|

REPORTAŻ
Wyspa strachu (fragment)
MICHAŁ BARDEL
Gdyby nie parcie turystów
i zyski, jakie czerpią przewoźnicy,
Grecy najpewniej zamknęliby wyspę i próbowali
zapomnieć. Nie lubią, gdy porównuje się
Kretę do Filipin czy Indii, gdzie do dziś istnieją
kolonie trędowatych.
Jeszcze kilkanaście lat temu, by tam dotrzeć,
należało zapłacić odpowiednią
kwotę rybakowi z Plaki. Okrążenie wyspy
zajmuje niecałe pół godziny – rybak
wypijał dwa piwa i drzemał w słońcu; raczej
nie towarzyszył turyście w jego spacerze.
Znał przyjemniejsze miejsca.
Dziś na Spinalongę w sezonie pływają
łodzie pasażerskie nie tylko z Plaki. Także
z Eloundy, nawet z Agios Nikolaos. Co
kwadrans wysiada z nich kilkudziesięciu
podróżnych zachwyconych urokliwą skalistą
wysepką z pozostałościami weneckiego
portu, ruinami weneckich domów
i resztkami ścian, które kiedyś należały
do mniejszych, skromniejszych zabudowań
tureckich. Ze Spinalongi pięknie widać
Kretę, a morze jest tu o wiele bardziej błękitne niż w kurortach na północnym
zachodzie.
Uczestnicy zorganizowanych wycieczek
zwykle doskonale wiedzą, do jakiego
miejsca przybyli. O historii Spinalongi
– tej rzymskiej, weneckiej, tureckiej
i wreszcie tej budzącej dreszcz, dwudziestowiecznej
– czytali w przewodnikach,
słuchali podczas krótkiej podróży łodzią.
Ci, co nie lubią zwiedzać w tłumie i samotnie
spacerują wąskimi uliczkami wyspy,
najbardziej ze wszystkich narażeni są
na gwałtowną niespodziankę.
Główna ulica otoczona jest maleńkimi,
potureckimi sklepikami o niezbyt skomplikowanej,
wręcz nowoczesnej bryle.
Odwiedzając jeden za drugim, zupełnie
niespodziewanie trafiamy do miejscowego
muzeum, a właściwie maleńkiej salki,
w której witają nas stare gabloty, a w nich
zardzewiałe strzykawki, pociemniałe słoje
apteczne, niedomyte miednice i spękane
baseny. Ta niecodzienna ekspozycja
wybija rozleniwionych słońcem i morzem
turystów z przyjemnego letargu, każe
spojrzeć na niewielkie postery powieszone
w kącie. Najpierw zobaczymy słabej jakości
czarno-białe zdjęcia ludzi z twarzami
poczerniałymi, pokrytymi naroślami
wielkości orzecha, ludzi pozbawionych
palców lub całych kończyn. Później rozpoznamy
tło: tłum tajemniczych postaci
zaludnia wenecką przystań, wypełnia
tunel, którym dopiero co przecież przechodziliśmy,
rozkoszując się przyjemnym
chłodem. Powoli zaczynamy zdawać sobie
sprawę, że poszukując wakacyjnych
wrażeń zupełnie innej natury, znaleźliśmy
się w miejscu, w którym jeszcze pięćdziesiąt
lat temu funkcjonowała kolonia
trędowatych. Bodaj przedostatnia w Europie.
Kilkunastoletnia Hiszpanka czyta
w skupieniu podpisy pod zdjęciami postera.
Powoli wyjmuje z uszu słuchawki iPoda,
jej czarne oczy robią się jeszcze większe
i jeszcze śliczniejsze. Woła koleżanki
opalające się przed budynkiem. Nie ma siły,
nie podejdą do gabloty. Wciąż jeszcze,
w dwudziestym pierwszym wieku, słowo
„trąd” wywołuje strach. Większość zwiedzających
reaguje jednak spokojniej. Wizyta
w maleńkim muzeum zmienia nie do
poznania. Rozbawione i głośne towarzystwo
wyłaniające się z tunelu po przejściu
przez pokój z gablotką zmienia się w zamyśloną,
nieco zbitą z tropu kolumnę pielgrzymów,
którzy niemal szeptem wymieniają
teraz uwagi na temat dramatu, jaki
miał miejsce na Spinalondze w pierwszej
połowie ubiegłego wieku.
Więcej na łamach grudniowego „Znaku”
Zamów numer
MICHAŁ BARDEL, dr filozofii,
redaktor
naczelny
miesięcznika
„Znak”.
POCZĄTEK STRONY |