70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Prezydent wszystkich Demokratów?

Bodaj jeszcze za kadencji George’a Busha seniora półżartem proponowano, żeby – z uwagi na globalną rolę i znaczenie USA – prawo do głosowania w amerykańskich wyborach prezydenckich rozszerzyć na resztę świata. Kiedy w ostatnich tygodniach nałogowo odwiedzałem rozmaite fora i witryny serwisów społecznościowych, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że pokolenie Internetu zachowuje się tak, jakby to prawo było już faktem.

Internauci z Dalekiego Wschodu, Australii, z różnych zakątków Europy (i – co oczywiste – z samych Stanów) z codzienną regularnością komentowali meandry kampanii wyborczej Demokratów i Republikanów; na bieżąco oceniali debaty telewizyjne; zupełnie otwarcie agitowali, choć doskonale musieli sobie zdawać sprawę z tego, że formalnie ich głos nie będzie się w tej rozgrywce liczył. Przyczyny owej mobilizacji były złożone: od dość rozpowszechnionej niechęci wobec dotychczasowej polityki Waszyngtonu po przekonanie o historycznej randze tych wyborów i – zdecydowanie nie znającą granic – fascynację medialnym wizerunkiem Baracka Obamy. Przy okazji: skala tego zjawiska potwierdzała tezę o komunikacyjnej mocarstwowości Internetu, bodaj po raz pierwszy wykorzystanego w takim stopniu przez partyjną machinę zarówno w celach propagandowych, jak i organizacyjnych, choćby do gromadzenia rekordowych środków finansowych.

W niczym to jednak nie umniejsza sukcesu demokratycznego kandydata, który musiał skutecznie przekonać większość wyborców do siebie i swojego programu zmian. Oczywiście, pod względem symbolicznym triumf Obamy stanowi cezurę w upokarzająco długich i bolesnych zmaganiach Ameryki z kwestią rasy. W tym sensie jest też zwieńczeniem ruchu na rzecz praw obywatelskich z lat 60. ubiegłego wieku. Ale kampania przeprowadzona pod szyldem przemian zobowiązuje nade wszystko do patrzenia w przyszłość. Co zatem można już dziś powiedzieć na temat politycznych przeobrażeń w USA w najbliższych latach? Jakiego przesunięcia akcentów oczekiwać? Jakich upatrywać zagrożeń? Ci, którzy osobiście znają prezydenta-elekta, podkreślają, że jest on instynktownie człowiekiem dialogu. Jessica T. Mathews z Carnegie Endowment for International Peace (Fundacja Carnegie na rzecz Światowego Pokoju) uważa go za „polityka o naturalnych odruchach centrysty”. Zbigniew Brzeziński z kolei mówił niedawno BBC, że „Obama – w odróżnieniu od swojego niedawnego kontrkandydata – ma większe szanse, by dokonywać takich wyborów w polityce zagranicznej, które zmniejszą wrogość wobec Stanów Zjednoczonych”. Sam Obama wreszcie w swojej autobiografii podkreślał wpływ, jaki wywarły nań pełne nędzy i strachu uliczki indonezyjskiej Dżakarty, gdzie spędzał wczesne dzieciństwo. Niepodobna wyrokować o kształcie amerykańskiej polityki na podstawie tak szczątkowych przesłanek, zwłaszcza że osobiste skłonności jej głównego dyrygenta bynajmniej nie są jedynym czynnikiem mającym wpływ na partytury (a kompletowanie orkiestry dopiero się zaczęło). Biorąc jednak pod uwagę również wypowiedzi z kampanii wyborczej, uprawnione wydaje się założenie, iż będzie to prezydentura o wiele bardziej od poprzedniej nastawiona na dyplomację i wielostronne uzgodnienia. Z pewnością na takich oczekiwaniach w znacznej mierze opiera się kapitał przychylności i nadziei pokładanych w Baracku Obamie również – a może, przede wszystkim – przez nie-amerykańskich demokratów, którzy kibicowali mu w wyścigu do Białego Domu.

Kłopot w tym, że po zwycięstwie nowego szefa rządu USA czekają wyzwania o stopniu trudności „niespotykanym chyba od czasów Trumana i F.D. Roosevelta”  (to znaczy od lat 30. i 40. ubiegłego wieku), by raz jeszcze powołać się na wspomnianą wcześniej Jessicę Mathews. Popatrzmy tylko: kryzys finansowy i globalne widmo głębokiej recesji, a ponadto Rosja, Iran, Irak, Afganistan, reaktywowanie rozmów o liberalizacji światowego handlu (tzw. runda z Dauhy), dalszy ciąg asymetrycznego pojedynku z ekstremistami muzułmańskimi – to zaledwie początek długiej listy problemów i pękatych opracowań, w które Obama będzie się musiał wgryźć jeszcze przed oficjalną inauguracją 20 stycznia 2009 roku. A przecież nigdzie nie jest powiedziane, że reforma amerykańskiego systemu opieki zdrowotnej, stosunki z Chinami czy też mediacje w sporze izraelsko-palestyńskim to kwestie mniej istotne, zwłaszcza że ta ostatnia może być w wielu stolicach traktowana jako miernik intencji USA nie tylko wobec Bliskiego Wschodu, ale i całego Południa. Dlatego warto zwrócić uwagę na to, czy amerykańskie inicjatywy w tym zakresie pojawią się krótko po zmianie warty w Waszyngtonie, czy też raczej pod koniec kadencji, bez perspektyw osiągnięcia trwalszych porozumień (a może w ogóle się nie pojawią, potwierdzając tym samym tezę o nierozwiązywalności tego sporu i niemożności racjonalnej dyskusji na jego temat?). Trzeba też pamiętać, że najbliższy czas, zważywszy na poziom i zasięg kryzysu gospodarczego, może charakteryzować się w polityce Stanów Zjednoczonych ciągłym napięciem pomiędzy tendencjami protekcjonistycznymi a wolą kompromisowej współpracy i zaangażowania poza własnymi granicami. Z pewnością od wyboru strategii pod tym względem zależeć będzie coś więcej niż tylko wskaźnik popularności nowego amerykańskiego prezydenta, bo przecież stawką będzie również pozycja USA w zmieniającym się układzie sił na świecie. Zwycięstwa charyzmatycznych polityków pokroju Baracka Obamy niosą ze sobą potencjał wielkich przełomów, ale i niebezpieczeństwo równie wielkich rozczarowań. Tym większych, im wyżej ustawiona jest poprzeczka oczekiwań, aspiracji i nadziei. I dlatego trzeźwiąca jest świadomość, że to nie głosy demokratów od Filipin po Wyspy Kanaryjskie (bo taki mniej więcej był geograficzny rozrzut uczestników wymienionych na wstępie przedwyborczych dyskusji) zadecydują o ewentualnej reelekcji Baracka Obamy. Zadecyduje o niej – tradycyjnie – grono niezdecydowanych wyborców amerykańskich, oscylujących między niewzruszonymi przekonaniami konserwatystów a płynnością postaw liberalnych. Prezydent Obama i jego otoczenie będzie przede wszystkim zabiegać o ich poparcie w roku 2012. I o tym też chyba warto pamiętać.

8 listopada 2008

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata