|

REPORTAŻ
Biedni sąsiedzi patrzą na getto (fragment)
KONRAD OPRZĘDEK
W tym miejscu zdążyło już wyrosnąć
nowe pokolenie. Wśród dzieci panuje
ta sama reguła, co w świecie dorosłych:
silni biją, a słabi są bici. Muszą się
przystosowywać do warunków życia
w slumsach. Ich słabość jest potępiana
nawet przez ich słabych rodziców.
Mieszkania socjalne w Jaworniku jedni
ironicznie nazywają Manhattanem, inni
– slumsami, większość – po prostu piekłem.
Jawornik to wieś położona trzydzieści
kilometrów na południe od Krakowa.
Tutaj, na terenie wielkości boiska sportowego,
ogrodzonym pordzewiałą siatką,
w gęstwinie drzew i krzaków skryte są
cztery powojskowe baraki. Do tego getta,
wypchniętego na ubocze gminy Myślenice,
trafili ci, którzy nie chcieli lub nie
umieli przestrzegać norm życia społecznego.
Żyją tu obok siebie: ofiary przemocy
domowej i ci, których po kielichu świerzbi
ręka; gorliwie wierzący i rozpustnicy;
ludzie o wysokim poczuciu godności i najbardziej
ordynarni prostacy; czytelnicy
Dostojewskiego i Hugo oraz półanalfabeci.
Reguły dyktują silniejsi, którzy w dzień
albo odsypiają po nocnej libacji, albo rozchodzą
się po okolicy, by zdobyć trochę
grosza na wino. Wówczas słabi (a przynajmniej:
ci z nich, którzy nie pracują) wychodzą przed baraki i nieśmiało przysiadają
na ławeczkach. Wieczorem zamykają
się w mieszkaniach, włączają telewizory,
czytają gazety lub rozwiązują krzyżówki,
ale nie jest to czas spokoju – muszą
być czujni i pamiętać, by stale mieć pod
ręką telefon. Policja przyjeżdża tu nawet
trzy razy w tygodniu.
Choć problem Jawornika nabrzmiewa
w gminie od kilkunastu lat, dla mieszkańców
okolicznych miejscowości właściwie
nie istnieje. Opowiadać o nim to
jakby po raz kolejny przypominać o wielu
podobnych miejscach w Polsce, które
stały się składowiskami „odpadów” z kolejnych
lokalnych społeczności. Jaworniki
albo są wypierane ze zbiorowej świadomości,
albo po prostu nie budzą zainteresowania.
Ich obrazy ogląda się tylko z dystansu
– gdy pokazują je reportażyści bądź filmowcy
i gdy ten, kto je ogląda, nie musi
czuć się oskarżony.
Kogo bieda dotyka, traci głos. Kto zaś
ze swego głosu może i chce zrobić użytek,
coraz częściej staje bezradny wobec problemu
medialności ubóstwa. Im liczniejsze
są opowieści o biedzie, tym mniej przekonują.
Ciekawią dopóty, dopóki zaskakują;
gdy zaś się powtarzają – już tylko nużą.
Tymczasem przykład Jawornika pokazuje,
że getta tworzą się także (a może:
zwłaszcza) na poziomie języka. Dopóki
znużenie nie pozwala ich zauważyć, dopóty
nie można ich otworzyć.
Więcej na łamach styczniowego „Znaku”
Zamów numer
KONRAD
OPRZĘDEK, absolwent
komparatystyki
UJ.
POCZĄTEK STRONY |