70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Noc kryształowa” – noc hańby

Najnowsza historia Niemiec zawiera kilka cezur, które wyznaczyły przełomy w politycznej i moralnej biografii tego kraju. Datą szczególną, która wyraża ambiwalencję losu niemieckiego jest 9 listopada. W dniu tym skumulowały się wzloty i upadki narodu niemieckiego: W 1848 r. stracono przywódcę ruchu liberalnego, poetę, Roberta Bluma, zamykając tym samym etap demokratycznego zrywu na fali Wiosny Ludów. W 1918 r. upadła monarchia. W 1923 r. miał miejsce nieudany pucz Hitlera w Monachium.

W 1989 r. upadł mur berliński, otwierając możliwość zjednoczenia Niemiec w warunkach demokracji. Na upamiętnianiu tej historycznej daty kładą się cieniem wydarzenia 9/10 listopada 1938 r., znane pod eufemistyczną nazwą „noc kryształowa”. W antysemickiej polityce Trzeciej Rzeszy stanowiły one przełom, który zapoczątkował jawny proces unicestwiania niemieckich Żydów; jego stacją końcową był Auschwitz.

Anatomia pogromu

W planach hitlerowskiej Rzeszy nie było konkretnej wizji ani harmonogramu „rozwiązania kwestii żydowskiej”. Pierwsze akty zorganizowanego terroru: bojkot, wykluczanie z zawodu, postępujące ograniczanie dostępu do miejsc publicznych, pozbawianie podstawowych praw i ludzkiej godności, izolowanie w świecie strachu, wszystko to nie odsłaniało jeszcze przed społecznością niemiecką i opinią międzynarodową całego wymiaru ludzkiej tragedii. 1 kwietnia 1933 r. miał miejsce pierwszy „legalny” bojkot sklepów żydowskich. W 1935 r. przyjęte zostały ustawy o obywatelstwie Rzeszy i o ochronie krwi niemieckiej oraz niemieckiej czci, zwane później norymberskimi, prowadzące do biologicznej izolacji Żydów. Po ich ogłoszeniu nazistowski Der Stürmer pisał: „Nienawidzić Żydów jest chrześcijańskim obowiązkiem”, „Kto walczy z Żydami, walczy z diabłem”.

W tle pogromu listopadowego, który stanowił generalną próbę przed „ostatecznym rozwiązaniem” „kwestii żydowskiej”, miały miejsce wydarzenia, które posłużyły Hitlerowi i jego urzędnikom jako pretekst do wydania jawnej wojny światu żydowskiemu. Po dokonaniu Anschlußu Austrii Reinhard Heydrich, szef Służby Bezpieczeństwa wysłał do Wiednia specjalny oddział do „rozpracowania kwestii żydowskiej”. Na porządku dziennym były codzienne ataki na Żydów oraz akty wandalizmu. Od wczesnej jesieni mówiono o „zimnym pogromie”. Polska, m. in. w obawie przed powrotem Żydów, uciekających przed prześladowaniami, wydała 31 marca 1938 r. ustawę o pozbawieniu obywatelstwa, obejmującą rozproszonych po świecie obywateli polskich, którzy nie utrzymywali kontaktu z krajem lub działali na „szkodę Polski”[1].

Nie czekając na realizację polskich decyzji rząd niemiecki postanowił zastosować restrykcje wobec polskich Żydów przebywających na obszarze Rzeszy. 26 października 1938 r. R. Heydrich wydał zakaz pobytu w Niemczech dla Żydów, polskich obywateli. W ramach Polenaktion w nocy z 27 na 28 października władze policyjne deportowały około 17 tys. Żydów, kierując ich w pobliże przejść granicznych. Wielu z nich imigrowało jeszcze przed I wojną światową, nie znało języka polskiego. Zaskoczeni, wywożeni w nieznane w zapieczętowanych pociągach i „wyładowywani” na obcej im ziemi, niektórzy  przebywali do czerwca 1939 r. w Zbąszyniu w niezwykle prymitywnych warunkach. Zostali bezpaństwowcami.

W kilkutysięcznym tłumie polskich Żydów przepędzonych przez zieloną granicę do Zbąszynia znalazła się rodzina krawca Grynszpana, zamieszkała dotąd w Hanowerze. Jego córka Ester Beile poinformowała swego brata Herschela Grynszpana, który uniknął deportacji, gdyż przebywał u stryjostwa w Paryżu, o dramatycznych warunkach, w jakich znalazła się ich rodzina: „Zapewne słyszałeś o naszym wielkim nieszczęściu” pisała Ester. 17 letni Herschel oddał 7 października śmiertelny strzał do sekretarza ambasady niemieckiej w Paryżu Ernsta vom Ratha. Zeznawał później: „Przy lekturze tej kartki poznałem niebezpieczeństwo, w jakim znajdowali się moi rodzice. Zdecydowałem się na akt zemsty i protestu na jakimś przedstawicielu Rzeszy bez zamiaru zabicia jakiejkolwiek osoby, ale chciałem wywołać éclat, który nie mógł być ignorowany przez świat”[2].

Doniesienia o zamachu w Paryżu zbiegły się z obchodami 15 rocznicy zamachu Hitlera. Zgodnie z doroczną tradycją Hitler przemawiał w monachijskiej piwiarni Bürgerbräukeller do „starych bojowników”, a następnie po przemarszu trasą puczystów miało miejsce spotkanie w Sali Starego Ratusza, gdzie zebrali się wszyscy którzy liczyli się we władzach partii. Mimo iż pogrom listopadowy należy do najlepiej udokumentowanych wydarzeń w dziejach Niemiec, przebieg wieczoru 9 listopada i szczegóły wydania decyzji odnośnie akcji antyżydowskiej pozostają ciągle tylko przedmiotem domniemań (Szczegółowa rola przywódców partyjnych w przygotowaniu i przebiegu pogromu była przedmiotem przesłuchań przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze).

Większość świadków jest jednak zgodna, iż to Joseph Goebbels wydał tej samej nocy rozkaz pogromu[3]. Ściśle współpracowali z nim Heinrich Himmler, szef niemieckiej policji i Reichsführer SS oraz szef tajnej policji (gestapo) Heinrich Müller. Lokalne jednostki policji otrzymały poufny rozkaz przekazany przez Heydricha, a podyktowany mu przez Himmlera rozpoczęcia „demonstracji przeciw Żydom”. Do wykonania akcji zobowiązano siły policji kryminalnej (Kripo), policji porządkowej (Orpo), oddziały SS i SA oraz inne formacje. Szczegółowe instrukcje informowały o sposobie terroru. Z rozkazu Heydricha  przedstawiciele lokalnych służb dowiedzieli się m. in. iż „można podejmować tylko takie działania, które nie pociągają za sobą żadnego zagrożenia dla niemieckiego życia lub mienia”; „Na ciągach handlowych ulic należy szczególnie uważać, by sklepy nieżydowskie zostały bezwarunkowo zabezpieczone przed szkodami”; „Jeśli tylko przebieg wydarzeń tej nocy pozwoli na wykorzystanie zmobilizowanych urzędników, należy we wszystkich okręgach zatrzymać tylu Żydów – zwłaszcza majętnych – ilu można pomieścić w będących do dyspozycji celach więziennych. Na razie należy zatrzymywać tylko Żydów zdrowych – mężczyzn w niezbyt zaawansowanym wieku. Po dokonaniu aresztowań należy niezwłocznie nawiązać kontakt z właściwymi obozami koncentracyjnymi…”[4].

W założeniu nazistowskiej propagandy listopadowy pogrom miał być wybuchem „gniewu ludu”, „spontanicznym zrywem”. Opinia Niemiec i świata miała być świadkiem aktu „zemsty narodu”. Prasa nazistowska otrzymała instrukcje, by informować, iż wydarzenia 9/10 listopada są uzasadnioną reakcją obywateli na paryski zamach. Der Westdeutsche Beobachter pisał 8 listopada w porannym wydaniu: „Kto potrzebuje mordu jako dozwolonego ¸środka demonstracji`   dla poparcia zbrodniczej kampanii kłamstwa, nie może liczyć już na żadną ochronę. Zbrodniarze będą w przyszłości traktowani jak zbrodniarze”. W tym samym dniu Völkischer Beobachter oznajmiał, iż „strzały w niemieckiej ambasadzie w Paryżu rozpoczynają nie tylko nowy rozdział w postawie wobec kwestii żydowskiej, lecz mogą być także sygnałem dla tych za granicą, którzy dotąd nie zorientowali się, że na przeszkodzie porozumienia narodów stoi tylko międzynarodowy Żyd”. Der Angriff ostrzegał 9 listopada: „Z tej niegodziwości wynika żądanie, by podjąć przeciw Żydom najostrzejsze konsekwencje”. Żydzi mieli ponieść kolektywną karę za czyn Herschela Grynszpana, bowiem według słów Goebbelsa to „żydostwo strzelało w Paryżu do narodu niemieckiego”.

Inscenizacja „gniewu ludu”

„Niemiecka noc” została zaplanowana i starannie wyreżyserowana. Zorganizowana spontaniczność wyraziła się akcjami terroru trwającymi od pierwszych godzin nocnych 9 listopada do późnego wieczoru 10 listopada 1938 r. Bojówki, przebrani w cywilne ubrania ludzie SS i SA, zagrzewani do boju alkoholem, wyposażeni w łomy, siekiery, broń oraz wykazy Żydów i rejestr ich najbardziej wartościowych dóbr, wyszli na ulice miast, by niszczyć, palić, upokarzać, zabijać. We wszystkich regionach Rzeszy płonęły w tych dniach synagogi, demolowane były mieszkania i sklepy, a ich żydowscy właściciele byli zastraszani, bici, wreszcie mordowani. Wszystkiemu towarzyszył wszechobecny dźwięk tłuczonego szkła, witryn sklepowych, okien, naczyń, porcelany. Meldunki lokalnych władz, policyjne raporty, kroniki miast i prasa odnotowywały z dokładnością zegara wydarzenia dnia. Dlatego miejscowe archiwa zachowały dokumentację nie tylko dokonanego spustoszenia, imienny wykaz ofiar, ale i dokładny rejestr zużytego materiału wykorzystanego do podpaleń i dzieła niszczenia. Im większe miasto tym większa samowola. Anonimowość ułatwiała wyładowanie nagromadzonej agresji.

Demolowanie obiektów nie dało wystarczającej satysfakcji, dlatego niemal wszędzie rejestrowano akty gwałtów, brutalności i upokorzeń żydowskich sąsiadów. W Baden-Baden ludzie SS pędzili około 60 Żydów przez miasto do synagogi, gdzie zmuszono ich do czytania fragmentów Mein Kampf Hitlera, śpiewania nazistowskich pieśni i skandowania: „Jesteśmy brudnym, leniwym narodem”. Raport służb bezpieczeństwa donosił 12 listopada z Tyrolu, iż „gotująca się dusza narodu Rzeszy skierowała się przeciw Żydom” jako odpowiedź na „tchórzliwy mord w Paryżu”. Raport SD z Tyrolu bilansował wyniki „akcji”, donosząc beznamiętnie: „3 Żydów zabitych. Są to Richard Graubart, Karl Bauer i Richard Berger, to zarząd izraelskiej gminy wyznaniowej. Wilhelm Bauer leży z ciężkimi obrażeniami głowy w szpitalu (…). Małżeństwo Popper po zniszczeniu ich mieszkania zostało wrzucone do rzeki Sill; mogli się jednak uratować na brzegu. Mężczyzna jest wśród aresztowanych”[5]. Dla rozrywki i ku zaspokojeniu najniższych instynktów gawiedzi w niektórych miejscowościach wrzucano żydowskich mieszkańców do rzek, zanurzano w miejskiej fosie. W Bremie siedmioosobowa grupa esamanów wdarła się o 5 rano do mieszkania znanego radcy sanitarnego dra Adolfa Goldberga i zastrzeliła małżonków w ich sypialni. W Esslingen miejscem ataku fanatycznych bojówek SS i SA był dom sierot. Lokalny raport donosił, iż opierającym się nauczycielom i wychowawcom trzeba było „udzielić małych nauczek”. Część dzieci uciekła, a sprawcy niszczyli wszystko, co znalazło się w zasięgu ręki. Na płonący stos wyrzucano książki, zwoje tory i pamiątkowe tablice. Kierownika sierocińca Theodora Rothschilda i jego żonę zesłało później gestapo do obozu Theresienstadt[6].

Podczas gdy zaniepokojona opinia międzynarodowa donosiła o niemieckiej „nocy św. Bartłomieja”, a prasa zagraniczna opisywała „najstraszniejszą falę antysemicką” od czasów przejęcia rządów przez Hitlera,  niemiecka rejestrowała liczbę miast niemieckich „uwolnionych od Żydów”, donosiła o „powszechnym oburzeniu ludności”, a jednocześnie o godnym podziwu zdyscyplinowaniu niemieckich obywateli. „Mimo uzasadnionego oburzenia na żydostwo, które ma na sumieniu krew niektórych niemieckich mieszkańców, ludność wykazała wielkie zdyscyplinowanie” informował 11 listopada Bamberger Volksblatt, zaś Schlesische Zeitung pisała tegoż dnia, iż „godne zauważenia było, iż we wszystkich przypadkach mimo zniszczenia, rozbijania szyb, okratowań drzwi nie było plądrowania jako wyrazu usprawiedliwionego wielkiego gniewu. Te akcje nie były wyrazem niskich instynktów (…), lecz pokazały jedynie Żydom, że nasza cierpliwość dobiegła końca”.

Sąsiedzi

Pogrom, zainscenizowany przez nazistowskie władze, nie wywołał bynajmniej powszechnego aplauzu społecznego. Obraz zarysowany w oficjalnej prasie przez wyreżyserowane relacje świadków różnił się zdecydowanie od wspomnień ofiar, tak jak odmienne były reakcje najbliższych sąsiadów, przeciętnego obywatela i gawiedzi. Podczas gdy jedni przechodnie wyrażali zażenowanie, inni opluwali konwoje aresztowanych. Ambasadorowie i konsulowie obcych państw donosili o obrazach grozy i ogromnym upokorzeniu ofiar. Zagraniczna prasa nie kryła oburzenia zachowaniem opłacanych najmitów gestapo.

W generalnej ocenie wydarzeń 9 i 10 listopada wymierzenie kary  Żydom za mord na radcy vom Ratha było uzasadnione i znajdowało zrozumienie niemieckich obywateli, natomiast jej forma jako bezsensowne niszczenie mienia, które uznano za niemieckie, wywołała dezaprobatę. W wielu wypowiedziach dawano wyraz temu, że zamiast niszczyć wartościowe dobra, lepiej byłoby rozdzielić je między potrzebujących Niemców. Uświadamiano, iż takie zachowania są sprzeczne z sytuacją gospodarczą i regularnie prowadzonymi akcjami oszczędzania. Wyrażano obawy, iż terror, który wylał się na ulice, wpłynie na negatywny wizerunek państwa i narodu w opinii międzynarodowej. Samowola niszczenia, brutalność, znęcanie się, kryminalna energia, złodziejstwo, udział uczniów szkolnych w plądrowaniu, wszystko to mogło nadwerężyć zaufanie do partii i państwa prawa, anarchizować społeczność niemiecką. W raportach policji, landratów, burmistrzów i innych urzędników można przeczytać między wierszami, iż lokalna społeczność była oszczędna w krytyce pogromu, aby nie być podejrzaną o sprzyjanie Żydom i nie narazić się tym samym władzom. Panowała zmowa milczenia. Szczere poglądy ujawniały się rzadko. Wszechobecny był strach.

Wrocławski Żyd Walter Tausk obserwował wydarzenia i rejestrował w dzienniku, iż aktów wandalizmu dokonywali także kilkunastoletni chłopcy. „Starsza publiczność miała podzieloną opinię; ogólne nastawienie było przeciwko wydarzeniom (…). Ulica wypełniona po brzegi gawiedzią i intensywnie dyskutującym tłumem, częściowo zachwyconym, od dzieci po starych ludzi. Ale mimo to u wszystkich straszne przygnębienie; większości wydawało się to niesłuszne”. W pobliżu dopalających się ruin synagogi Tusk „tu i ówdzie spotykał przyzwoitych obywateli, którzy bardzo wzburzeni porozumiewali się oczyma (…) Byłem w samym środku średniowiecza”. Był on świadkiem przemykających szybko aut policyjnych przewożących aresztowanych Żydów oraz zbitych szpalerów ludzi wrzeszczących za każdym razem ¸powiesić`”[7]. Jedno było pewne. Nikt nie mógł powiedzieć już: „nie wiedziałem”. Terror wyszedł bowiem na ulice, stał się wszechobecny, nie do ukrycia.

Historycy są zgodni w przekonaniu, iż ludność generalnie negatywnie oceniła pogrom, co zresztą nie miało nic wspólnego z sympatią do Żydów. Krytykę wywoływała samowola. Niektórzy obawiali się, że formy brutalnego terroru, rauszu niszczenia oraz parokosyzmy nienawiści mogły wywołać reakcję odwrotną do zamierzeń władz: wzbudzić litość i współczucie dla ludności żydowskiej. Akceptowano jednocześnie bezkrytycznie ustawodawstwo antyżydowskie, w przekonaniu, iż to, co usankcjonowane jest prawem, musi być słuszne. Dominował strach o własną skórę i obawa na zasadzie: dziś Żydzi, a jutro my.

Dawało temu wyraz m. in. duchowieństwo, domniemając, iż skoro płoną synagogi, mogą w ogniu stanąć również kościoły. Kościoły w Niemczech milczały, postanowiły przeczekać, by przetrwać. Społeczność Kościołów, poza nielicznymi wyjątkami, pogrążyła się we współczuciu nad samą sobą. Lojalność wobec władzy wielu czyniła ślepymi, strach paraliżował działania. Przedstawiciel umiarkowanej orientacji Kościoła ewangelickiego biskup Teophil Wurm zwrócił się po pogromie do ministra sprawiedliwości Rzeszy Franza Gürtnera, prosząc by uczynił wszystko, co mogłoby się przysłużyć przywróceniu autorytetu prawa i praworządności w ojczyźnie. Jednocześnie zapewniał: „Z długoletniego doświadczenia mogę powiedzieć, że nie ma niemal stanu, który byłby bardziej wolny od żydowskiej istoty i bardziej był gotów do angażowania się w sprawy narodu i ojczyzny aniżeli stan ewangelickich księży”. Mógł pochwalić się również, iż przed 30 laty jako kierujący misją w Stuttgarcie prowadził skuteczną walkę „przeciw inwazji żydostwa”[8].  Katolicki „Bamberger Volksblatt”  informował 14 listopada: „Całe żydostwo powinno wiedzieć, że jeżeli jeszcze raz jakiś Niemiec w Rzeszy lub gdziekolwiek na świecie zostanie zaatakowany przez jakiegoś Żyda, zemsta będzie całkowicie inna”. W Turyngii w Dniu Pokuty 16 listopada ogłoszono oświadczenie Krajowej Rady Kościoła o „walce przeciw niszczącemu działaniu ducha żydowskiego”. Biskup krajowy Martin Sasse obwieścił duchownym i wiernym, iż „narodowy socjalizm rozpoznał w porę niebezpieczeństwo i w pełni odpowiedzialnych zmaganiach ogłosił najostrzejszą walkę o niemiecką wspólnotę przeciw żydowsko-bolszewickiej bezbożności. Zadaniem Kościoła w Niemczech jest stanąć wiernie w tej walce po stronie Führera w poczuciu chrześcijańskiego sumienia i narodowej odpowiedzialności”[9]. Tylko nieliczni, jak Dietrich Bonhoeffer, dawali wyraz potępieniu nazistowskiej praktyki. Podkreślił on w swej Biblii pod datą 9 listopada słowa psalmu: „Na pastwę ognia świątynię Twoją wydali, na ziemi zbezcześcili przybytek Twojego imienia (…) Dokąd, Boże, będzie urągał nieprzyjaciel? Czy zawsze będzie bluźnił przeciwnik Twojemu imieniu?”[10].

Dla nazistowskiej władzy brak otwartego oporu i protestu ze strony społeczeństwa oznaczał wspólnictwo, akceptację hitlerowskiej polityki wobec ludności żydowskiej, co otwierało jej drogę do przyspieszenia i zaostrzenia środków na drodze do rozwiązania „problemu żydowskiego”. W polityce oddzielania podludzi od nadludzi partia miała całkowicie wolną rękę. Żydowska apokalipsa ujawniła nowe, stare oblicze. Pogromy, praktykowane od średniowiecza, przybrały jakościowo nowy wymiar. Bardziej wyrafinowane metody, z wykorzystaniem nowoczesnych środków przemocy, wyznaczały kolejny etap w  historii Niemców i Żydów. „Noc kryształowa” ukazała całe spektrum zachowań ludzkich w warunkach dyktatury, a jednocześnie oznaczała symboliczną i faktyczną śmierć obywateli żydowskich w samym centrum wykształconego społeczeństwa wielkich miast.

„Noc listopadowa” miała swój dalszy ciąg.  Po dwudniowym terrorze nastąpiły kolejne restrykcje. 12 listopada odbyła się pod kierownictwem Hermanna Göringa narada około stu najwyższych urzędników nazistowskiego państwa, na której zapadły decyzje mające dla dalszego losu Żydów fundamentalne znaczenie. Musieli oni  najpierw uprzątnąć na własny koszt wszelkie ślady pogromu. Na ofiary nałożono kontrybucję wysokości miliarda, podniesionej później do kwoty 1 i ¾ miliarda marek, tak zwany podatek pokutny. „Materiału dowodowego” dostarczył Wolfgang Diewerge, wysoki urzędnik w Ministerstwie Propagandy. Ustalił on, że w stolicy Rzeszy żyło ciągle jeszcze po kilku latach panowania narodowego socjalizmu 199 milionerów Żydów, a 695 Żydów dysponowało majątkiem wartości ponad  300 tys. marek[11].

Żydzi stali się odtąd przedmiotem bezprawia w „państwie prawa”. Rozporządzenie o „aryzacji” gospodarki oznaczało w praktyce całkowite wykluczenie Żydów z produkcji, rzemiosła, usług i handlu. Proces „odżydzania” objął wszystkie dziedziny życia. Ludność żydowską pozbawiono majątku, oszczędności, nałożono na nią „ograniczenia czasowe i terytorialne”. Pod tą eufemistyczną nazwą krył się zakaz wstępu do miejsc publicznych, korzystania z dóbr nauki, kultury, rozrywki, zakaz poruszania się po godzinie 20. Wstępu do parków i lasów broniły tablice ostrzegające: Waldesluft verträgt nicht Judenduft, So wie der Floh saugt Blut in Massen, verseucht der Jud` die Menschenrassen. Wraz z wybuchem wojny nałożono obowiązek przyjęcia imion Izrael i Sara, zniesiono ochronę lokatorską, co równało się masowemu wyrzucaniu Żydów z mieszkań, ograniczono dostęp do produktów spożywczych, odebrano prawo jazdy. Wydany na tę okoliczność 4 grudnia 1939 r. w Heidelbergu pamflet donosił z satysfakcją: „Niemiecki człowiek już od dawna odczuwał jako prowokację, kiedy Żydzi poruszali się za kierownicą samochodów po niemieckich ulicach i byli użytkownikami ulic stworzonych rękoma niemieckich robotników przez Hitlera. Wreszcie nastał kres tej z niezwykłą cierpliwością znoszonej przez naród niemiecki sytuacji. Żydzi nie mają już nic do szukania w Niemczech za kierownicą samochodu. Zamiast tego niemiecki człowiek będzie miał więcej okazji, by samochodem – dziełem niemieckiego ducha i niemieckich rąk – poznawać swą ojczyznę i czerpać nowe siły do pracy”[12]. Wreszcie napiętnowanie obowiązkiem noszenia gwiazdy Dawida dopełniło dzieła odczłowieczenia. Śmierć moralna stanowiła ostatnią stację Golgoty przed Zagładą. Więcej jak umrzeć Żyd już nie mógł.

Pogrom listopadowy stanowił generalną próbę przed „ostatecznym rozwiązaniem”. Propaganda nazistowska uczyniła wszystko, aby wraz z wybuchem wojny pogłębić w społeczeństwie poczucie zagrożenia ze strony rasy żydowskiej i uzasadnić konieczność obrony przed nią. To „światowe żydostwo wypowiedziało Rzeszy  wojnę” wyjaśniał Alfred Rosenberg w końcu marca 1939 r. w przemówieniu do Niemców Sudeckich. Uwolnienie od „żydowskich pasożytów”, w czym Niemcom przypadła wiodąca rola, „leży w interesie europejskich narodów”[13]. W miarę nasilania eksterminacji  pisma nazistowskie zaostrzały propagandową nagonkę. Wiodący w tym względzie Angriff  we wprowadzającym komentarzu z 30 maja 1943 r. pisał: „Kto chwali Żydów, ten ma świński charakter, kto obraża go, jest człowiekiem honoru (…) Odrzuć swoją przysłowiową niemiecką dobroduszność. Współczucie  nie może już znaleźć miejsca w twym sercu. Żyd chce cię zniszczyć, a Jehowa chce cię pożreć”.

Mord katyński posłużył jako dodatkowy pretekst do zaordynowanej kampanii propagandowej. Westdeutscher Beobachter przedstawiał w tekście pod tytułem „Żydowska żądza mordu”  22 kwietnia 1943 r. Katyń jako nowoczesną formę żydowskiego mordu rytualnego. „Jedno jest pewne – Żydzi pragną krwi nie-Żydów”. Goebbels prowadził do samego końca kampanię antyżydowską. 5 czerwca 1943 r. w berlińskim Pałacu Sportu wygłosił przemówieniu, stanowiące punkt szczytowy antysemickiej kampanii. Precyzował bez ogródek cele niemieckiej polityki, gdy stwierdzał: „Całkowite wyeliminowanie żydostwa z Europy nie jest kwestią moralności, lecz kwestią bezpieczeństwa państw. (…)  Jak stonka kartoflana niszczy pola ziemniaczane, tak Żyd niszczy państwa i narody. Przeciw temu jest tylko jeden środek: radykalne usunięcie niebezpieczeństwa. (…) Międzynarodowy Żyd jest kitem, który trzyma razem wrogą koalicję”[14].

„Noc kryształowa” w polityce historycznej Niemiec

Pamięć o Zagładzie jest ważnym elementem niemieckiej tożsamości. Droga do zintegrowania pamięci Holocaustu w świadomości Niemców w podzielonym, a następnie zjednoczonym państwie, była długa i najeżona trudnościami. Jak stwierdził Fryderyk Nietzsche: „Uczyniłem to – powiada moja pamięć. Nie mogłem tego uczynić – powiada moja duma i pozostaje nieubłagana. W końcu pamięć ustępuje”[15]. Christian von Krockow pisze o podwójnym człowieku i jego podwójnym sumieniu w Trzeciej Rzeszy. Po wojnie mieliśmy do czynienia z podobną sytuacją. W Niemczech zapanowało głębokie milczenie. Zajęci leczeniem własnych ran, podnoszeniem ze zgliszcz własnych domostw, Niemcy nie byli skłonni do rozpamiętywania biblijnego pytania: „Gdzie twój brat Abel?” Czy w ogóle zauważyli zniknięcie żydowskich współobywateli?

Ci Żydzi, którzy przetrwali Holocaust, nie wyobrażali sobie początkowo powrotu na ziemię niemiecką. Wydawało się, że po Auschwitz żydowskie gminy w Niemczech byłyby czymś wbrew naturze. Mimo iż pod koniec lat czterdziestych mieszkało w RFN około 15 tys. Żydów, a w oficjalnych wypowiedziach potępiano antysemityzm, wyniki badań różnych grup społecznych są wielce wymowne. Szacuje się, iż po podpisaniu umowy odszkodowawczej do swej dawnej ojczyzny wróciło około 5% byłej niemieckiej ludności żydowskiej. Już pierwsze badania w strefie amerykańskiej w grudniu 1946 r. wykazały, że Holocaust nie wyznaczył zasadniczej cezury w postawach społecznych wobec Żydów. Z badań wynikało, iż 18% społeczeństwa określiło swe stanowisko jako „zdecydowanie” antysemickie, 21% jako antysemicke, a 22% odpowiedzi zakwalifikowano jako rasistowskie[16].

Wraz z utworzeniem RFN zaczęły narastać dwie odmienne tendencje. W życiu politycznym i społecznym pojawiły się neonazistowskie organizacje, do życia publicznego powróciło wiele osób obciążonych współpracą z państwem narodowosocjalistycznym., a nastroje społeczne zwróciły się przeciw kontynuowaniu denazyfikacji. O ile w 1949 r. na pytanie: „Jakie jest Pańskie stanowisko wobec Żydów?” 10% odpowiedziało „demonstracyjnie antysemickie”, 15% z rezerwą, 41% tolerancyjne i 6% „demonstracyjnie przyjazne”, o tyle w 1952 r. już 34% odrzucało Żydów, 18% deklarowało rezerwę, 23% tolerancję, a 7% przyjazne nastawienie[17]. To dyskwalifikujące Niemców odkrycie, jak i pojawiające się przykłady bezczeszczenia cmentarzy żydowskich wywoływały w niektórych środowiskach i organizacjach potrzebę przeciwstawienia się i zademonstrowania odmiennych tendencji.

Uświadomienie sobie w pełni tego, co się wydarzyło między 1933 i 1945 r., własnego udziału, kwestii odpowiedzialności, wreszcie poczucie wstydu, żalu i winy, wszystko to obejmuje sferę uczuć i świadomości. Doświadczenia totalitaryzmu uczą, iż historyczna refleksja, krytyczny stosunek do przeszłości dojrzewają długo i trudem. Mentalność człowieka, osadzona w określonym środowisku i kulturze, nie zmienia się z dnia na dzień. Spojrzenie na „problem żydowski” wymagało rewizji całego nauczania Kościoła katolickiego, nawyków myślowych, uprzedzeń i własnych wyobrażeń. Znany teolog i filozof religii Romano Guardini stwierdzał w 1952 r. „Jest tak, jak gdyby sumienie pozostawało bezradne wobec okropności tego, co się stało” [18].

W pierwszych latach po wojnie brakowało odpowiedniego języka, formy, rytuału dla upamiętnienia pogromu listopadowego. Jak uczcić wydarzenie, które stanowiło piętno, wyrażało wstyd i hańbę, za którym kryli się ludzie występujący w imieniu i w rzekomej obronie narodu niemieckiego? Podział Niemiec sprawił, iż tradycja i kultura pamięci zostały podzielone. Dla władz NRD hierarchia ważności świąt i upamiętniania kształtowała się całkowicie odmiennie aniżeli w starej RFN. Listopad był zarezerwowany jako miesiąc pamięci o rewolucji październikowej (1917) i rewolucji listopadowej (1918). Żydzi nie mieścili się w żadnej oficjalnej definicji ofiar faszyzmu. Kolejne rocznice „nocy kryształowej” służyły natomiast jako okazja do ataków na imperializm zachodni i rewizjonistyczne Niemcy zachodnie.

Polityczne uwarunkowania stosunku NRD do Izraela, ideologiczne podejście do konfliktu izraelsko-palestyńskiego, brak kontaktów z zagraniczną ekumenią, wszystko to ograniczało niezbędną zmianę myślenia i rozrachunku z przeszłością. Nielicznym gminom żydowskim funkcjonującym na terenie państwa wschodnioniemieckiego przypisano funkcje „agentur syjonistycznych”. Konflikt izraelsko-palestyński rzucał się cieniem na stosunek wobec ludności żydowskiej. Kulturę pamięci wyznaczała propaganda państwa SED. W rocznicę pogromu nasilała się informacja na temat  antysemickich ekscesów i „faszystowskich elementów” w sąsiedniej RFN. Rocznicowe uroczystości ograniczały się do lokalnych obchodów, organizowanych przez gminy żydowskie, przy udziale lokalnych władz. Towarzyszyły im zapewnienia, iż w „państwie robotników i chłopów” rasizm, militaryzm, imperializm i antysemityzm zostały „z korzeniami wyrwane”. Od kiedy w 1955 r. otwarto w Berlinie wschodnim Muzeum Historii Niemiec, Biuro Polityczne SED wpisało pogrom Żydów jako stały punkt w oficjalnym kalendarzu pamięci państwowej.

W listopadzie 1956 r. premier Otto Grotewohl mówił o odszkodowaniach wypłacanych przez RFN jako o tak „zwanych reparacjach, które Izrael wykorzystuje w swej walce przeciw niepodległościowym ruchom na Bliskim Wschodzie”. Domagał się przy tym, by Niemcy zachodnie nie wspomagały „bastionu imperializmu”[19]. „Neues Deutschland” meldowała w tymże roku, w rocznicę pogromu o tym, jak „setki wiernych żołnierzy Hitlera oraz faszystowscy mordercy i podpalacze manipulują przy urządzeniach nawigacyjnych bońskiej maszynerii wojennej NATO”[20]. Odpowiedzialność za pogrom ponosili faszyści, a ich potomkowie żyli obok w Bonn i Monachium; to oni „sprofanowali dobre imię Niemiec”. Obchody były łączone z agitacją przeciw „ciągle silnym i bezczelnym siłom narodowosocjalistycznym w RFN”. Wiązanie rocznicy z aktualną polityką pozbawiało uroczystości wszelkiej wiarygodności.

Kultura pamięci w realnym socjalizmie nabrała własnej dynamiki w latach sześćdziesiątych. Otwarto miejsca pamięci na terenach byłych obozów koncentracyjnych. Miały one uwiarygodnić „aurę antyfaszystowskiego męczeństwa”. Stanowiły świadomy akt propagandowej ofensywy przeciw RFN, własnemu ideologicznemu wrogowi. W 30 rocznicę „nocy kryształowej” organ partyjny donosił o konieczności podjęcia akcji „przeciw każdemu antysemityzmowi, którego imperialistyczni główni winowajcy w zachodnich Niemczech noszą dzisiaj wyświechtany płaszcz niewinności swego imperialistycznego spisku z obecnymi przywódcami Izraela”[21].

Mimo trudności i ograniczeń stosowanych wobec gmin żydowskich Kościołowi ewangelickiemu w NRD udało się stopniowo wypracować mały margines wolności dla obchodów rocznicy pogromu listopadowego i pojednania ze społecznością żydowską. Synod Kościoła Krajowego w Greifswaldzie apelował o umiar i powściągliwość mediów w informowaniu na temat aktualnej problematyki dotyczącej Izraela i Żydów. Do redakcji niektórych pism napływały listy chrześcijańsko-żydowskich wspólnot roboczych protestujących przeciw karykaturalnemu przedstawianiu rzeczywistości na Bliskim Wschodzie.

Możliwości szerszej debaty na trudne tematy dał regionalny Kirchentag w Lipsku w 1978 r. w 40. rocznicę „nocy kryształowej” oraz Rok Lutra obchodzony w 1983 r. Temat „Luter i Żydzi” stał się przedmiotem oświadczenia Kościołów ewangelickich w NRD, w którym stwierdzono m. in., iż nie ma powodu, by „Lutra czcić jako bohatera. (…) Jego krytyka żydowskiej religii wzmocniła wbrew zamierzeniom pogardę dla Żydów, co miało dla naszego narodu fatalne konsekwencje”[22]. W ostatnim dziesięcioleciu przed zjednoczeniem znalazło się miejsce na szerszy dialog Kościołów z judaizmem i jego przedstawicielami.

Demokratyzacja społeczeństwa zachodnioniemieckiego napotykała tam, gdzie chodziło o pamięć nazistowskiej przeszłości na przeszkody polityczne, psychologiczne, ekonomiczne i kulturowe. W ciągu pierwszych dwudziestu lat po  zakończeniu wojny obowiązywała masowa ucieczka od tego, co ludzie ludziom wyrządzili w ciągu 12 lat nazistowskiej nocy. Sporadycznie i lokalnie odnotowywana była rocznica listopadowej hańby. Zanim pamięć o Zagładzie stała się ważnym elementem niemieckiej tożsamości tylko w wąskim gronie intelektualistów zastanawiano się, czy negatywna, dramatyczna przeszłość może być fundamentem pozytywnej identyfikacji Niemców. Jak obchodzić dzień wstydu? Jakim językiem upamiętniać dzień żałoby?     

Przeszłość była tematem tabu. Wysocy rangą biskupi ostrzegali duchownych przed podejmowaniem na ambonie, w katechezie i rozmowach krytycznego poruszania spraw minionych. Zarówno świeccy, jak i duchowni koncentrowali się na własnych ofiarach, nie chcieli być ofiarą Trzeciej Rzeszy. O pogromie przypominano okazjonalnie przy odsłanianiu tablic, przy odbudowie synagog. Kiedy kanclerz Konrad Adenauer udzielił w 20 rocznicę „nocy kryształowej” wywiadu dla żydowskiego pisma, w którym wzmiankował „o strasznych czynach nazistów”, był to raczej gest obowiązku wobec Izraela. Pierwsze „okrągłe” rocznice obchodzono w małym gronie w synagogach i na cmentarzach żydowskich. Prezydent Theodor Heuss w liście do Centralnej Rady Żydów w Niemczech przypominał w 1958 r. o obowiązku pamięci: „Ta infamia pozostawiła płonący pomnik pamięci. Płomienie dawno wygasły, ale ich ponury żar pozostawił na dziesięciolecia palący wstyd”[23].

Kolejne rządy szukały właściwej semantyki, tonu, formuły upamiętniania. Wszystkie obowiązujące w życiu publicznym pojęcia, jak wspólnota, naród, rewolucja zostały bowiem nadużyte. Potrzeba było kilku dziesięcioleci, by debata wokół przeszłości stała się źródłem edukacji historycznej, politycznej i moralnej. Musiały włączyć się w nią wszystkie instytucje odpowiedzialne za kształtowanie kultury politycznej i duchowości społeczeństwa. Chodziło o wiarygodność rytuałów pamięci w sytuacji, gdy ciągle żywa była pamięć obowiązujących przez wieki i utrwalonych w literaturze negatywnych stereotypów.

Dopiero 50. rocznica pogromu stała się okazją do obchodów w Bonn, którym nadano ogólnopaństwową rangę. Głównym organizatorem był Niemiecki Bundestag. Uroczystościom towarzyszył jednocześnie skandal, którego głównym bohaterem był prezydent Bundestagu Philip Jenninger. Słowa wypowiedziane na forum niemieckiego parlamentu kosztowały go utratę stanowiska. Podczas jego wystąpienia posłowie lewicy, Zielonych i część liberałów opuściła salę obrad. W ferworze emocji nie było miejsca na rzeczową dyskusję i odpowiedź na pytania: Czym naraził się Jenninger? Kogo zranił: Niemców czy Żydów? Media zarzucały brak wyrazów żałoby, współczucia, właściwego tonu. Tymczasem wydawany w Tel Awiwie „Jediot Acharonot” przyznawał 13 listopada 1988 r., iż Jenninger mówił prawdę. On „postawił Niemcom przed twarzą lustro, w którym oni nie chcieli się rozpoznać”.

Mówił on nie z perspektywy ofiar, lecz z punktu widzenia wspólnoty narodowej, sprawców i gapiów. Słuchaczy raził brak dystansu, osobistego komentarza, racjonalny, suchy ton rozliczenia. Jenninger zmienił reguły obowiązującej dotąd retoryki dnia pamięci, przypominał o winie. Czy jego rzeczowość nie była jednak uczciwa, gdy mówił: „Ludność zachowywała się pasywnie; to dotyczyło antyżydowskich akcji i podejmowanych środków w minionych latach. Tylko niektórzy uczestniczyli w ekscesach, ale nie było też żadnego oporu, odrzucenia. Wszyscy widzieli, co się zdarzyło, ale większość patrzyła w bok i milczała. Także Kościoły milczały”.

Czy była to mowa skandaliczna, jak donosiła „Die Tageszeitung” „rzadka mieszanina powierzchownego opowiadania historii, próba usprawiedliwienia i fascynacji polityką nazizmu”?[24]. „Frankfurter Rundschau” nazwała przemówienie „wykolejeniem”. Powściągliwa pozostała „Frankfurter Allgemeine”, określając wystąpienie jako „dyskusyjne”. Londyński „Times” uznał przemówienie za rzeczowe, trafne, precyzyjne. Jenninger mówił mniej o ofiarach, a bardziej o „nas”, wszystkich Niemcach i obowiązku pamięci. „Neue Zürcher Zeitung”, komentując reakcję posłów i komentatorów, pisała o nich jako o  uczestnikach żałobnego spektaklu, którzy „wydają się ledwie racjonalnie pojmowani (…)” oraz o „kompleksowej niezdolności w powojennych Niemczech do właściwego obchodzenia się ze straszną przeszłością i spokojnego pietyzmu wobec ciemnej strony historii”. Gräfin Marion Dönhoff mówiła: „Jest tak (…) jak gdyby w domu, w którym obchodzi się żałobę po zamordowanym członka rodziny, wygłaszano wykład na temat historycznego procesu zamiast dzielić rozpacz i żałobę zebranych”[25].

Czy „noc kryształowa” i Holocaust stały się integralnym elementem losu niemieckiego? Odpowiedzi na tak postawione pytanie dostarczyć musi rzeczywistość zjednoczonych Niemiec. Pamięć Zagłady powinna pozostać ciągle żywym pomnikiem pamięci. Wszelkie oficjalne rytuały będą jednak bezpłodne, jeśli nie będzie im towarzyszyć intelektualna i moralna refleksja oraz uwrażliwienie na kwestie praw człowieka. W sporach o charakter kultury pamięci ścierają się dzisiaj różne opcje, kumulują wydarzenia aktualne związane z prawem azylu, kwestią migracji, aktów terroru wobec obcych. Fala ekscesów antyżydowskich po zjednoczeniu Niemiec, ożywienie ruchów neonazistowskich na ziemi niemieckiej wywołały reakcję społeczną, która zaowocowała zwiększonym zaangażowaniem na rzecz edukacji historycznej.

Wątpliwości wyraził prezydent RFN Roman Herzog, gdy w Bergen Belsen w 1995 r. mówił : „Nie jestem pewien, czy znaleźliśmy już właściwe formy upamiętniania przeszłości dla przyszłości. (…) Upływ 50 lat od końca nazistowskiego reżimu nie może oznaczać końca pamięci. (…) Potrzebujemy żywej formy pamięci. Ona musi wyrażać żal z powodu cierpienia i utraty, ale jednocześnie musi ożywiać czujność i mobilizować do walki przeciw powtórce, odsuwać niebezpieczeństwa. Dla mnie jest właściwe wszystko, co budzi w naszych dzieciach i wnukach odpowiedzialność za demokrację, wolność i godność człowieka, fałszywe zaś jest to, co w ostateczności prowadzi tylko do tymczasowego efektu alibi”[26].

Pamięć jest aktem kreatywnym. Historia ma ostrzegać, uczyć, a nie być tylko zakutym w kamieniu ostrzeżeniem. Pamięć o wydarzeniach sprzed 70 lat obejmuje pytania i oczekiwania, których nie da się w pełni spełnić. Niemcy muszą zastanowić się dzisiaj, jak pamiętać w sytuacji, gdy zabrakło świadków wydarzeń, a uniwersalizacja i globalizacja pamięci staje się czymś nieuchronnym. Jak wspomnienie Zagłady uczynić racją i podstawą tożsamości Republiki Berlińskiej? Jak szukać nowego, narodowego consensusu. Pamięć ulega bowiem ciągłej transformacji. Wieloletnia debata wokół budowy pomnika ofiar Holocaustu nauczyła czegoś naszych niemieckich sąsiadów. Wprawdzie naród ze szczególną przeszłością musi odnosić się w sposób szczególny do pułapek pamięci, z jej mitami i sformalizowanymi rytuałami. Jedno jest jednak pewne. Negatywne doświadczenia historyczne nie muszą stanowić przeszkody na drodze kształtowania pozytywnej tożsamości w demokratycznym, wolnym społeczeństwie.


[1] J. Tomaszewski, Ustawa o pozbawieniu obywatelstwa z 31 marca 1938 r., w: Historia-prawo-polityka, Warszawa 1990; K. Jonca, „Noc kryształowa” i casus Herschela Grynszpana, Wrocław 1998.

[2] Korespondencja Grynszpanów znajduje się w  Archiwum w Poczdamie, za R. Thalmann, E. Feinermann, „Die Kristallnacht, Frankfurt a. M. 1987, s. 41.

[3] Zob. m. in. W. Hofer, Der Nationalsozialismus. Dokumente 1933-1945, Frankfurt a. M. 1957, s. 272-273.

[4] Zob. M. in. W.-A. Kropat, „Reichskristallnacht“ Der Judenpogrom vom 7. bis 10. November 1938-Urheber, Täter, Hintergründe, Wiesbaden 1997, s. 91-92.

[5] Dokumentacja pogromu zob. m. in. H.-J. Döscher, „Reichskristallnacht” Die November-Pogrome 1938, mit zahlreichen Abbildungen und Dokumenten, Frankfurt a. M. 1990; W. Pehle (Hg.), Der Judenpogrom 1938. Von der „Reichskristallnacht“ zum Völkermord, Frankfurt a. M. 1988; M. Brumlik, P. Kunik (Hrsg.), Reichspogromnacht. Vergangenheitsbewältigung aus jüdischer Sicht, Frankfurt a. M. 1988;

[6] H. Metzger, Kristallnacht, Stuttgart 1978, s. 25.

[7] W. Tausk, Dżuma w mieście Breslau, Warszawa 1973, s. 185-187.

[8] G. Schäfer, Dokumentation zum Kirchenkampf. Die Evangelische Landeskirche in Württemberg und der Nationalsozialismus, Bd. 6: Von der Reichskirche zur Evangelischen Kirche in Deutschland 1938-1945, Stuttgart 1986, s. 116.

[9] Aufruf des Thüringischen Landeskirchenrates zum Bußtag, „Der deutsche Christ“ nr 48, 1938.

[10] E. Bethge, Dietrich Bonhoeffer. Bilder aus seinem Leben, München 1986, s. 229.

[11] W. Diewerge, Anschlag gegen den Frieden. Ein Gelbbuch über Grünspan und seine Helfershelfer, München 1939, s. 91.

[12] P. Sauer, Dokumente über die Verfolgung der jüdischen Bürger in Baden-Württemberg durch das nationalsozialistische Regime 1933-1945, Bd. 2, Stuttgart 1966, s. 67.

[13] Za P. Longerich, Die Deutschen und die Judenverfolgung 1933-1945. „Davon haben wir nichts gewusst!“, München 2006, s. 143.

[14] Deutsche Allgemeine Zeitung“ 6. 6. 1943.

[15] F. Nietzsche, Poza dobrem i złem, przełożył, opracował i posłowiem opatrzył Paweł Pieniążek, Kraków 2005, s. 71.

[16]  W. Bergmann, R. Erb, Wie antisemitisch sind die Deutschen? Meinungsumfragen 1945-1994, w: W. Benz (Hg.), Antisemitismus in Deutschland. Zur Aktualität eines Vorurteils, München 1995, s. 50.

[17] Ist Deutschland antisemitisch? Ein diagnostischer Beitrag zur Innenpolitik, Herbst 1949, Institut für Demoskopie Allensbach 1949, s. 39 oraz Jahrbuch der öffentlichen Meinung 1947-1955, Allensbach 1956, s. 128.

[18] R. Guardini, Verantwortung. Gedanken zur jüdischen Frage. Eine Universitätsrede, „Geschichte und Unterricht“ 3/1952, s.457.

[19] I. Deutschkron, Izrael und die Deutschen. Das schwierige Verhältnis, Köln 1983, s. 190.

[20] „Das Unkraut rechtzeitig jäten, „Neues Deutschland” 10. 11. 1956.

[21] Klage und Ausweg. Matinee zum 30. Jahrestag der „Kristallnacht“, „Neues Deutschland“ 11. 11. 1968.

[22] H.-D. Peter, O. Schröder (Hg.), Vertrauen wagen. Kirchentage in der DDR im Lutherjahr 1983, Berlin (Ost) 1984, s. 65.

[23] „Die Kristallnacht als Mahnung, „Süddeutsche Zeitung” 10. 11. 1958.

[24] O. Tolmein, Jenninger vom Faschismus fasziniert, taz 11. 11. 1988.

[25] M. Gräfin Dönhoff, Ein verfehltes Kolleg, „Die Zeit“ 18. 11. 1988.

[26] „Erinnern und bleibende Verantwortung”,  Presse-und Informationsamt der Bundesregierung, 1995, s. 13.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata