więc Polska odrzucająca świadomość procesów integracyjnych, w których uczestniczy. Otwieramy się na korzyści z integracji – i słusznie. Ale to przecież jasne, że w świecie, w którym wszystko się przenika, nie mogą istnieć rezerwaty wolne od wpływu globalnych zjawisk. Zapewnianie siebie, że kryzys manifestuje się wszędzie, tylko nie u nas, wpływa spowalniająco, może na pewne zjawiska kryzysowe  nawet łagodząco, ale to działa tylko przez jakiś czas, może dość długi, ale coraz krótszy. Podejrzewam, że upływanie tego czasu staje się coraz szybsze. W styczniu pewnie będzie już widać to, co pod powierzchnią zaczyna się dziać już teraz.

Piszę teraz, tkwiąc w świecie, w którym jeszcze trwa odzyskane po roku 1989 poczucie, iż przyszłość da się planować. Człowiek ma prawo widzieć świat poprzez swoje plany, ambitne lub skromne, ale realne, jeśli budowane jako tako rozsądnie.

Zachwianie systemów finansowych wzmacnia niepewność. Niepewność znów wkracza na pierwszy plan, każe się z sobą liczyć. I chcieć zmiany, by powróciła stabilizacja, by miała szansę powrotu jak najprędzej.

Napisałam te ostatnie trzy zdania i zdałam sobie sprawę, że jeszcze nie jutro, ale w styczniu będą one wyrażały stan ducha wielu ludzi w Polsce. Na razie konieczność zmiany nie jest jeszcze widziana jako coś, co nas dotyczy.

Już jednak w październiku, a na dobre w listopadzie, gospodarka zadamawia się na pierwszych stronach gazet. Jeśli ktoś czyta reklamy, to być może dostrzeże, iż wiele z nich zupełnie nie pasuje do tego, co czytamy o gospodarce. Reklamy beztrosko lecą, choć ich sens znika. Można by na nich oszczędzić, ale lepiej nie, bo położymy prasę i inne media. A właśnie teraz mają ważną rolę do spełnienia. Trzeba będzie pisać, jak sobie radzić na przykład z nagłym ustaniem zatrudnienia, z osobistą klęską, która spada w trybie zbiorowym – nie w jednym punkcie, lecz jednocześnie na wiele osób z otoczenia.

To tylko jeden przykład i to powierzchowny, raczej z dziedziny poradnikowej, a perspektywa kryzysu wymaga czegoś więcej. Już teraz, w listopadzie, wracam myślą do „kwadratury koła”, analizowanej przez Ralfa Dahrendorfa* jako problem transformacji po upadku komunizmu: jak godzić aspiracje i dążenie do konkurencyjności gospodarki, do demokracji i do spójności społecznej? Jak wyważać działania, by osiągać te cele przynajmniej w stopniu zadowalającym.

Ten sam problem staje przed światem w fazie wychodzenia z kryzysu. W listopadzie, jeszcze nie czując na sobie siły sztormu, już się lękam – najpierw o los „demokracji”, przez którą rozumiem rządy większości z poszanowaniem praw różnych mniejszości, praw człowieka, w tym praw pracowniczych… To już dotyka kwestii spójności społecznej, którą pielęgnując działamy na rzecz oszczędzania ofiar, staramy się po ludzku rozkładać koszty napraw systemu, a także jego zmian.

A konkurencyjność? Czyż nie domaga się obniżania kosztów pracy, redukcji świadczeń, a więc znów pożyczania od przyszłości, bo nie stać nas ani na uczenie, ani na leczenie teraz – tylko może kiedyś potem.

Do rozwiązywania kwadratury koła można się tylko przybliżać.

Jesienią myślę: czy mamy wybór? Jak chcemy, by wyglądał obraz naszego rozwiązania „kwadratury koła”? Wybrane proporcje demokracji do konkurencyjności czy spójności wiele w nim zmienią. Pytanie też, jak na to rozwiązanie wpłynie nasz niezbędny i nieunikniony udział w przedsięwzięciach regionalnych i globalnych. Los jest teraz wspólny, lepiej tą wspólnością losu współzarządzać, niż się z niej niby to wyłączać. Wszyscy lepiej na tym wyjdziemy, jeśli planeta będzie rodzinna, to znaczy: jeśli zasiedlający ją poczują się rodziną. To mit twórczy, bardzo pięknie promowany przez papieża Jana XXIII. Dziś ten mit jest potrzebny, podobnie jak encyklika Laborem exercens Jana Pawła II i jego zasada, że „praca nie jest towarem”. Albo – jeśli ktoś woli – jest towarem szczególnym. I nie cała, i nie bez reszty jest towarem.

Kryzys każe mi wracać do całego zestawu korzeni. To duża praca, lepsza niż chowanie głowy w piasek.

________

* Zob. R. Dahrendorf: Kwadratura koła, tłum. H. Bortnowska, http://pismo.polis.org.pl.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata