|

TEMAT MIESIĄCA:
Prawa człowieka. Zawieszone do odwołania?
ONZ, polityka i prawa człowieka (fragment)
Z ROMANEM KUŹNIAREM rozmawia Marcin Żyła
Przez pewien czas po upadku żelaznej kurtyny zachowywaliśmy się
na Zachodzie, jakbyśmy ciągle śpiewali: „we are the champions”,
„we are the world”; wydawało się nam, że uosabiamy intencje
całej społeczności międzynarodowej, która może jest słaba, może
niedomaga, ale my potrafi my ją niejako wyręczyć.
Wraz ze zdobywaniem przez ideę praw człowieka coraz większej popularności i akceptacji,
jej hasła coraz częściej wypisuje się na sztandarach polityki zagranicznej różnych państw.
Motywy, które temu przyświecają, są różne: czasem mamy do czynienia z działaniem dość
cynicznym, w dodatku podejmowanym przez kraje, które same łamią prawa człowieka na
własnym podwórku. Rosja, na przykład, uzasadniała wojnę z Gruzją właśnie ochroną praw
mniejszości… Czy, paradoksalnie, sukcesem praw człowieka nie jest to, że przynajmniej
w warstwie deklaratywnej wszyscy się na nie powołują? A może to pułapka?
Niektórzy protestują przeciw upolitycznieniu praw człowieka. Problem w tym, że gdyby
nie polityka, nie wyszlibyśmy z bloków startowych: to ona niosła prawa człowieka
w świat. Kraje zachodnie dzięki pozycji, jaką osiągnęły w świecie, dysponowały instrumentami
przymuszającymi innych do akceptacji i lepszego przestrzegania praw człowieka.
Dopiero później następowała ich internalizacja: miejscowe elity intelektualne
danego kraju były „zarażane” koncepcją praw człowieka. W Polsce powstawały komitety
helsińskie – no, ale u nas było łatwiej, bo zawsze byliśmy częścią cywilizacji zachodniej.
A weźmy za przykład prawa człowieka w świecie islamu: na ich rzecz działają przede
wszystkim intelektualiści islamscy, którzy kształcili się na Zachodzie. Generalnie rzecz
biorąc, polityka pomaga w upowszechnianiu praw człowieka, choć oczywiście trzeba
z tym uważać. Zarzut o upolitycznianie tematu podnoszą często ci, którzy tych praw po
prostu nie chcą… Timothy Garthon Ash pisał kilka lat temu, że dla społeczeństw słabiej
rozwiniętego Południa kiedy w przeszłości Zachód mówił „Chrystus”, myślał „bawełna”,
a dziś mówiąc: „demokracja”, myśli: „ropa naftowa”. Niewątpliwie, coś w tym jest.
Wszystko jednak zmieniło się na początku obecnej dekady – w chwili, gdy zaczęła
się wojna z terroryzmem.
Fakt, że z terroryzmem trzeba walczyć, nie ulega żadnej wątpliwości. Że trzeba walczyć
bezwzględnie – też jest pewne. Natomiast podczas tej walki popełniono wiele błędów
oraz, w celach ideologicznych, nadużyto samą koncepcję wojny z terroryzmem. Nie
można, przykładowo, przedstawiać wojny w Iraku jako kampanii, której celem było obalenie
tyrańskiego reżimu gwałcącego prawa człowieka, jeżeli w toku takiej wojny ginie
kilkaset tysięcy ludzi, głównie cywilów. Takiej wojny nie można usprawiedliwić w żadnych
kategoriach, a już na pewno nie w kategoriach praw człowieka czy upowszechniania
demokracji! Kiedy dzieje się coś takiego, tracimy mandat moralny, legitymację,
na którą długo pracowaliśmy. Sposób, w jaki popieramy prawa człowieka, może delegitymizować
naszą pozycję. Ostatnio zdarzyło się nam, niestety, kilkakrotnie „strzelić
sobie w stopę”. W efekcie w polityce państw zachodnich dyskurs na rzecz praw człowieka
wyraźnie w ostatnich latach osłabł. Po „złotej dekadzie” lat 90. mamy obecnie
okres regresu i odwrotu od praw człowieka.
Czy widzi Pan możliwość zmiany tej sytuacji w związku z dojściem do władzy w Stanach
Zjednoczonych Baracka Obamy? Jaka jest szansa na przyznanie się Amerykanów do ostatnich
błędów popełnionych w imię walki o prawa człowieka?
Istnieje taka możliwość, choć z drugiej strony do tej pory w wypowiedziach Obamy nie
dostrzegłem zbyt dużego zainteresowania prawami człowieka na świecie.
Ameryka jest krajem najbardziej zasłużonym w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat
w upowszechnianiu praw człowieka. Na obecnym sumieniu Ameryki ciąży jednak na
przykład Guantanamo. To jest coś nie do zaakceptowania. Jeśli Obama zamknie ten
obóz, Stany Zjednoczone odzyskają trochę z poprzedniej pozycji, choć nie musi to
oznaczać, że znów będą się angażować pozytywnie, tak jak robili to prezydenci Carter,
Reagan czy Clinton. Nie widzę na to ochoty w amerykańskim establishmencie. Być może
dlatego, że kraj jest skoncentrowany na sobie, przeżywa głęboki kryzys wewnętrzny –
jest to też kryzys sumienia w związku z tym, co się stało: rewolucja neokonserwatywna
i jej następstwa to był proces, którego znaczenia my w Polsce, zapatrzeni w Amerykę
jak w „miasto na wzgórzu”, zupełnie nie doceniamy. Kiedyś Richard Lee Armitage
powiedział w wywiadzie dla jednej z polskich gazet, że Ameryka nieprędko stanie się
siłą dobra, skoro po 11 września eksportowała głównie złość i nienawiść. Kto to mówił?
Numer 2 w Pentagonie! To dowodzi, że w samym społeczeństwie amerykańskim mamy
do czynienia z szeroką akceptacją dla polityki nieprzyzwoitości.
Pamiętam, jak wiosną 2002 roku pięćdziesięciu czołowych intelektualistów USA
ogłosiło memoriał „What we are fighting for”. Była to odpowiedź na rosnącą krytykę
wojny w Afganistanie na świecie. Oni nie rozumieli, że „słusznej wojny” nie można toczyć
niesłusznymi środkami. Polemizowałem z tym memoriałem na łamach „Tygodnika
Powszechnego”. Dopiero teraz Amerykanie zaczynają sobie zdawać sprawę, że zabrnęli
za daleko.
Więcej na łamach grudniowego „Znaku”
Zamów numer
ROMAN KUŹNIAR, prof. dr hab.,
wykładowca
w Instytucie
Stosunków
Międzynarodowych
UW.
POCZĄTEK STRONY |