70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Początek „krótkiego wieku”

I wojna światowa wykończyła stary świat. Wszyscy przyglądali się i bili brawo Europejczykom, którzy strzelali do siebie nawzajem. Skorzystali na tym inni. Z kolan powstali na przykład Azjaci: proces odrodzenia Chińczyków i Hindusów rozpoczął się właśnie w 1918 roku.

Jest taka znana fotografia z sierpnia 1914 roku przedstawiająca żołnierzy niemieckich w wagonie pociągu jadącego na front zachodni. Wyglądają na uradowanych, entuzjastycznie nastawionych do wojny. Wagon ozdobili wojowniczymi, antyfrancuskimi napisami. W jakim stopniu to zdjęcie oddaje nastrój, który zapanował na Zachodzie w chwili wybuchu wojny? 

Takich zdjęć wykonano wtedy mnóstwo: prawdziwa, niewymuszona euforia była rzeczywiście powszechna. Żołnierze czekali na wojnę i chcieli się bić. Na front pchały ludzi między innymi względy irracjonalne: radość z udziału w czymś niezwykle patetycznym. Wojna miała być odrodzeniem się ducha człowieka. Takie przekonanie to efekt wcześniejszej, wieloletniej pracy rządów i armii europejskich, której zasadniczym celem było wykształcenie u ludzi gotowości do udziału w zbiorowym zabijaniu. Najważniejsze państwa Europy stworzyły instytucje, których celem była wielka manipulacja. Chodziło o utrwalenie negatywnych stereotypów wroga jako postaci odrażającej, jako barbarzyńcy.

W dawnych wiekach, gdy na dziedzińcu Wawelu walczyłem ze swoim przeciwnikiem – rycerzem – miałem przed sobą jego twarz. Musiałem w którymś momencie podjąć decyzję, czy go zabić, czy nie. W wypadku tej wojny nie istniały tego rodzaju dylematy. Z okopów strzelałem do anonimowego przeciwnika. Armaty biły na odległość kilkunastu kilometrów, karabiny strzelały na trzy tysiące metrów. Nikomu nie patrzyłem w oczy. Nie wahałem się. Strzelałem „gdzieś”. To bardzo ułatwiło zabijanie.

Inny był, oczywiście, stan świadomości w neutralnej Skandynawii, a inny w państwach tworzących Trójprzymierze i Trójporozumienie, a także, na przykład, w krajach bałkańskich, które w ogóle były nastawione na bijatykę – kochały wojny i żyły z nich. Ludzie w Europie dojrzeli, by strzelać do bliźniego.

Mówi Pan o irracjonalnym impulsie, który wystąpił wśród mas. Jak w takim razie wyglądała reakcja na wojnę intelektualistów, ludzi, którzy powinni mieć szerszy ogląd tego, co działo się w Europie? 

Intelektualiści – poza wyjątkami – poparli wojnę. Jedni uczynili to w sposób ostentacyjny, inni bardziej umiarkowany, ale wszyscy uznali ją za swoją: za wojnę ich narodów, państw i rządów. Zawiedli. Kąpani od lat w ideach szowinizmu narodowego i nienawiści wobec wroga, nie byli w stanie oprzeć się presji tłumów. Tylko nieliczni mówili: „precz z wojną” – lecz wtedy tracili czytelników. Bertrand Russell i Romain Rolland byli w stanie powiedzieć „nie”. Ale w opinii ludzi – polegli, uznano ich za sojuszników wroga. Wtedy nie było łatwo opowiedzieć się za czymś innym niż solidarność z własnym narodem.

Przed wojną rywalizowały ze sobą dwie wizje świata. Wizja socjalistyczna – solidarność proletariatu – propagowała swoisty egoizm proletariuszy przeciwko klasie posiadającej. Nacjonalizm – czyli egoizm narodów – był kontrpropozycją. W końcu musiało dojść do konfrontacji: czy zwycięży internacjonalizm i przegra idea wojny, czy też zwycięży nacjonalizm i wojna się pięknie rozwinie? Internacjonalizm przegrał. Przed 1914 rokiem partie robotnicze zapowiadały, że wypowiedzą wojnę wojnie: żołnierze nie pójdą na front, będzie strajk generalny. Nic takiego się nie stało. Międzynarodówka socjalistyczna uznała, że jest coś ważniejszego niż solidarność robotników świata, a mianowicie: solidarność własnego narodu.

Czy świadomość społeczeństw kształtowała się głównie pod wpływem propagandy? 

W krajach, które uczestniczyły w wojnie, od dawna już obowiązywało nauczanie powszechne. W „obróbkę narodową” zaangażowały się Kościoły oraz prasa. Przykładowo: francuskie szkoły i gazety upowszechniały wizerunek głupiego, tępego i barbarzyńskiego Niemca, a Kościół dodatkowo akcentował, że jest wychowany w fałszywej – bo luterańskiej – wierze. W pewnym sensie powrócono do starych, siedemnastowiecznych pomysłów wojny religijnej. W zlaicyzowanej w dużym stopniu Francji próbowano czasami nadawać walkom wymiar wojny religijnej. „Walczymy z protestanckimi heretykami!”. A Niemcy z kolei głosili: „walczymy z papistami!”.

Po przykłady działania wojennej propagandy wystarczy sięgnąć do prasy, i to nie tylko satyrycznej. Rosjanin w gazetach niemieckich był przedstawiany jako Mongoł, Azjata, Kozak – nieumyty, brudny, śmierdzący… Wręcz czuło się te zapachy! Z kolei Francuz w prasie niemieckiej to bawidamek, panikarz, kombinator, cynik. Wojnę wspierały produkowane w tysięcznych nakładach plakaty i ulotki, pokazy filmów i organizowane na ulicach miast happeningi. Istotny wpływ na nastroje i świadomość społeczną miały prowojenne manifestacje, w których uczestniczyło nawet po kilkadziesiąt tysięcy osób.

Motywowanie nienawiścią

I wojna światowa w pewien sposób zaskoczyła samych wojskowych. Wcześniejsze konflikty, na przykład wojna prusko-francuska, były wojnami błyskawicznymi… 

W 1914 roku walkę planowano w nawiązaniu do dotychczasowych doświadczeń. Punktem odniesienia dla strategów były doświadczenia wojny francusko- i austriacko-pruskiej, wojen napoleońskich czy wojen prowadzonych przez Rosję w XIX wieku. Były to krótkie kampanie, dlatego w podręcznikach historii czytamy: taka a taka bitwa przesądziła o tym, że kraj przegrał wojnę. Również przed wybuchem I wojny światowej przewidywano krótkie walki. Jeszcze w sierpniu i wrześniu 1914 roku żołnierze pisali w listach: „Kochana żono, powrócę za dwa, trzy miesiące…”

Okazało się, że ta wojna jest inna. Choć niewiele brakowało, a rzeczywiście skończyłaby się błyskawicznie – gdyby tylko bitwa nad Marną okazała się zwycięska dla Francuzów! Ale stało się inaczej i lord Kitchener minister spraw wojskowych Anglii, musiał w grudniu 1914 roku powiedzieć do innych członków gabinetu, w tym do Winstona Churchilla: „Panowie, to się nie zakończy do połowy 1915 roku – to będzie trwało latami!”.

Dlaczego? Trójprzymierze równoważyło Trójporozumienie. Żadna ze stron nie miała zdecydowanej przewagi militarnej nad drugą. Powszechnie jednak sądzono, że jest inaczej. Na spotkaniach sztabowców, polityków i monarchów powtarzano: „jesteśmy lepsi”, „wygramy szybko”. I w to uwierzono!

Ile w tej wojnie było rzeczywistej nienawiści? Znane są opowieści o tym, że w czasie walk zimowych 1914/1915 w Karpatach po zapadnięciu zmroku żołnierze wrogich armii wychodzili z okopów, palili wspólne ogniska i pili alkohol… Kiedy papież ogłaszał świąteczny rozejm, dzielono się opłatkiem… 

Nie mamy żadnych narzędzi, które umożliwiłyby badanie stadiów nienawiści. Zresztą, w wypadku milionów ludzi, którzy zostali w 1914 roku wzięci do wojska, widziałbym to inaczej: oni raczej cieszyli się, że jadą na front. Ta nienawiść rozlewała się w czasie trwania wojny. Rządy pracowały nad tym, aby żołnierz był na froncie wydajny. A żeby tak się stało, musiał przeciwnika nienawidzić. Już nie powinien, tak jak na początku, kochać wojnę. Jak może ją kochać, skoro trwa już trzeci rok? Potrzebna była nowa motywacja – nienawiść.

Przywoływane przez Panów obrazy wspólnego Bożego Narodzenia są prawdziwe: zwłaszcza na początku wojny, zwłaszcza na froncie zachodnim. Trwała wojna pozycyjna, ludzie skrzykiwali się, wspólnie śpiewali kolędy: Niemcy, Francuzi, Belgowie, Brytyjczycy. A kolejnego dnia, albo po pierwszym stycznia, ruszała następna ofensywa. Wróg znów znikał w okopach…

Jak szybko zaczęto zdawać sobie w Europie sprawę z tego, na jak wielką skalę rozpętano konflikt? W jaki sposób docierało to do świadomości społeczeństw europejskich? Wydawałoby się, że powinno dojść do jakiegoś opamiętania… 

Po to funkcjonowała cenzura, aby prawdziwych informacji o działaniach wojennych nie ujawniać. Wiadomości napływające z frontu były ściśle reglamentowane. Cenzurowano listy od żołnierzy. Podobnie ingerencje cenzury w prasie silnie zniekształcały obraz wojny. Minimalizowano – co typowe – straty własne, maksymalizowano straty wroga. Zatem ludzie nie mieli oglądu całości. Żołnierz, który walczył w jakiejś miejscowości nie wiedział, co się dzieje dwadzieścia kilometrów dalej. O przebiegu walk wiedzieli sztabowcy, niektórzy politycy i monarchowie. Ale pozostali nie mieli o tym pojęcia. Mało tego: wracający z frontu żołnierze musieli podpisywać zobowiązania – wielu z nich stawiało tylko krzyżyki, bo nie umiało pisać – że nie będą w domu opowiadać o tym, co widzieli na froncie. Zatem społeczeństwa miały dalece niepełny obraz sytuacji, dodatkowo zniekształcony przez plotki.

Ta wojna była w pewnym sensie pierwszą wojną nowoczesną, w której  technika zdominowała nad człowiekiem. Z drugiej strony, była to wojna, którą wypowiedziały jeszcze domy panujące: „Boży pomazańcy”, przekonani o słuszności swojej sprawy, ludzie, którzy – tak to sobie wyobrażamy – wierzyli w pewien „bieg dziejów”. Czy nie tradycyjne obrazy wojny nie nakładały się na tę wizję nowoczesności? 

Pojęcie nowoczesności jest zawsze niejasne, bo każda kolejna wojna jest w pewnym sensie bardziej nowoczesna od poprzedniej. Natomiast możemy wymienić to, co wyróżniało Wielką Wojnę od wcześniejszych: propaganda i manipulacja na wielką skalę, agresywne oddziaływanie na psychikę ludzką, wkroczenie państwa w obszar życia prywatnego i codziennego. Państwa poprzez system aprowizacji, kartki żywnościowe i ustalanie cen decydowały o zaopatrzeniu gospodarstw domowych i jakości życia. Nazywano to „socjalizmem wojennym”. Nowoczesność to również nowe rodzaje broni: masowo produkowane karabiny maszynowe, szybkostrzelne armaty, haubice i moździerze. Niektóre z nich miały średnicę 45 centymetrów i strzelały na odległość nawet 50 kilometrów! Skuteczne okazały się zeppeliny a jeszcze bardziej – samoloty rozpoznawcze, myśliwskie i bombowe. Zastosowano czołgi, gazy trujące i drut kolczasty, który kiedyś wymyślili Amerykanie po to, by zwierzęta hodowane na farmach nie przechodziły na pastwisko sąsiada. Drut kolczasty okazał się niezwykle przydatnym narzędziem wojny. Dzięki niemu front został zadrutowany.

Czy panujący wtedy w Europie monarchowie mieli świadomość, że biorą udział w wydarzeniu dziejowym? Mówił Pan o pewnej afiliacji religijnej. Z jednej strony katolicki dom Habsburgów, z drugiej prawosławie rosyjskie i protestanckie Niemcy… Czy władcy mieli świadomość, że stoi za nimi siła wyższa? 

Wojna rozpoczęła się w imieniu panujących. Za ich zgodą w propagandzie wojennej wykorzystywano wątki religijne, próbowano wciągać Kościoły do polityki. Natomiast od sierpnia 1914 roku pozycja panujących słabła. Nawet ci, którzy mieli jakieś doświadczenie wojskowe, nie byli geniuszami wojny. Monarchów widzimy na zdjęciach w mundurach, obwieszonych medalami. I na tym kończyły się ich kompetencje militarne. Mikołaj II był niezłym dowódcą pułku, ale nie armii. Z kolei niemiecki Kaiser, świetnie wypadający podczas gier wojennych i parad, zupełnie nie znał się na sztuce wojennej i generałowie szybko pozbawili go władzy nad armią. Generalicja, szefowie sztabów zaczęli skutecznie wymuszać na panujących podpisy pod decyzjami wojskowymi, które w istocie nie były ich decyzjami. Wojna spowodowała zatem dewaluację wartości monarchicznych. Coraz więcej osób zaczęło zauważać, że monarchowie – tak pięknie wyglądający na balach w mundurze – absolutnie nie sprawdzają się w roli dowódców armii.

Czy miało to jakieś przełożenie na zmierzch społeczeństwa hierarchicznego w ogóle? 

Na pewno tak. Nastroje monarchistyczne osłabły. W 1914 roku w Europie istniały tylko trzy republiki: Francja, Portugalia i Szwajcaria. Zaraz po zakończeniu wojny systemy republikańskie bardzo się upowszechniły! Monarchowie, wierząc że wojna będzie trwała trzy-cztery miesiące, ruszyli na nią nie przewidując jej katastrofalnych skutków dla ich prestiżu.

I wojna światowa zmieniła także mentalność ludzi. W jaki sposób patrzono później na świat? 

Osłabły popularne w drugiej połowie XIX wieku idee liberalne. Ludzie przestali wierzyć w to, że człowiek jest w stanie sam wszystko rozwiązać. Przekonali się, że o jego sukcesie decyduje państwo i że musi być ono silne. Choć osłabł autorytet monarchy, państwo jako instytucja urosło w oczach ludzi. Pojawiło się przekonanie o potrzebie zaufania nowym autorytetom: postaciom wywodzącym się z ludu, obdarzonym charyzmą, tym, którzy sprawdzili się w czasie wojny. Społeczeństwa uległy demokratyzacji, osłabły różnice między ich warstwami. W okopach obok siebie byli chłopi i arystokraci, intelektualiści i robotnicy! Zmianą o kapitalnej wadze był wzrost znaczenia kobiet. Kobiety walczyły już o swoje prawa przez lata, ale stosunkowo niewiele osiągnęły. A teraz, po zakończeniu wojny, w wielu krajach otrzymały pełne prawa obywatelskie. Dla światowego feminizmu I wojna światowa była wielkim objawieniem, dowodem na to, że najwyższy czas skończyć erę patriarchatu i wziąć władzę w swoje ręce.

Prywatyzacja „naszych”

I wojna światowa to również zmierzch cesarstwa austro-węgierskiego. Z jednej strony mieliśmy starcie wielkich mocarstw, z drugiej – problem narodów, dla których I wojna światowa stała się szansą na wygranie suwerennej państwowości. W jaki sposób poszczególne narody Austro-Węgier odnajdywały się w interesach ówczesnych mocarstw? 

Kiedy w 1914 roku Franciszek Józef I wypowiedział wojnę Serbom, spodziewał się szybkiej wojny lokalnej. Był przekonany, że CK monarchia jest spójna i nic jej nie grozi. Rzeczywiście, mobilizacja w armii austro-węgierskiej przebiegła w sposób bezkolizyjny, nie notowano przypadków niesubordynacji czy dezercji. To było to, od czego rozpoczęliśmy rozmowę: radość z tego, że idziemy na wojnę za Najjaśniejszego Pana. Narody Austro-Węgier nie były może szczęśliwe z powodu zamieszkiwania we wspólnym państwie, ale żaden z nich nie był gotowy do sprzeciwienia się Wiedniowi lub Budapesztowi, żaden nie planował antyhabsburskiego powstania. Czesi i Polacy zabiegali natomiast, by monarchia z dualistycznej stała się trialistyczna, bądź też o to, by wydzielono z Austrii Czechy oraz Galicję, jako regiony równorzędne krajom austriackim. Taka umiarkowana postawa wynikała nie tylko ze wspólnych interesów gospodarczych ziem monarchii, skutecznej propagandy monarchizmu i lojalizmu czy wspólnej armii, ale również z tego, że poszczególne narody były skonfliktowane ze sobą. Ukraińcy skonfliktowani z Polakami, Rumunii skonfliktowani z Węgrami czy Czesi pozostający w sporze z Niemcami sudeckimi – oni wszyscy szukali poparcia w Wiedniu.

Gdyby cesarz Franciszek Józef I nie miał pewności, że poddani będą lojalni, chyba nie podjąłby decyzji o wypowiedzeniu wojny Serbii. Także alianci nie byli zainteresowani rozpadem monarchii Habsburgów. Wielkie mocarstwa zachodnie sprzeciwiały się mnożeniu liczby małych państw w Europie. To my mamy decydować o losach świata – powiadali ich przywódcy – a nie jakieś „jaszczury z Bałkanów”! Powstanie na gruzach Austro-Węgier kilku nowych państw narodowych bardzo skomplikowałoby sytuację w Europie i utrudniło mocarstwom prowadzenie skutecznej polityki zagranicznej.

Co stało się z mitem dobrego cesarza, kiedy było już jasne, że cesarstwo się sypie?

Wojna przyniosła osłabienie mitu dobrego panującego, który wcześniej stanowił jeden z czynników cementujących jedność państw. Już ze szkolnych czytanek można się było dowiedzieć, o której godzinie Najjaśniejszy Pan Franciszek Józef I wstaje z łóżka, kiedy się modli; o tym, że intensywnie myśli o poddanych, że wszystkich ich szanuje, że każdy może do niego przyjść, jeśli skrzywdzi go urzędnik państwowy…

Strata Franciszka Józefa, który umarł pod koniec 1916 roku, dla CK monarchii była niepowetowana, ale wraz z nim bynajmniej nie upadł mit – choć został nieco osłabiony. Mit dobrego panującego w jakiejś mierze przetrwał upadek Austro-Węgier, zaś uczucia i nadzieje polskiego ludu przeniosły się po 1918 r. na „panujących”… w Warszawie. Nie było przypadkiem, że najwięcej listów do Marszałka Józefa Piłsudskiego, a po wojnie do Edwarda Gierka pisano z terenów dawnej Galicji.

Na granicy Krakowa i Wieliczki postawiono na wzgórzu Kaim obelisk, który upamiętnia najdalej na zachód wysunięte pozycje wojsk rosyjskich. Kto z kim tam się tak naprawdę bił? Najprostsza odpowiedź brzmiałaby: armie naszych trzech zaborców. No, ale kto był tym „złym”? Ludzi urodzonych w Krakowie wciąż uczy się, że odparto tam Rosjan, „tamtych” – a więc, że odparli ich „nasi”. Sytuację komplikuje fakt, że we wszystkich trzech armiach służyli Polacy. Jak patrzeć na obelisk na wzgórzu Kaim? 

Pod Limanową i pod Krakowem powstrzymano armie rosyjskie. Równocześnie na północy, w Prusach Wschodnich, Rosjanie ponieśli dwie sromotne porażki z rąk Niemców. W ówczesnej publicystyce czy pamiętnikach widać wyraźnie, że Polacy zamieszkujący Królestwo, zwłaszcza ci związani z endecją, cieszyli się, że armia rosyjska tak szybko idzie w kierunku Wiednia. Mówiono, że „nasi już są pod Krakowem”. Z kolei prasa wychodząca w Krakowie pisała, że „nasi bronią się przed Moskalami”. Doszło do prywatyzacji „naszych” armii według granic rozbiorowych. Mieszkaniec Krakowa mówił o Polakach po drugiej stronie Wisły – „Moskale”. A na tamtych z zachodu wołał „Prusacy”, niezależnie od tego, jakim językiem się posługiwali. Granice rozbiorowe wpłynęły na świadomość społeczną i wyobrażenie sąsiada. Powojenne podręczniki szkolne zwracały głównie uwagę na dramat Polaków, którzy ginęli w trzech armiach, w żadnej z nich nie umierając za własne państwo. Niemniej w pamięci mieszkańców dawnej Galicji pozostało przekonanie, że swoje to wojska austriackie a obce – rosyjskie.

Jak wyglądało budowanie tożsamości narodowej w tych częściach naszego kraju, gdzie była ona w jakiś sposób osłabiona przez lata zaborów, przez lata braku przynależności do państwowości polskiej. Jerzy Szacki mówi, że tożsamość narodowa w pewnym sensie jest czymś elitarnym i tworzonym również przez elity. W jaki sposób w takich obszarach jak Śląsk, Spisz czy Orawa utrwalała się tożsamość narodowa? 

W XIX wieku zwyciężyła nowoczesność, zanikły stare społeczeństwa stanowe. W ich miejsce powstały społeczeństwa oparte na równości wszystkich wobec prawa. Nastąpiła likwidacja poddaństwa, przeprowadzono uwłaszczenie chłopów, zwiększyła się liczba osób objętych powszechnym nauczaniem, ludzie zaczęli podróżować. To wszystko obiektywnie sprzyjało upowszechnieniu się poczucia polskiej świadomości narodowej wśród polskojęzycznych mas. Kapitalną w tym rolę odegrali inteligenci i polskie elity narodowe. Proces kształtowania się nowoczesnej świadomości narodowej postępował najszybciej w zaborze pruskim. W 1914 roku wszyscy jego mieszkańcy, i Niemcy, i Polacy, mieli świadomość, kim są. Zmuszały ich do tego wybory do Landtagu i Reichstagu, bo walkę wyborczą odbywano według kryteriów narodowych: partie niemieckie kontra partie polskie. Natomiast w zaborze austriackim sprawy miały się gorzej. Tradycyjny konflikt wsi i dworu jeszcze nie został przezwyciężony. Jeszcze wolniej proces unarodowienia polskojęzycznych postępował w zaborze rosyjskim. Niedorozwój struktur obywatelskich, brak samorządów i słabe szkolnictwo sprawiły, że ów proces do 1914 roku jeszcze się nie zakończył. Natomiast najwolniej z Polakami identyfikowały się społeczności skupiające polskojęzycznych na Śląsku, Orawie i Spiszu, w których pamięci nie istniały – bo nie mogły istnieć tradycje – I Rzeczpospolitej.

Wojna sprzyjała pogłębieniu procesów unarodowienia w skali Europy. Armie zaczęły się odwoływać do lokalnych nacjonalizmów po to, aby spotęgować chęć wojowania. Polacy, umierajcie za cara! Polacy, umierajcie za Austrię! Dlaczego? Bo jesteście Polakami! Proces unarodowienia przyspieszały też polskie elity niepodległościowe oraz żołnierze służący w polskich formacjach wojskowych.

Jak pamiętać o wojnie?

Po odzyskaniu wolności w 1989 roku, trochę za sprawą map preferencji wyborczych, odkryliśmy ze zdumieniem, że w poszczególnych częściach Polski bardzo się od siebie różnimy. I że w jakimś sensie granice zaborowe wciąż istnieją. Jakie, Pana zdaniem, powinno być miejsce pamięci o obcych granicach? Czy można w pewien sposób pielęgnować dziedzictwo zaborów? 

O bogactwie narodów w XXI wieku świadczy między innymi niejednorodność tkanki kulturowej: fakt, że mówi się różnymi dialektami, często ma się poczucie identyfikacji z „małymi ojczyznami”. Przykładowo, władze Niemiec świadomie wykorzystują dynamikę lokalnych ruchów obywatelskich, czyli pracę na rzecz swojego regionu.

Galicyjskość, na przykład, ma się znakomicie. Ludzie mieszkający na terenach dawnego zaboru austriackiego robią znacznie więcej na rzecz swoich „małych ojczyzn” niż ci, którzy mają rozmyte poczucie identyfikacji. Wystarczy porównać miasteczka i wsie leżące dzisiaj po obu stronach Wisły: w dawnym Królestwie Polskim i Galicji. W 2005 roku w województwie małopolskim na prawym brzegu Wisły frekwencja wyborcza była jedną z najwyższych w Polsce – bo mocno są tu zaznaczone galicyjskie tradycje solidarności, pracy obywatelskiej, silniejsze niż w innych częściach Polski pozostają wspólnoty parafialne. Religijność jest tu tradycyjna, jeszcze trydencka, niemniej jednak bardzo ludzi łączy i zapewnia silną identyfikację. Na lewym brzegu Wisły, w powiatach proszowickim i miechowskim, przy niskiej frekwencji wyborczej wygrała wtedy zupełnie inna partia niż na prawym brzegu, o wyraźnie populistycznym programie. Zatem tylko na przykładzie jednego województwa widać jak dobrze zakonserwowały się, tak jak Panowie podkreślaliście,  zupełnie odrębne mentalności sięgające czasów zaborów. Czy należy kultywować odrębności? W moim przekonaniu tak, bo to jest dowód naszego bogactwa, a zasadniczo nie grożą osłabieniu państwa i służą mobilizowaniu ludzi do pracy na rzecz Polski obywatelskiej.

Za kilka dni wybieram się na sesję do Tarnowa z referatem na temat, czy monarchia austro-węgierska mogła przetrwać…

A mogła?

Oczywiście! Gdyby nie wojna, nie wiem, co byłoby dalej. Nic nie wskazywało na to, że państwo CK upadnie. Kiedy w Sarajewie padły strzały i skierowano ultimatum do Serbów żaden z publicystów – chorwackich, serbskich czy polskich – nie przewidział, że wydarzy się coś, co da tym narodom szansę na niepodległość.

A czy tożsamość pozaborowa funkcjonuje również w części porosyjskiej i dawnym zaborze niemieckim? 

Zdecydowanie najsilniejsza jest w Galicji. To tutaj mocno identyfikowano się z Najjaśniejszym Panem i monarchią austriacką. W Nałęczowie nikt jakoś nie wpadł na pomysł by tamtejszą wodę mineralną ozdobić wizerunkiem Mikołaja II – choć ten kandyduje na ołtarze. Natomiast woda z Żywca jest sprzedawana z wizerunkiem Franciszka Józefa I na etykiecie. Żaden polityk warszawski nie powie, że ma na stoliku statuetkę cara Mikołaja – a Jan Maria Rokita z dumą opowiada o swojej statuetce Franciszka Józefa! Nigdzie nie doszło do identyfikacji z państwem obcym jako swoim w takim zakresie jak na terenie Galicji.

W Królestwie Polskim trudno mówić o pozytywnej tożsamości pozaborowej, co wynika nie tylko z represyjnej polityki Rosji wobec Polaków, przynajmniej do 1905 roku, ale i wobec Kościoła katolickiego, uważanego za polski. Polityka rosyjska wobec Kościoła była nienawistna; prowadzono negatywną selekcję powołań kapłańskich. Natomiast w Galicji Kościół  otrzymywał wsparcie ze strony państwa: rozkwitały stowarzyszenia, instytucje kościelne, czasopisma religijne…

W Poznańskiem i na Pomorzu występuje poczucie odrębności wynikające z przekonania o wyższości cywilizacyjnej i kulturowej w stosunku do reszty Polaków. Pamiętam rozpacz dziadka mojego znajomego, który dowiedział się, że w wyniku przeprowadzanych przez Gierka zmian administracyjnych miasto Pleszew zostało przyłączone do województwa kaliskiego – czyli do Kongresówki, do tych „bosych Antków”. Tam również przetrwał mit silnego państwa, aczkolwiek w Poznaniu nie ma tak silnej identyfikacji z Berlinem, która łączy Kraków z Wiedniem. Jest za to poczucie przynależności do lokalnej społeczności: istniały liczne polskie stowarzyszenia. Wszyscy Polacy pracowali razem, by pokonać Niemców. To jednoczyło, tworzyło wspólnotę i… przetrwało do dziś.

I wojna światowa – to początek czy koniec Europy? 

To był równocześnie początek i koniec. Do dziś historycy spierają się, czy rok 1914 był końcem tak zwanego długiego wieku, czyli wieku XIX. Czy też już w 1914 roku rozpoczął się krótki wiek, który trwał do roku 1989? A może, jak coraz częściej mówią historycy, krótki wiek zaczął się w 1918 roku?

I wojna światowa wykończyła stary świat. Wszyscy przyglądali się i bili brawo Europejczykom, którzy strzelali do siebie nawzajem. Skorzystali na tym inni. Z kolan powstali na przykład Azjaci: proces odrodzenia Chińczyków i Hindusów rozpoczął się właśnie w 1918 roku. Armie rekrutowały żołnierzy ze swych kolonii: Hindusi, Senegalczycy czy Arabowie zobaczyli, że do białych można strzelać, że można ich zabijać! Był to sygnał, by kończyć dzieje imperiów.


Andrzej Chwalba – historyk, profesor UJ.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata