|

POWIĘKSZENIA: ŚWIAT
Czas niemego terroru (fragment)
TADEUSZ JAGODZIŃSKI
Nie lubię określenia „wojna z terrorem”, którym szermuje populistyczna prasa anglosaska. Wojenna retoryka ma nas
podświadomie przekonać, że wojna wymaga poświęceń, i skłonić do zaakceptowania tego stanu rzeczy.
Nie lubię określenia „wojna z terrorem”,
którym szermuje populistyczna prasa anglosaska,
i nie tylko ona. Terroryzm to prawie
tak stara jak ludzkość metoda prowadzenia
walki zbrojnej i osiągania celów
politycznych. Można się z nim nie zgadzać,
można go zwalczać, ale wypowiadanie
wojny metodzie jest nieporozumieniem,
chyba że traktuje się to cynicznie i naprawdę
chodzi o to, żeby usprawiedliwić
ograniczenia praw obywatelskich (do czego
dochodziło i wciąż dochodzi w różnych
częściach świata od czasu ataków na wieże
WTC i gmach Pentagonu w 2001 roku).
Innymi słowy, wojenna retoryka ma nas
podświadomie przekonać, że wojna wymaga
poświęceń, i skłonić do zaakceptowania
tego stanu rzeczy.
Jednocześnie ze wzrastającą częstotliwością
stajemy się świadkami zdarzeń,
które to nieprecyzyjne określenie uprawdopodobniają,
nadając mu coraz bardziej rzeczywisty
wymiar. Terrorystyczny atak na
Bombaj z pewnością należał do wydarzeń
o charakterze „wojennym”. Przez kilka dni,
poczynając od 26 listopada 2008 roku, telewizje
całego świata pokazywały bitewne
sceny z ulic wielkiego miasta, panikę
mieszkańców, eksplozje, krew. Porażała
skala ataku, jego długotrwały charakter i ostateczny
bilans: prawie dwustu zabitych,
trzystu rannych, zniszczone budynki hoteli,
kawiarni, biur. Niewiele dotąd wiadomo na
temat sprawców czy ich mocodawców –
oprócz tego, że z grupy około dziesięciu zamachowców
jednego ujęto żywcem. Co
prawda, jeszcze podczas wielogodzinnych
wymian ognia z siłami bezpieczeństwa
w Bombaju pojawiły się komunikaty ugrupowania
Mudżahedini Dekanu (Dekan to
wyżyna obejmująca znaczną część Indii),
przyznającego się do przeprowadzenia
ataku, ale fakt, że było ono przedtem zupełnie
nieznane, skłaniał wielu ekspertów
do podawania w wątpliwość tej tezy. Z kolei,
zdaniem władz indyjskich, już od początku
śledztwa tropy jednoznacznie prowadziły
w stronę Pakistanu, choć pojawiały
się też informacje o brytyjskich
koneksjach zamachowców albo o wydanych
przez Mauritius paszportach, które
mieli przy sobie. Sam scenariusz ataku był
stosunkowo prosty. Napastnicy dotarli do
15-milionowego Bombaju drogą morską;
najpierw opanowali indyjski kuter i wymordowali
załogę, później na pontonach dopłynęli
do miasta, podzielili się na grupy
i przystąpili do masakrowania przypadkowych
ludzi (używali do tego broni maszynowej
i granatów). Działali w sposób wysoce
skoordynowany; faza uderzeniowa wyglądała
na precyzyjnie zaplanowaną
i zsynchronizowaną, a indyjscy policjanci
i antyterroryści w jej początkowej fazie miotali
się pomiędzy szpitalem, dworcem kolejowym
a ekskluzywnymi hotelami, w których
zamachowcy wzięli zakładników, przy
okazji zaopatrując się w ukrytą tam zawczasu
broń i amunicję. Wybrane przez
nich cele łączyły w sobie walory taktyczne
(oczywiście z punktu widzenia napastników)
z propagandowymi: dworzec czy kawiarnie
pełne były potencjalnych ofi ar,
Bombaj – jako stolica indyjskiego biznesu
– stanowił wymowny symbol, zaś atak na hotele jednocześnie godził w ikony rosnącego
dobrobytu Indii oraz w Zachód.
Z agencyjnych doniesień „na gorąco” wynikało,
że zamachowcy przy doborze zakładników
kierowali się ich obywatelstwem
i krajem pochodzenia. Szczególnie interesowali
ich Amerykanie i Brytyjczycy, a tę
„krótką listę” uzupełniali Żydzi z centrum
chasydzkiej organizacji religijnej, które
również zaatakowano.
Więcej na łamach styczniowego „Znaku”
Zamów numer
TADEUSZ
JAGODZIŃSKI, dziennikarz,
b. pracownik
Sekcji
Polskiej BBC,
absolwent
London
School
of Economics
and Political
Science.
POCZĄTEK STRONY |