70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Jest-że dla Prawdy przyszłość jaka?

Skoro jest wybitnie nieprawdopodobne, by Zwierzę Rozumne zaniechało pytań, to jest tak samo nieprawdopodobne, by pytanie o Prawdę w znaczeniu tradycyjnym, Prawdę w znaczeniu, jakim niewyszkolony zdrowy rozsądek się posługuje, Prawdę jako zgodności z rzeczywistością obumarło w widzialnym czasie.

Niektórzy z nas, co w bardzo wczesnej młodości dużo książek czytali, liczyli na to, że któregoś dla trafią na książkę par excellence, książkę absolutną, książkę, która oświeci ich absolutnie, przyniesie i ukaże Całą Prawdę[1]. Dochodzą jednak do wniosku, że chociaż jest wiele książek znakomitych, ciekawych i mądrych, to książki absolutu przecież nie ma, po prostu nie ma. Pewno również ten, kto takim złudzeniem żyje, nie ma chyba wątpliwości, że jego podręcznik chemii czy geometrii albo nawet historii żywi go jakąś prawdą, a jednak, gdy wierzy w książkę absolut, co go w Prawdę wtajemniczy, ma jakiś inny sens tego słowa na myśli. Ci wyznawcy wiary religijnej, którzy nigdy wątpliwości nie zaznali, wiedzą wprawdzie nie tylko, że jest taka książka, ale wiedzą, gdzie jest: jest to mianowicie tekst przez Pana Boga podyktowany – na przykład Biblia albo Koran; święte księgi wschodnich religii, chociaż ogromnie przez wyznawców czczone, nie mają przecież autorytetu tak niepodważalnego; są źródłem wielkiej mądrości, ale nie po prostu zapisem słów Bożych. Wyznawcy „fundamentalistycznej” interpretacji mają natomiast w ręku coś, co można nazwać Całą Prawdą. Nie jest to wprawdzie Cała Prawda w tym sensie, by miała zawierać wszystkie, nieskończenie liczne zdania prawdziwe. A jednak wyrażenie „Cała Prawda” nie jest nie na miejscu. Cóż to jednak znaczy?

Znamy najróżniejsze komplikacje, jakie rodziło „korespondencyjne” pojęcie prawdy, prawdy jako zgodności myśli (zdania, przekonania, idei) z rzeczywistością i niektóre z tych komplikacji, co od Platona do Tarskiego się ciągną, mogą nadal zaprzątać umysły: czy adequatio dotyczy zdań czy sensów i jakie miały by być konsekwencje tego odróżnienia? W jakim znaczeniu można przyjąć Arystotelesowe powiedzenie, że rzeczy są „przyczyną” prawdziwości zdania? Jeśli ma być „zgodność z rzeczywistością”, to czy można osiągnąć zgodę co do tego, jak „rzeczywistość” pojmować? Czy jest i na czym polega podobieństwo relacji, jakie zachodzą między różnymi elementami faktu i różnymi częściami wypowiedzi o tym fakcie? Jak uniknąć paradoksu kłamcy i innych paradoksów samoodniesienia (teoria typów, pojęcie metajęzyka)? I cóż by się stało, gdybyśmy się zgodzili na taką czy inną wersję ontologicznego pojęcia prawdy (na przykład Heideggera, na przykład Tomasza z Akwinu) albo na rozciągnięcie predykatów „prawdziwy” i „fałszywy” na inne jeszcze akty aniżeli te, co są w zdaniach wyrażalne, na przykład percepcje albo idee? A jeśli przyjmiemy definicję „zdanie >>Jan ma 30 lat<< wtedy i tylko wtedy, jeśli Jan ma 30 lat”, to czy może ona nas uspokoić (poza matematyką) bez znajomości kryteriów, na mocy których wiemy, co jest zdaniem prawdziwym, a co nie jest i jak rozstrzygnąć, czy zdanie jest prawdziwe.

Wolno jednakowoż powiedzieć, że mimo te wszystkie i inne jeszcze komplikacje, które obfita literatura rozważa, „korespondencyjna” teoria czy reguła „zgodności z rzeczywistością”, dobrze trafia w zwyczajną, całkiem niefilozoficzną i na logiczne spory obojętną intuicję potoczną i potoczny, filozoficznie nietrenowany sens słów „prawda” i „prawdziwy”. Chodzi przecież – na pozór – o coś całkiem zrozumiałego dla każdego, kto naszym (jakimkolwiek) językiem włada: „Michał prawdziwie powiedział, że deszcz pada, to znaczy powiedział, jak jest; Józef kłamał, mówiąc, że wcale nie ukradł, bo ukradł”. Mogą być bardzo często wątpliwości co do tego, co to znaczy „prawdziwe”, czyli pod jakim warunkiem to czy owo jest prawdziwe.

Tak zdaje się, ale filozofów nie zadowala to wyjaśnienie. Raz za razem usiłują nam wmówić, że gdy bezrefleksyjnie, nawykowo posługujemy się tymi orzecznikami „prawdziwy”, „fałszywy”, to naprawdę mamy na myśli coś innego, niż nam się zdaje; nie chodzi o to, czy „rzeczywiście” w świecie samym coś jest tak czy owak, czy jakiś fakt rzeczywiście zachodzi całkiem niezależnie od tego, czy wiemy o nim albo nie wiemy, ale o coś innego.

Jednym ze sposobów wyjaśnienia, o co nam naprawdę chodzi, gdy mówimy: „deszcz pada” albo „ziemia jest (mniej więcej) kulista” – jest koherencyjna teoria prawdy. Rodzi ono komplikacje jeszcze kłopotliwsze aniżeli zasada zgodności z rzeczywistością. Chodzi o to, że cała nasza wiedza tworzy spójny, wewnętrznie powiązany system i poszczególne fragmenty wiedzy, poszczególne zdania czy sensy nadają się do przyjęcia, bo pasują do całości. Nie ma percepcji faktów całkiem nieupośrednionej, niezależnej od jakichkolwiek założeń; słowa, w których wiedzę naszą wypowiadamy, są zrozumiałe, bo są fragmentami wielkiego systemu, gdzie każdy składnik nie tylko odnosi się do całości, ale jakby całość zakłada. Nic nie jest prawdziwe (ani zresztą fałszywe) bez tego odniesienia, ale Prawdą w sensie pełnym, bez restrykcji, jest tylko system jako całość; system ten nie jest po prostu zbiorem zdań, z których każde z osobna jest prawdziwe i które przez to systemowi prawdziwość nadają; przeciwnie, te zdania są prawdziwe – ale prawdziwe częściowo – bo są składnikami systemu. Nie wiadomo jednak bez dodatkowych założeń, jak oceniać prawdziwość różnych systemów; wiemy przecież, że na gruncie pewnego systemu zawierającego na przykład jakieś wierzenia religijne i metafizyczne niektóre zdania są lub mogą być prawdziwe, chociaż nie pasują do innego systemu. Przypuśćmy, że mówię komuś: „Wczoraj mój anioł stróż uchronił mnie od śmierci”; jeżeli rozmówca mój żyje umysłowo w systemie, gdzie nie ma takiej istoty jak „anioł stróż”, musi moje oznajmienie odrzucić, chociaż jest ono całkiem dobre w moim systemie; ale i on, i ja możemy uznać za prawdziwe zdanie „deszcz pada”, a skoro to samo zdanie może być obecne w różnych, niezgodnych wzajem systemach, to czy wolno powiedzieć, że w obu ma ono ten sam sens i że tylko przez odniesienie do całości jest prawdziwe? Widzimy trudność – jedną z licznych – teorii koherencji. Krytykowano też pomysł, iż poszczególne zdania są tylko częściowo prawdziwe, a tylko system zawiera Prawdę bez ograniczeń (jeśli są częściowo prawdziwe, to czy są też częściowo fałszywe?). Sugestia, wedle której teoria koherencji jest dobra dla aksjomatycznych systemów dedukcyjnych (chociaż systemy te mogą być różne i wzajem niezgodne), wydaje się z kolei mało interesująca; matematyk wie, jakie są reguły postępowania w jego nauce, i teoria koherencji nie wzbogaca, jak się zdaje, jego umiejętności.

Można koherencję pojmować jako kryterium prawdziwości albo również jako definicję prawdy. Jeśli jest to tylko kryterium, to nie potrzebujemy odniesienia do żadnej rzeczywistości niezależnej od naszych operacji sprawdzających. Prawda w tradycyjnym sensie jest wtedy zbędną, pozostają sprawdziany, dzięki którym dowiadujemy się, które zdania nadają się do przyjęcia.

Ta ostatnia sytuacja zachodzi także w pragmatycznej teorii prawdy, zarówno w jej umiarkowanym, jak w radykalnym wariancie. W obu wariantach jednakowoż Prawda w tradycyjnym Arystotelesowskim sensie jest niepotrzebna i pewno niedefiniowalna. Umiarkowany wariant głosi, że pytania są sensowne, jeśli możliwe są operacje praktyczne, które je rozstrzygną; rozstrzygnięcie można nazwać prawdą, ale nie zakłada się przez to, że istnieje prawdziwość sama w sobie, niezależna od naszych operacji sprawdzających, prawda, której uznanie albo odrzucenie nie powoduje żadnych skutków empirycznych; pytanie o prędkość dźwięku jest sensowne, bo mamy narzędzia, by na nie odpowiedzieć i znać skutki praktyczne takiej lub innej odpowiedzi; nie jest jednak sensowne pytanie, czy istnieje idea Dobra wyprzedzająca wszystkie poszczególne albo jaki jest stosunek między Duchem Świętym a Synem Bożym w Trójcy. Pragmatyzm w tym znaczeniu jest właściwie powtórzeniem tradycyjnej antymetafizycznej doktryny empiryzmu i pojęcia rzeczywistości niezawisłej od doświadczenia nie potrzebuje, albo raczej stanowczo je usuwa, bo rozważania na ten temat to strata czasu. Czy oczekiwane i empirycznie potwierdzone skutki naszych zabiegów nazwiemy prawdą, jest to sprawa werbalna. Radykalny wariant pragmatyzmu nie poprzestaje na sprawie skuteczności naszych opcji, lecz posuwa się do podania kryterium użyteczności wierzeń. Prawdziwe w tym sensie przewrotnym jest to, co użyteczne; że coś jest użyteczne w pewnym momencie, a szkodliwe w innym, albo użyteczne dla mnie, a szkodliwe dla kogo innego – tę konsekwencję wolno przyjąć, chociaż w tradycyjnym ujmowaniu słowa „prawda” taka relatywizacja jest absurdalna. Jedna z konsekwencji tej wersji pragmatyzmu unicestwia właściwie pragmatyzm w wersji umiarkowanej, pewne jest bowiem, że różne wierzenia religijne i metafizyczne są użyteczne w tym sensie, iż sprzyjają życiu, są więc prawdziwe w tym dziwnym znaczeniu. Wolno mi w rzeczy samej wierzyć, że jestem chroniony przez mego anioła stróża, chociaż nie ma na to takich świadectw empirycznych, które ostałyby się w badaniu fizyka. W obu wersjach pragmatyzmu idea rzeczywistości niezależnej od naszych zabiegów sprawdzających nie daje się uratować; nic nam taka idea nie dodaje do naszego rozeznania w świecie, nie czyni życia lepszym albo wygodniejszym, albo sprawiedliwszym; gdy ją porzucimy, nic się nie zmieni.

Wszystko to są sprawy trywialne, nie wykraczające poza słownikową informację. Jednak upierać się wolno nadal przy przekonaniu, że pytanie: „po co nam pojęcie prawdy jako zgodności z rzeczywistością (nie zaś zgodności z kryteriami)?” nie jest trywialne i nie jest błahe. Można w rzeczy samej stwierdzić, że zarówno w naukach empirycznych, jak w życiu codziennym, prawda w tym sensie jest zbyteczna, wystarczają najzupełniej względy pragmatyczne, dzięki którym wiemy, co wolno, a czego nie wolno uznać. Pojęcie rzeczywistości nie jest bynajmniej jasne; nie wiadomo dobrze, wedle jakich kryteriów rozpoznawać mamy, co jest albo nie jest rzeczywiste. Cała wiedza, jaką nam doświadczenia – naukowe czy potoczne – dostarczają, może być kumulowana, użyta dla przewidywania skutków naszych działań i dla zabiegów technicznych bez potrzeby roztrząsania metafizycznych zagadek odnoszących się do rzeczywistości samej w sobie, niezależnej od tych zabiegów i obserwacji. Potrzebna nam jest wiedza, z którą można coś zrobić, by tak rzec; metafizyka nie jest taką wiedzą, nie nadaje się do praktycznego użycia. Jakoż takie pochwały pragmatystycznej filozofii całkiem popularne są nadal, może bardziej popularne niż kiedyś (Richard Rorty jest ich najbardziej znanym głosicielem).

Wolno wszelako twierdzić, że cytowane pytanie: „po co nam pojęcie prawdy jako zgodności z rzeczywistością?”, wymaga ważnego odróżnienia. W rzeczy samej, człowiek rozumny, ale nie żyjący z wykładania filozofii, wie, o co chodzi, gdy słyszy powiedzenia takie oto: „deszcz pada”, „Polifem był cyklopem”, „cykuta jest trucizną”, „woda jest związkiem wodoru i tlenu”; te zdania – powie – mówią, jak prawdziwie jest w świecie, chociaż trzeba pamiętać, że inny rodzaj istnienia ma Polifem, a inny cykuta. Tenże człowiek może nawet z początku nie rozumieć, o co chodzi myślicielowi, który mu powie, że nie ma rzeczywistości samej w sobie i że wymienione zdania można uważać za prawdziwe (prócz tego o Polifemie), lecz nie w tym sensie, by miały odtwarzać w słowie fakty dziejące się w świecie od ludzi niezależnym, ale w innym sensie: albo w tym, że wolno nam podejmować jakieś praktyczne zabiegi, w których te właśnie fakty są założone i że zabiegi te mają szansę skuteczności (na przykład podać cykutę komuś, kogo chcemy uśmiercić albo zaopatrzyć się w parasol); albo znowu, że w owe fakty wplecione są różne konwencje językowe i różne ludzkie, gatunkowe sposoby reagowania na świat; a te sposoby reagowania ujawniają pewne regularności, na których polegać można, nie zakładając wcale, że są to regularności bytu samego, o którym to bycie niczego nie wiemy.

Otóż temu rozumnemu człowiekowi (który, powtórzmy, nie trudni się wykładaniem filozofii) można to wszystko wyjaśnić i bynajmniej nie spowoduje to, by popadł w depresję, w histeryczną niezgodę, w rozstrój umysłowy. Wolno mu odpowiedzieć: może tak jest, jak powiadasz, a może nie jest, ale, jeśli dobrze rzecz pojmuję, nic to nie zmienia w moim stosunku do świata, w moich praktycznych wysileniach, w moim myśleniu. Możliwe, że te zdania: „deszcz pada”, „woda jest związkiem wodoru i tlenu” – zakładają nasze ludzkie formy percepcji i konwencje językowe, być może „deszcz” i „wodór” są artefaktami przez nas ulepionymi dla praktycznych celów, ale skoro wszystko zostaje po staremu, wcale mnie ta sprawa nie przejmuje.

Jest jednakowoż inna klasa sądów, gdzie takiej obojętności nie należy się spodziewać. Są to mianowicie sądy, które mają nam dawać jakiś globalny obraz świata w znaczeniu religijnym lub metafizycznym. Pytania z tego obszaru nie są ekstrawagancją ani zabawą umysłów w obłoki fantazji zaplatanych, ale należą do interesowności człowieka, Zwierzęcia Rozumnego jako takiego, [a] odpowiedzi są pokarmem ludowym, również wśród tych, co samego słowa „metafizyka” nigdy nie słyszeli. Zwierzę Rozumne jako takie chce, prawdziwie chce wiedzieć, skąd na świecie się wzięło, czy tylko z przypadku jakichś rodzicielskich zatrudnień rozrodczych, czy może ze zrządzenia i z planów tajemniczych siły wyższej; czy świat ten, na którym żyje, jest sterowany jakąś ręką mądrą, cel ma nadany (zadany), zmierza ku czemuś dobremu, czy też jest bezsensownym, przypadkowym ruchem cząstek materialnych, którym o nic nie chodzi, które ku niczemu nie zmierzają; czy wszystkie jego, Zwierzęcia Rozumnego, cierpienia i wysiłki żadnego nie mają sensu, lecz są po prostu wynikiem bezcelowym tegoż ruchu cząstek materialnych, czy nic po tych cierpieniach i wysiłkach nie pozostaje, lecz wszystko zatapia się w otchłani czasu, czy też coś z nich ostaje się na wieczność i co mianowicie; czy zło i dobroć to są takie jakości, które ludzie sobie wymyślają dla wygody lub jakichś interesów własnych, czy też one są częścią prawdziwą świata.

To są pytania Zwierzęcia Rozumnego o sens. Zwierzę Rozumne, gdy takie pytania zadaje, chce wiedzieć, jaka jest Prawda, prawda w znaczeniu tradycyjnym, chce wiedzieć, że jest tak lub owak, nie zaś, że taka czy inna odpowiedź jest zgodna albo niezgodna z regułami koherencji, dobra albo niedobra w sensie pragmatycznym, więc użyteczna albo nieużyteczna, że nadaje się albo nie nadaje do snucia przewidywań, jest sprawna albo niesprawna w jakichś zabiegach praktycznych. Zwierzę Rozumne ma na myśli Prawdę co się zowie, Prawdę bez ograniczeń; chce wiedzieć, jak to jest, czy tak jest, jak te zdania mówią, ita est ut significant, i czy dobre są te pytania.

Zwierzę Rozumne nie chce więc korzystać z takich czy innych definicji prawdy, które mu filozofowie podsuwają; chce wiedzieć, jak to jest.

Czy można liczyć na to, że Zwierzę Rozumne przestanie w końcu zadawać takie pytania, bo pojmie, że one niczemu nie służą, że nie ma na nie odpowiedzi takich, co by sprostały wymogom fizyki i chemii, że więc są bezsensowne i niepotrzebne (bo skoro pytanie nie ma szans, by na nie wedle wymogów fizyki i chemii odpowiedzieć, to jest wyzute z sensu)?

Nie, nie można liczyć na zanik tych pytań w umyśle Zwierzęcia Rozumnego. Ono będzie te pytania uparcie zadawać, wcale nie stawiając owych pytań dodatkowych: czy odpowiedź, jakakolwiek by była, spełnia warunki koherencji? Czy odpowiedź, jakakolwiek by była, jest pragmatycznie usprawiedliwiona? Czy pożyteczna? Nie, ono chce wiedzieć, jak jest naprawdę, jaka jest Prawda. Skoro zaś jest wybitnie nieprawdopodobne, by Zwierzę Rozumne zaniechało tych pytań, to jest tak samo nieprawdopodobne, by pytanie o Prawdę w znaczeniu tradycyjnym, Prawdę w znaczeniu, jakim niewyszkolony zdrowy rozsądek się posługuje, Prawdę jako zgodności z rzeczywistością obumarło w widzialnym czasie. Jest to sprawa kulturalna, nie zaś epistemologiczna. Gdybyśmy kiedy znaleźli się w kulturze, gdzie takich pytań zadawać nie wolno, gdzie do więzienia się wsadza albo głowy ucina tym, co te pytania zadają, byłaby to mutacja kulturalna, której wyników przewidzieć niepodobna, prócz przypuszczenia, że w jej wyniku Zwierzę Rozumne ponownie by się stało Zwierzęciem Nierozumnym. Skoro zaś takie proroctwa nie mamy powodu wygłaszać, lepiej i rozsądniej jest uznać, że nadal jest przyszłość dla Prawdy.


[1] Powyższy tekst pochodzi z księgi pamiątkowej dedykowanej prof. Karolowi Toeplitzowi. Księga ta, nosząca tytuł: Jest-że dla Prawdy przyszłość jaka?, została przygotowana przez Pomorską Akademię Pedagogiczną, a wydana w 2002 roku w Toruniu nakładem Wydawnictwa Adam Marszałek. Artykuł prof. Leszka Kołakowskiego publikujemy za łaskawą zgodą Wszystkich Zainteresowanych: Autora, Jubilata i Wydawcy.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata