70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Czarny wrzesień A. D. 2008

Najpierw było podgrzewane przez media oczekiwanie na kolejną rocznicę zamachów z 11 września – coś w rodzaju cyklicznego nawrotu psychozy, która u progu jesieni nabiera cech globalnej epidemii. A później – wprawdzie z kilkudniowym poślizgiem, ale ciągle w okresie Ramadanu – spektakularny atak.

Tym razem w Pakistanie, choć atak ten wymierzony był w obiekt symbolizujący Zachód i Stany Zjednoczone. Nie ulega przecież wątpliwości, że wybór hotelu Marriott w Islamabadzie miał swój wymiar propagandowy. Oto w stolicy najstarszej (tak, Pakistan był pierwszy…) republiki islamskiej, której władze od lat utrzymują zbyt bliskie – w ocenie muzułmańskich radykałów – stosunki z Waszyngtonem, przy pomocy jednego wypełnionego ładunkiem wybuchowym samochodu można było zadać cios jednocześnie amerykańskiemu prestiżowi, jak i rodzimym elitom z nowo wybranym prezydentem Asifem Zardarim (wdowiec po Benazir Bhutto) na czele. Ten ostatni ledwie kilka godzin przed atakiem mówił w siedzibie parlamentu – dosłownie kilkaset metrów od hotelu – o konieczności „wykorzenienia terroryzmu w Pakistanie”. I niemal ze skutkiem natychmiastowym przybył mu pilny powód do obracania politycznych deklaracji w czyny. W wyniku eksplozji pod Marriottem 20 września zginęło prawie 60 osób, a gmach najsłynniejszego (pięciogwiazdkowego) hotelu w pakistańskiej stolicy nadaje się do rozbiórki.

Większość poszlak dotyczących autorstwa zamachu zdaje się prowadzić ku postaci Bajtullaha Mehsuda, dowódcy klanowej milicji z południowego Wazisristanu (pogranicze pakistańsko-afgańskie), uważanego też za lidera dość luźnej federacji pakistańskich talibów – Tehrik-e-Taliban Pakistan. W ciągu ostatnich kilku lat Mehsud błyskawicznie „awansował” z drugiej ligi regionalnych watażków, uwikłanych w plemienne konflikty i zatargi z władzami państwowymi, do rangi jednego z najbardziej znanych „dżihadystów”, o nie do końca wyjaśnionych czy potwierdzonych związkach z Al-Kaidą. Amerykański „Time” umieścił go nawet na liście stu najbardziej wpływowych ludzi świata, sprowadzając w tym przypadku „wpływy” do umiejętności organizowania i prowadzenia działalności zbrojnej przeciwko USA i ich sojusznikom tak w Afganistanie (gdzie według źródeł oenzetowskich ponad połowa zamachów samobójczych to sprawka Mehsuda i jego ludzi), jak i w Pakistanie (gdzie obwinia się go między innymi o zgładzenie w grudniu ubiegłego roku byłej premier Benazir Bhutto). Faktem jednak jest, że tysiące ludzi pod jego komendą prowadzi walki z siłami rządowymi Pakistanu mniej więcej od lata ubiegłego roku, czyli od szturmu wojska na Czerwony Meczet w Islamabadzie, który w oczach radykałów „ujawnił prawdziwe nie-muzułmańskie oblicze rządu” w tym kraju. Tylko we wrześniu w starciach w okręgach Swat i Bajaur (prowincja północno-zachodnia, wzdłuż granicy z Afganistanem) zginęło – według oficjalnych danych – ponad tysiąc osób. Wszystko to uzmysławia pewien rodzaj percepcyjnego skrzywienia na Zachodzie, gdzie tzw. globalną wojnę z terroryzmem postrzega się często w kategoriach huntigtonowskiego zderzenia cywilizacji czy obrony świata demokratycznego przed śmiertelnym zagrożeniem ze strony muzułmańskich fanatyków, podczas gdy w przeważającej mierze jest to konflikt o charakterze wojny domowej toczonej wewnątrz świata islamu. Jej stawką jest prestiż, prawo do wypowiadania się w imieniu islamu czy wreszcie realna władza polityczna, ale to spośród muzułmanów wybiera ona najczęściej ofiary (tak też było w Islamabadzie, choć w hotelowych zgliszczach zginął  również między innymi czeski ambasador w Pakistanie), o czym warto chyba pamiętać. Nie zapominając, rzecz jasna, iż zagrożenie nie omija też zachodnich miast, gdyż – z rozmaitych zresztą przyczyn, o których pewnie będzie jeszcze mowa w tej rubryce – ekstremiści uderzają raz w bliskiego (czytaj: własne rządy), a raz w dalekiego („Waszyngton i spółka”) wroga.

Jednak akty terroru nie były we wrześniu jedyną (a może nawet nie główną) przyczyną depresyjnych nastrojów, w jakie popadano od Nowego Jorku po Tokio. Praktycznie przez cały miesiąc z giełd i światowych rynków finansowych napływały wiadomości o posmaku zgoła rewolucyjnym: z dnia na dzień kryzys amerykańskiego sektora kredytów hipotecznych (jako przyczyny całej tej zawieruchy eksperci najczęściej wymieniali beztroską politykę kredytową i rozbuchaną konsumpcję) zataczał coraz szersze kręgi, przypominając ogromne tornado, które wsysa kolejne instytucje po to, by je – zubożone o dziesiątki miliardów dolarów – z powrotem sprowadzić na ziemię. Plajty i przejęcia koncernów-gigantów w rodzaju Lehman Brothers, AIG, HBOS stały się czymś codziennym, wstrząsając całą konstrukcją światowego systemu finansowego i podkopując w ostatecznym rozrachunku zaufanie, niezbędne do zawierania wszelkich transakcji. A stąd już tylko o krok do głębokiej spirali recesyjnej; aby przeciwdziałać takiemu rozwojowi wydarzeń Waszyngton zdobył się na niepozbawiony ryzyka pakiet interwencyjny (podobne decyzje zapadły też w Europie), mający wesprzeć kolosy z Wall Street 700 miliardami dolarów z kieszeni podatników.

Jeden z trzech wielkich wrześniowych paradoksów polega na tym, że pomysł ten forsował konserwatywny rząd George’a Busha, którego z przyczyn ideologicznych nikt przedtem nie podejrzewałby o gotowość do takiej ingerencji w rynek i sprzeniewierzanie się ideałom von Hayeka czy Miltona Friedmana. Czasy najwyraźniej się zmieniają… Drugim paradoksem była aktywność na „spadających” rynkach zachodnich kapitału z krajów, które w ostatnich latach nie narzekały na złą koniunkturę (choćby z Chin czy Rosji), mogących w ten sposób ubierać się w szaty „wybawców” rozchwianego systemu kapitalistycznego. I wreszcie trzeci paradoks, wymuszający nawet na przeciwnikach interwencji i nacjonalizacji kulejących banków trzymanie kciuków za… sukces tych przedsięwzięć. Nie można bowiem wykluczyć alternatywy w postaci totalnego krachu, który w równej mierze uderzyłby w niefrasobliwych szefów funduszy inwestycyjnych z Baltimore, co w emerytowanych szkockich nauczycieli albo w pakistańskie szwaczki. Dlatego trzymajmy wszyscy kciuki, bo  razem dryfujemy tą samą szalupą.

5 października 2008

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata