70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Czy wspólnocie anglikańskiej grozi schizma?

Dawno już nie było schizmy tak oczekiwanej jak ta, która podczas tegorocznej Konferencji w Lambeth miała dotknąć światową Wspólnotę Anglikańską. Jednak wbrew przepowiedniom wielu komentatorów religijnych owa schizma wcale nie nastąpiła.

Pisanie w Polsce o anglikanizmie jest o tyle trudne, że zawsze powinno być poprzedzone całą masą dopowiedzeń i sprostowań, gdyż Wspólnota Anglikańska w bardzo niewielkim stopniu przypomina Kościół rzymskokatolicki. Aby więc zrozumieć to, co dzieje się w światowym anglikanizmie i spróbować powiedzieć coś sensownego o tym, co może się tu wydarzyć w przyszłości, niezbędnych jest kilka uwag.

Po pierwsze, Wspólnota Anglikańska nie jest jednym Kościołem, ale wspólnotą Kościołów. Stąd odbywająca się (od 1867 roku) co dziesięć lat Konferencja w Lambeth, w Anglii, nie jest synodem Kościoła, ale spotkaniem biskupów Kościoła Anglii, Anglikańskiego Kościoła Kanady, Protestanckiego Episkopalnego Kościoła w USA, Kościoła Nigerii oraz 34 innych Kościołów anglikańskich z całego świata. Ustalenia tej konferencji nie mają zatem charakteru wiążącego, stanowią tylko głos doradczy. Biskupi mogą, ale nie muszą się do nich dostosować, a często wyraźnie się od nich dystansują. Tak było na przykład w 1998 roku, gdy 118 biskupów (w tym 8 prymasów) publicznie zdystansowało się od ustaleń konferencji iż „praktyka homoseksualna jest nie do pogodzenia z Pismem Świętym”.

Po drugie, choć anglikanizm bywa określany jako via media pomiędzy katolicyzmem a protestantyzmem, w swojej teologii jest to wyznanie czysto protestanckie w tym sensie, że odrzuca tradycję jako podstawę wiary. Owszem, darzy ją większym szacunkiem niż na przykład klasyczny kalwinizm, jednak – jako konfesja wyrosła z ruchu reformowanego – anglikanizm odmawia tradycji takiej roli, jaką jej przypisują rzymskokatolicy, o prawosławnych nawet nie wspominając. Wyznacznikiem anglikanizmu są: urząd biskupa, łączność z arcybiskupem Canterbury oraz stosowanie modlitewnika Book of Common Prayer lub jego współczesnych wersji.

Taka, dość oszczędna wykładnia podstaw sprawia, że już od swego zarania anglikanizm był Kościołem niezwykle szerokim, skupiającym całą gamę poglądów teologicznych. Stąd i dziś można w nim spotkać kościelnych liberałów oraz konserwatystów, anglokatolików, którzy lubią kadzidło i rozbudowaną liturgię (tzw. high church), oraz ewangelikałów, którzy chcą, żeby pastor zdejmował komżę, gdy wygłasza kazania, i żeby nie klękał podczas modlitwy komunijnej (tzw. low church). Te podziały przebiegają w poprzek poszczególnych Kościołów krajowych – liberałami są zatem zarówno amerykańscy anglokatolicy, jak i kanadyjscy anglikanie z low church, zaś nieprzejednane stanowisko konserwatywne będą zajmować anglokatolicy z Kościoła Anglii, jak i ultraprotestanci z archidiecezji Sydney. Istnieje ponadto spora grupka teologicznego centrum (tzw. broad church), którą razi zarówno przerost liturgiczny anglokatolików, jak i fundamentalizm religijny ewangelikałów.

Piszę o tym po to, by rozwiać często powielany w Polsce mit, że anglikańscy konserwatyści „pukają do drzwi Rzymu” i prędzej czy później przejdą na katolicyzm. Nic bardziej mylnego. Jedyne, co naprawdę łączy anglikańskich konserwatystów, to niechęć do homoseksualizmu. Jednak już na przykład w sprawie święceń kobiet są oni podzieleni: dopuszczają je Kościoły w Ugandzie, Sudanie i Kenii, ale nawet słyszeć o tym nie chce arcybiskup Sydney Peter Jensen. Ten ostatni odprawia nabożeństwa w czarnej genewskiej todze i kazał przykryć płachtą ołtarz w katedrze w Sydney, gdy nie jest on używany do Wieczerzy Pańskiej, a jednocześnie chciałby, aby Wieczerzę tę mogli sprawować również świeccy – pod warunkiem, że są mężczyznami.

Po tych wstępnych uwagach warto wyjaśnić polskim czytelnikom,  skąd wzięło się zamieszanie (i groźba schizmy) w związku z tegoroczną Konferencją w Lambeth. Podawane w Polsce powody (że chodziło głównie o gejów i święcenia biskupie kobiet) stanowią ogromne uproszczenie, choć rzeczywiście trzeba będzie sporo o gejach napisać. Zacznijmy jednak od biskupstwa kobiet.

Kobieta księdzem i biskupem

Trzeba wyraźnie powiedzieć, że poprzedzająca konferencję dyskusja na ten temat dotyczyła wyłącznie Kościoła Anglii, to znaczy jednegoz 38 Kościołów anglikańskich istniejących na całym świecie. W przeciwieństwie do wielu innych Kościołów, w których do święceń kobiet doszło już w latach siedemdziesiątych XX wieku (pierwsze odbyły się nawet w 1947 roku!), podobną decyzję w Kościele Anglii dość długo paraliżowali wpływowi anglokatolicy, którzy uważali, iż nie można się na taki krok zdecydować bez katolików i prawosławnych. Nie pomagały argumenty, że tamte Kościoły wiele spraw teologicznych rozwiązują bez oglądania się na anglikanów, ani to, że coraz więcej Kościołów anglikańskich święci kobiety nie tylko na księży, ale i na biskupów. Co więcej, Konferencja w Lambeth już w 1978 roku pozostawiła sprawę kobiet księży do decyzji poszczególnych prowincji, a w 1988 roku taką samą decyzję podjęła w sprawie kobiet-biskupów. Anglokatolicy, dyskretnie wspierani przez frakcję low church, wstrzymywali decyzję o ordynacji kobiet w Kościele Anglii, strasząc schizmą i masowymi konwersjami na katolicyzm. Ostatecznie w 1992 roku synod Kościoła Anglii zdecydował się na święcenie kobiet-księży, nie przesądzając jednocześnie o święceniach biskupich dla nich. Zamiast wieszczonej masowej konwersji na katolicyzm Kościół Anglii opuściło wówczas zaledwie 470 księży, z czego dotychczas rekonwersji dokonało 58. Liczba świeckich, którzy poszli tą drogą, nie przekroczyła kilku tysięcy.

W tym roku Kościół Anglii debatował nad kwestią kobiet-biskupów. Anglokatolicy, przerzedzeni konwersjami na katolicyzm, podnosili stare argumenty, ale nie robiły one takiego wrażenia jak kiedyś. Tym razem na czele oponentów stanęli biskupi ewangelikalni z low church, znów strasząc rozłamem. Jak się wydaje, synod Kościoła Anglii, znużony już tą debatą, zezwolił na święcenia kobiet-biskupów dużą większością głosów, zgadzając się jednocześnie na tymczasowe ułatwienia dla osób, które  nie chcą owych kobiet-biskupów uznać. Wbrew prośbom arcybiskupa Canterbury (zresztą zwolennika święceń kobiet na biskupów) synod nie wyraził zgody na stałych biskupów „tylko mężczyzn” dla konserwatystów, co może świadczyć o irytacji kościelnego środka stanowiskiem ewangelikałów i anglokatolików. Taka decyzja synodu doprowadzi prawdopodobnie do wygaszenia dyskusji na ten temat w ciągu najbliższej dekady lub dwóch.

Podsumowując: na tegorocznej Konferencji w Lambeth sprawa kobiet-biskupów nie stanowiła problemu; powtórzono tylko ustalenia poprzednich konferencji, że święcenie kobiet jest kwestią uznania poszczególnych Kościołów Wspólnoty.  Nad konferencją istotnie ciążyły natomiast problemu związane z zagadnieniem homoseksualizmu, a były one wywołane przez dwa głośne zdarzenia.

Dyskusja o gejach

Po pierwsze, chodziło o sprawę geja Gene Robinsona, który w 2003 roku został przez diecezję New Hampshire (USA) wybrany jej biskupem. Sam fakt bycia gejem i biskupem nie jest niczym nowym w historii Kościoła, jednak nowością było to, że Robinson otwarcie przyznawał się do swojej orientacji seksualnej i do życia w stałym związku homoseksualnym. Elekcja Robinsona wzbudziła furię wśród konserwatystów nie tylko w USA. Poprosili oni o pomoc biskupów spoza USA, którzy – kierowani przez prymasa Nigerii Petera Akinolę – wymusili na prymasach anglikańskich wezwanie Kościoła Episkopalnego (taką nazwę nosi Kościół anglikański w USA) do pokuty i wycofania się ze święceń biskupich Robinsona oraz zobowiązania się do nieświęcenia nowych biskupów gejów lub lesbijek (tzw. Raport z Windsor). Tymczasem Kościół Episkopalny na swoim synodzie w 2006 roku nie tylko potwierdził wybór Robinsona, ale na urząd prymasa (zwanego biskupem prezydującym) powołał liberalną biskupkę Nevady Katharine Jefferts Schorri. Był to nie tylko wybór pierwszej kobiety-prymasa w dziejach anglikanizmu, ale także wyraźny policzek dla licznych konserwatystów w Kościele Episkopalnym, którzy dotąd nie pogodzili się faktem, iż ich Kościół od 1979 roku święci kobiety – na księży i biskupów. Na usilne prośby prymaski Schorri synodujący wyrazili dość powściągliwe „ubolewania” za raniące innych działania Kościoła Episkopalnego, ale wyraźnie uchylili się od deklaracji, że na przyszłość powstrzymają się od święceń biskupich homoseksualistów. W tej sytuacji część konserwatystów zapowiedziała opuszczenie Kościoła Episkopalnego, a dyskusja i „chrześcijańskie upomnienia” ze strony konserwatystów osiągnęły taki poziom, iż podczas konsekracji biskup Robinson w obawie przed zamachami miał na sobie kamizelkę kuloodporną.

Drugim enfant terrible Wspólnoty okazał się Anglikański Kościół Kanady. I tym razem poszło o gejów, a konkretnie: o błogosławienie ich związków. W 2003 roku przegłosował to synod diecezji New Westminster (okolice Vancouver) i zaakceptował  tamtejszy ordynariusz Michael Ingham. W odpowiedzi diecezjalni konserwatyści (bardzo nieliczni – w końcu Vancouver to kanadyjska stolica gejowskiej kultury) opuścili diecezję i poprosili o pomoc biskupów z Afryki. Kanadyjscy biskupi anglikańscy ogłosili, że nie są w stanie w tej sprawie „przemawiać jednym głosem” i decyzję pozostawili Synodowi Generalnemu, który miał odbyć się w 2007 roku. Przygotowano St. Michael’s Report na temat tego, czy błogosławienie związków jednopłciowych jest istotną kwestią doktrynalną – raport mówił, że nie. Tymczasem. w oczekiwaniu na decyzję synodu, trzy kolejne diecezje kanadyjskie przegłosowały błogosławienie takich związków, ale tamtejsi biskupi powstrzymali się od wydania na to swej zgody. Jednocześnie nie próżnowali konserwatyści w Kanadzie (bardzo nieliczni), jak i ci za granicą, którzy w „Raporcie z Windsor” wezwali Kanadyjczyków, aby ci zaniechali podobnych praktyk (i „przeprosili wspólnotę za swoje zachowanie”.

Jak na dość mały Kościół, kanadyjscy anglikanie na synodzie w 2007 roku pokazali pazury: przyjęli St. Michael Report, uznając, że błogosławienie związków jednopłciowych nie należy do „podstaw wiary”. Za takimi ceremoniami opowiedziały się dwie izby synodu: świeckich i duchownych. Uchwała upadła w Izbie Biskupów zaledwie jednym głosem tylko dlatego, że biskupi chcieli poczekać na ustalenia tegorocznej Konferencji w Lambeth. Co więcej: Kanadyjczycy nie wybrali na prymasa kobiety wyłącznie z tego powodu, że kandydatka wycofała się z powodu raka piersi. Wybrano za to umiarkowanego liberała, głosującego za pozwoleniem na kościelne błogosławieństwa związków jednopłciowych. Jakby tego było mało, kanadyjscy anglikanie odmówili przeproszenia za swoje działania, podkreślając niezależność każdego Kościoła w obrębie Wspólnoty Anglikańskiej, zaś swoim kolegom w Afryce wytknęli, że „tradycyjne nauczanie” w sprawach homoseksualizmu jest równie tradycyjne jak to pochwalające niewolnictwo i podrzędne pojmowanie kobiet.

Co wydarzyło się na Konferencji w Lambeth?

A zatem – co nastąpiło w Lambeth w 2008 roku? Wiele i nic.

Jeśli jako schizmę potraktować nieobecność jednej czwartej biskupów anglikańskich z całego świata, to być może ona nastąpiła. Ważniejsze jest jednak, że – pomimo dzielących ich różnic – spotkali się  twarzą w twarz biskupi liberalni i konserwatywni, bogaci i biedni, mężczyźni i kobiety. Z tego względu nieobecność konserwatystów była ogromnym błędem, bo jako nieobecni nie mogli nawet powtórzyć swoich argumentów. Ich spotkanie w Jerozolimie, poprzedzające Lambeth, mimo całego medialnego szumu zakończyło się klapą. Zdystansował się od niego miejscowy biskup anglikański. Trzeba też | było jakoś wybrnąć z trudnej sytuacji, gdy prymasi Nigerii i Ugandy odmówili… potępienia torturowania i zabijania homoseksualistów w Afryce, zasłaniając się „lokalnym kontekstem kulturowym”. Jeśli pamiętamy, że istnienia takiego „lokalnego kontekstu” odmawiają oni biskupom na Zachodzie, którzy chcą błogosławić związki jednopłciowe – ich słowa z Jerozolimy nabierają zupełnie innego wydźwięku. Nie pomógł im także dość nieprzyjemny wywiad w „The Times”, udzielony przez nieobecnego w Lambeth prymasa Ugandy Henry’ego Orombi, w którym zarzucił on Rowanowi Williamsowi, że jest „ostatnim reliktem kolonializmu” i „źle służy” Wspólnocie.

Nieobecnych w Lambeth poza nienawiścią do gejów mało co łączy. Choć homofobia jest zazwyczaj uczuciem dość silnym, to jednak trudno ją sobie wyobrazić jako podstawę rygorystycznej i płodnej intelektualnie anglikańskiej teologii w XXI wieku. I choć arcybiskup Sydney może deklarować, że jego seminarium będzie kształciło kadry dla „ortodoksyjnych teologicznie Kościołów Afryki”, to trudno nie oprzeć się wrażeniu, że oprócz niechęci do kobiet-księży oraz do homoseksualistów (czy to świeckich, czy duchownych) Sydney ma mało do zaoferowania krajom Afryki. Z drugiej strony trudno sobie wyobrazić, co popierający skorumpowane reżimy w Nigerii, Ugandzie czy Ruandzie prymasi mogliby zaproponować Zachodowi.

Wyczuli to chyba niektórzy biskupi z Kenii, którzy – pomimo oficjalnego bojkotu konferencji – pojawili się w Lambeth, aby rozmawiać z kolegami z USA, Kanady i Wielkiej Brytanii o programach pomocy dla swoich diecezji. Na tegorocznej konferencji zajmowano się bowiem głównie takimi problemami, jak walka z ubóstwem i biedą w krajach rozwijających się – na ulicach Londynu demonstrowało w tej sprawie kilkuset biskupów anglikańskich z całego świata. Omawiano również problem walki z AIDS i wirusem HIV dziesiątkującym kraje południowej Afryki. Niedawno biskup Botswany w dramatycznym wywiadzie błagał, żeby – zamiast kruszyć kopie o podejście do homoseksualizmu – zająć się walką z wirusem HIV, który w jego kraju przybiera postać epidemii. Z kolei biskupi z krajów azjatyckich podnosili kwestię teologicznego stosunku do stworzenia i związane z tym sprawy ochrony środowiska oraz globalnego ocieplenia, które to zagadnienia stawiają dramatyczne pytania współczesnej teologii i społeczności chrześcijańskiej. Ku wielkiemu rozczarowaniu dziennikarzy o gejach dyskutowano w Lambeth krótko i jedynie w ostatnim dniu.

Pod tym względem tegoroczna Konferencja w Lambeth pokazała się z jak najlepszej strony. Okazało się, że tylko przebywanie razem, dialog i wspólna praca dają szansę na rozwój liczącej 88 milionów wiernych Wspólnoty. Anglikanie na biednym Południu (zarówno liberalni, jak i konserwatywni), żeby móc dalej się rozwijać i chociażby próbować przeciwdziałać szerzącemu się radykalnie islamowi, wspieranemu przez miliony petrodolarów z krajów arabskich, potrzebują anglikanów z Północy z ich zasobami pieniężnymi, kontaktami, seminariami i teologią. Z drugiej strony bez zaangażowania w sprawy sprawiedliwości społecznej, bez partnerstwa misyjnego w krajach Południa, bez inspiracji teologicznych i dialogu z kulturami spoza białego, anglosaskiego kręgu kulturowego, anglikanizmowi na Północy grozi teologiczny zastój i regres. Świat w XXI wieku będzie potrzebował zarówno teologicznych liberałów, jak i konserwatystów – stąd pozostanie razem obu grup w Lambeth jest takie ważne. Być może właśnie dlatego już po konferencji nieobecny na niej prymas Kenii Beniamin Nzimbi udzielił obszernego wywiadu, w którym chwalił arcybiskupa Canterbury Rowana Williamsa, deklarował chęć uczestniczenia w kolejnych konferencjach, odcinał się od prób tworzenia alternatywnej struktury anglikańskiej i tylko żądał, aby „wyraźnie potępiono homoseksualizm”.

I co dalej?

W ciągu najbliższych kilkunastu lat Wspólnota Anglikańska powinna odpowiedzieć sobie na pytanie, w jakim kierunku chce podążać. Musi ona raz jeszcze zdefiniować, co ją łączy i co to znaczy być anglikaninem. Arcybiskup Williams widzi rozwiązanie w tzw. Anglikańskim Przymierzu i czymś w rodzaju anglikańskiej kongregacji do spraw wiary definiującej to, co jest, a co nie jest anglikańskie. Nie chodzi bynajmniej  o śluby gejowskie, bowiem – jak doskonale pokazał to St. Michael’s Report – należą one do spraw teologicznie drugorzędnych. Podobnie kwestia kobiet-pastorów i biskupów jest już przesądzona – dziś na księży ordynuje kobiety ponad połowa prowincji anglikańskich, a dokładnie połowa dopuszcza posługę kobiet-biskupów. W najbliższych latach należy się raczej spodziewać sporu o świeckie sprawowanie Eucharystii (Wieczerzy Pańskiej), co uderzałoby w jedną z podstaw anglikanizmu – w istnienie księży i biskupów. Znając fiksację na tym punkcie pewnych ewangelikałów (w tym arcybiskupa Sydney Jansena), spór ten wybuchnie raczej wcześniej niż później. Anglikanie muszą też sobie wyraźnie odpowiedzieć na pytanie, czy chcą nawracać przedstawicieli innych religii na chrześcijaństwo.

Rozwiązanie proponowane przez Williamsa, choć może wzbudzać życzliwe zrozumienie u rzymskokatolików, jest jednak dla anglikanów bardzo problematyczne. Trzy Kościoły: Kościół Irlandii, Episkopalny Kościół Szkocji oraz Anglikański Kościół Kanady, wytknęły arcybiskupowi Williamsowi iż tzw. Anglikańskie Przymierze uczyniłoby ze Wspólnoty jeden Kościół. Ze względów historycznych i teologicznych powoływanie się na wzór rzymskokatolicki nie czyni tego rozwiązania atrakcyjnym. Po drugie, większa centralizacja niekoniecznie musi przynieść rozwiązanie problemów – ona może je nawet powiększyć. Kto bowiem mianowałby członków takiej komisji? Jaką ważność miałyby jej orzeczenia? Czy nie doprowadziłoby to do pojawienia się tradycji, a więc do rozmycia się protestanckiego elementu tożsamości anglikanizmu? I jak byłaby pozycja arcybiskupa Canterbury?

Jeśli chodzi o podejście do homoseksualizmu, sprawa jest skomplikowana. Z jednej strony trudno sobie wyobrazić, że prymas Nigerii (wspólnie z fundamentalistami islamskimi popiera on ustawę, która ma karać za homoseksualizm długoletnim więzieniem) zacznie ich nagle święcić na księży. Z drugiej strony w Kościołach na Zachodzie akceptacja dla homoseksualizmu stale rośnie. Na krótko przed Konferencją w Lambeth największy Kościół o tradycji kalwińskiej w USA – Prezbiteriański Kościół USA podjął decyzję o dopuszczeniu do posługi pastorskiej gejów i lesbijek. Podobną decyzję podejmie najprawdopodobniej za rok największy Kościół luterański w USA. Ongiś narodowy Kościół kanadyjski – Zjednoczony Kościół Kanady (o tradycji kalwińskiej) – ordynuje homoseksualistów i błogosławi ich związki od prawie dwudziestu lat, a spadkobierca purytanów – Zjednoczony Kościół Chrystusa (USA) – już od lat czterdziestu. Ostrożna obserwacja zagadnienia pozwala przypuszczać, że sytuacja w tym wypadku będzie podobna do tej z ordynacją kobiet – pomimo buńczucznych deklaracji konserwatyści z czasem przyzwyczają się i do tego (ale nie zaakceptują tego do końca). Pozostaje mieć nadzieję, że w tym czasie anglikanie w Irlandii, Szkocji, USA i Kanadzie opracują lepsze uzasadnienie biblijne dla swoich praktyk. Dziś, niestety, sprawia ono wrażenie dorabiania teologii do już istniejącej praktyki. Być może takie teologiczne prace przyczynią się do większego zrozumienia przez obie strony.

Jeśli chodzi natomiast o stosunki z Kościołem rzymskokatolickim, to wydaje się, iż tegoroczna Konferencja w Lambeth jeszcze bardziej oddaliła perspektywę jedności organizacyjnej. Anglikanie wolą podejmować decyzje poprzez konsensus – czasami nawet z głośnymi dysydentami, a zatem ich wizja jest coraz bardziej odległa od wizji Kościoła Benedykta XVI. Oczywiście, można winą za taki stan rzeczy obarczyć anglikanów (i powiedzieć, że idą na łatwiznę teologiczną etc.). Równie dobrze można jednak wskazać, że to rzymskokatolicy w ostatnich dziesięcioleciach zdecydowali się na teologiczne „w tył zwrot” i stąd rozdźwięk między obiema Wspólnotami narasta. To przecież nie anglikanie odmówili ostatnio katolikom miana Kościoła. W tym kontekście życzenia kardynała Waltera Kaspera, żeby Wspólnota wróciła do swojej katolickiej historii, można odczytać jako zaniepokojenie, że oto kolejny Kościół odchodzi od sztywnego konserwatyzmu teologicznego kurii rzymskiej. Przy braku postępów w dialogu z prawosławiem katolicyzm robi się coraz bardziej osamotniony.

Dla mnie jako ewangelika reformowanego z ogromną dozą sympatii dla braci anglikanów (tych z broad church) najważniejsze w Konferencji Lambeth w 2008 roku było jej chrześcijańskie przesłanie. Nie wizja Kościoła triumfującego, zjednoczonego, i mówiącego jednym, doniosłym głosem, ale Kościoła jako wspólnoty wiernych, czasami podzielonego i poranionego, ale służebnego i żyjącego nadzieją wyrażaną w słowach: „Przyjdź królestwo Twoje”. Doskonale ujął to były arcybiskup Canterbury Michael Ramsey, kiedy pisał o swoim wyznaniu:

Jego zaletą jest jego niekompletność, razem z napięciem i wysiłkiem jego duszy. Nie został bowiem posłany, aby się zachwalać jako „najlepsza forma chrześcijaństwa”, ale aby właśnie przez swoją niedoskonałość wskazywać na powszechność Kościoła, w której wszyscy umarli.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata