Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

GRUDZIEŃ 2008, NUMER 643

Strona główna


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 


TEMAT MIESIĄCA:

Prawa człowieka. Zawieszone do odwołania?



ONZ, polityka i prawa człowieka
(fragment)

Z ROMANEM KUŹNIAREM rozmawia Marcin Żyła


Przez pewien czas po upadku żelaznej kurtyny zachowywaliśmy się na Zachodzie, jakbyśmy ciągle śpiewali: „we are the champions”, „we are the world”; wydawało się nam, że uosabiamy intencje całej społeczności międzynarodowej, która może jest słaba, może niedomaga, ale my potrafi my ją niejako wyręczyć.

Wraz ze zdobywaniem przez ideę praw człowieka coraz większej popularności i akceptacji, jej hasła coraz częściej wypisuje się na sztandarach polityki zagranicznej różnych państw. Motywy, które temu przyświecają, są różne: czasem mamy do czynienia z działaniem dość cynicznym, w dodatku podejmowanym przez kraje, które same łamią prawa człowieka na własnym podwórku. Rosja, na przykład, uzasadniała wojnę z Gruzją właśnie ochroną praw mniejszości… Czy, paradoksalnie, sukcesem praw człowieka nie jest to, że przynajmniej w warstwie deklaratywnej wszyscy się na nie powołują? A może to pułapka?

Niektórzy protestują przeciw upolitycznieniu praw człowieka. Problem w tym, że gdyby nie polityka, nie wyszlibyśmy z bloków startowych: to ona niosła prawa człowieka w świat. Kraje zachodnie dzięki pozycji, jaką osiągnęły w świecie, dysponowały instrumentami przymuszającymi innych do akceptacji i lepszego przestrzegania praw człowieka. Dopiero później następowała ich internalizacja: miejscowe elity intelektualne danego kraju były „zarażane” koncepcją praw człowieka. W Polsce powstawały komitety helsińskie – no, ale u nas było łatwiej, bo zawsze byliśmy częścią cywilizacji zachodniej. A weźmy za przykład prawa człowieka w świecie islamu: na ich rzecz działają przede wszystkim intelektualiści islamscy, którzy kształcili się na Zachodzie. Generalnie rzecz biorąc, polityka pomaga w upowszechnianiu praw człowieka, choć oczywiście trzeba z tym uważać. Zarzut o upolitycznianie tematu podnoszą często ci, którzy tych praw po prostu nie chcą… Timothy Garthon Ash pisał kilka lat temu, że dla społeczeństw słabiej rozwiniętego Południa kiedy w przeszłości Zachód mówił „Chrystus”, myślał „bawełna”, a dziś mówiąc: „demokracja”, myśli: „ropa naftowa”. Niewątpliwie, coś w tym jest.

Wszystko jednak zmieniło się na początku obecnej dekady – w chwili, gdy zaczęła się wojna z terroryzmem.

Fakt, że z terroryzmem trzeba walczyć, nie ulega żadnej wątpliwości. Że trzeba walczyć bezwzględnie – też jest pewne. Natomiast podczas tej walki popełniono wiele błędów oraz, w celach ideologicznych, nadużyto samą koncepcję wojny z terroryzmem. Nie można, przykładowo, przedstawiać wojny w Iraku jako kampanii, której celem było obalenie tyrańskiego reżimu gwałcącego prawa człowieka, jeżeli w toku takiej wojny ginie kilkaset tysięcy ludzi, głównie cywilów. Takiej wojny nie można usprawiedliwić w żadnych kategoriach, a już na pewno nie w kategoriach praw człowieka czy upowszechniania demokracji! Kiedy dzieje się coś takiego, tracimy mandat moralny, legitymację, na którą długo pracowaliśmy. Sposób, w jaki popieramy prawa człowieka, może delegitymizować naszą pozycję. Ostatnio zdarzyło się nam, niestety, kilkakrotnie „strzelić sobie w stopę”. W efekcie w polityce państw zachodnich dyskurs na rzecz praw człowieka wyraźnie w ostatnich latach osłabł. Po „złotej dekadzie” lat 90. mamy obecnie okres regresu i odwrotu od praw człowieka.

Czy widzi Pan możliwość zmiany tej sytuacji w związku z dojściem do władzy w Stanach Zjednoczonych Baracka Obamy? Jaka jest szansa na przyznanie się Amerykanów do ostatnich błędów popełnionych w imię walki o prawa człowieka?

Istnieje taka możliwość, choć z drugiej strony do tej pory w wypowiedziach Obamy nie dostrzegłem zbyt dużego zainteresowania prawami człowieka na świecie.

Ameryka jest krajem najbardziej zasłużonym w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat w upowszechnianiu praw człowieka. Na obecnym sumieniu Ameryki ciąży jednak na przykład Guantanamo. To jest coś nie do zaakceptowania. Jeśli Obama zamknie ten obóz, Stany Zjednoczone odzyskają trochę z poprzedniej pozycji, choć nie musi to oznaczać, że znów będą się angażować pozytywnie, tak jak robili to prezydenci Carter, Reagan czy Clinton. Nie widzę na to ochoty w amerykańskim establishmencie. Być może dlatego, że kraj jest skoncentrowany na sobie, przeżywa głęboki kryzys wewnętrzny – jest to też kryzys sumienia w związku z tym, co się stało: rewolucja neokonserwatywna i jej następstwa to był proces, którego znaczenia my w Polsce, zapatrzeni w Amerykę jak w „miasto na wzgórzu”, zupełnie nie doceniamy. Kiedyś Richard Lee Armitage powiedział w wywiadzie dla jednej z polskich gazet, że Ameryka nieprędko stanie się siłą dobra, skoro po 11 września eksportowała głównie złość i nienawiść. Kto to mówił? Numer 2 w Pentagonie! To dowodzi, że w samym społeczeństwie amerykańskim mamy do czynienia z szeroką akceptacją dla polityki nieprzyzwoitości.

Pamiętam, jak wiosną 2002 roku pięćdziesięciu czołowych intelektualistów USA ogłosiło memoriał „What we are fighting for”. Była to odpowiedź na rosnącą krytykę wojny w Afganistanie na świecie. Oni nie rozumieli, że „słusznej wojny” nie można toczyć niesłusznymi środkami. Polemizowałem z tym memoriałem na łamach „Tygodnika Powszechnego”. Dopiero teraz Amerykanie zaczynają sobie zdawać sprawę, że zabrnęli za daleko.

Więcej na łamach grudniowego „Znaku”

Zamów numer

ROMAN KUŹNIAR, prof. dr hab., wykładowca w Instytucie Stosunków Międzynarodowych UW.

 

 

POCZĄTEK STRONY

Szukaj na stronach Wydawnictwa ZNAK

 

 

 


E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by SIW ZNAK Sp. z o.o.
Strona wykonana przez Akrateia Inc.