70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Byłam dwa razy w Stanach Zjednoczonych. Ale dopiero teraz, czytając książkę Baracka Obamy, zdałam sobie sprawę, że właściwie byłam tylko w białej Ameryce. No, może z jakimś zetknięciem z Orientem, z japońskimi i chińskimi wiernymi w kalifornijskiej parafii. Czy nie było pobratymców Obamy w Ohio?

Czy też nie zauważyłam i nie zapamiętałam ich odrębności? Amerykę nie-białą znam z filmów, z książek, z powieści, z monumentalnego dzieła Gunnara Myrdala: „Dylemat amerykański”. Książka Obamy silnie współgra z tą ostatnią lekturą. Jeszcze ciągle czytamy Odziedziczone marzenia. Ale zaczynam komentować tę biografię nie czekając na ostatnie rozdziały, bo czas ucieka. Tak, jak teraz  piszę, nie będzie można pisać, gdy już będziemy znać wynik amerykańskich wyborów prezydenckich. Niedoczytana jeszcze książka jest otwarta, podobnie jak dalszy los autora.

Tom prozy – bo to jest naprawdę napisane jak dobra powieść i powstało nim autor został kandydatem aspirującym do urzędu otoczonego nimbem wielkich ludzi dwóch minionych stuleci.

Im głębiej wczytuję się w tę autobiografię z całą jej prowizorycznością, tym ważniejsze staje się dla mnie spotkanie z tą postacią. Tym bardziej interesuje mnie i obchodzi, czy zostanie prezydentem. Nabiera to znaczenia – narzuca mi się wniosek, że to może być przełom przestawiający tryby świata. Ale z drugiej strony – jeśli Barack Obama nie będzie prezydentem, ufam, że nie powie sobie, że dość już zrobił. Że będzie się brał do tych trybów świata, że znajdzie dostęp inną trasą. Ktoś powie: „To bierzesz go poważnie?”. Tak. Czytam o tym, co jest jego nie tyle marzeniem, co raczej mitem twórczym – którego zresztą nie określa z żadną ideologiczną precyzją. I to mnie przekonuje, że B. O. nie jest Sarą Peilin partii demokratycznej. Nie jest też manekinem w rękach spin-doktorów. On jest autentyczną osobą, a to, co go zmusza do działania, ma niespodziewany i niepokojący smak prawdy.

Wracam do początku lektury. W pierwszych rozdziałach poznajemy dziecko, chłopca z nietypowej rodziny. Dziadek mówi do niego Barry – ale on woli afrykańską formę swego imienia, Barack ma je po ojcu, Kenijczyku. Pochodzi ze związku afrykańskiego stypendysty, doktoranta Harvardu, z białą studentką. Związek rozluźnia się i rozpada, gdy ojciec wraca do Kenii odrabiać stypendium. Baracka Juniora wychowywała matka i dziadkowie na Hawajach, potem ojczym – Indonezyjczyk. W jego kraju chłopiec zaczął szkołę. Tam też przeżył wstrząs inicjacji w kwestię koloru skóry. Świadomie używam słowa „inicjacja”, bo dla dziecka było to wydarzenie dramatyczne, wstydliwe, zatajone, powracające echem w dojrzałym życiu. Przeczytać o tym, to dowiedzieć się czegoś nieznanego i ważnego o życiu – jakie jest.

Charakter rodziny Obamy daje do myślenia. Ten Amerykanin jest dzieckiem dwojga „okularników”, jak z Żoliborza. Dla tych ludzi wiedza, świat umiejętności poznawania jest najistotniejszy. Syn ludzi właściwie biednych po powrocie na Hawaje ma trafić do najlepszej, elitarnej szkoły o historycznym rodowodzie, tak jakby na Bednarską w Warszawie. Poznając bliżej Obamę odkrywamy rodzaj bliskości mimo egzotyki miejsc i problemów. Dla studenta Baracka – Ojca, a potem syna – fundamentalnym problemem jest tożsamość. Afrykańskie (mieszane) pochodzenie, lojalność wobec tych, z kogo się jest. Ale to się tak kształtuje, że młody Obama (syn Obamy) ma coś w rodzaju kompleksu Judyma – choć przy innym temperamencie niż ów doktor, nie tak cierpiętniczo, ale też niesłychanie na serio. Dłuższy, ponad dwuletni staż w roli animatora w zaniedbanej dzielnicy Czarnego Chicago pokazuje Obamę jako wytrwałego animatora działań społecznych na rzecz poprawy warunków życia, a przede wszystkim nauki i szans pracy dla młodzieży. Obama pracuje z bezrobotnymi dorosłymi i z młodzieżą, której nie chce klasyfikować jako „trudnej”. Obama-animator, prawie kolega, tym bardziej, że środowiskiem jego działań, obok szkół, są też parafie, z całą kolekcją duszpasterzy w różnym stylu. Z trudem powstrzymuję się od relacjonowania różnych ciekawych historii, wpadek i osiągnięć w zmaganiach z biernością ofiar krzywdy, biurokratycznymi bossami, z korupcją niemal na każdym kroku. I zmaganie ze sobą: z onieśmieleniem, zniechęceniem, zawodem, gdy odpadają współpracownicy. Ale jest też w doświadczeniu Obamy-działacza uskrzydlająca radość, gdy osiąga się porozumienie, gdy sukces w realizacji zamierzeń spaja ekipę. Najbardziej poruszające są dla mnie zwierzenia z przeżyć dotykających tożsamości i godności własnej i ludzi takich jak on.

Wracam i wracam do sceny, która mogłaby być aneksem do znanego filmu Verhaagen „Niebieskoocy” o warsztatach antyrasistowskich prowadzonych przez Jane Elliott. Barack rozmawia z Ruby, uczestniczką akcji na rzecz poprawy warunków życia w dzielnicy. I nagle dostrzega w jej twarzy jakąś niepokojącą, dramatyczną zmianę. Jej tak zawsze żywe, piękne brązowe oczy zmatowiały, zamarły. To efekt niebieskich soczewek kontaktowych, które włożyła przy okazji sprzedawania ich w sklepie. Kobieta jest zdziwiona i zmartwiona reakcją Obamy. A on sam znów konfrontuje się ze zjawiskiem, które tak nim wstrząsnęło w dzieciństwie: ktoś czarnoskóry wybiela się, usiłuje się wybielić. Zostać kimś innym, przemalowańcem, kukłą z martwymi oczami?

*

Jak już wspomniałam, nie skończyłam jeszcze czytać o młodości Obamy. Wrócę do tej lektury w punkcie, gdy śladem ojca Barack II ma zacząć studia na Uniwersytecie Harvarda. Praca w Chicago była stażem, dla którego odszedł z pracy w prestiżowym biurze w Nowym Jorku. Stamtąd odszedł lekko; placówkę w zaniedbanej dzielnicy żegna z trudem, choć zostawia w rękach dobrego współpracownika.

Co dalej? Co było dalej wtedy, przed laty, dowiem się poznając jeszcze kilka rozdziałów. Niespodziewanie będę mogła ich słuchać, bo dostałam w prezencie książkę Obamy czytaną przez niego. To bardzo pozytywne nowe doświadczenie – taki kontakt z autorem interpretującym swój tekst.

A teraz – co dalej z Obamą? Muszę poczekać na rozstrzygnięcia wyborców. Wybór dotyczy – teraz bardziej niż zwykle – prezydenckiej partii. Czy nie pora na Demokratów? Na człowieka, dla którego amerykański mit twórczy to także New Deal, nowe rozdanie? Jakie właściwie? Co to będzie znaczyć dla Stanów jako całości, i przez to również dla świata? Dla nas też, wcale nie jesteśmy tak daleko.

Byłam na spotkaniu w redakcji „Polityki” z Christophem von Marschallem o Obamie-Kandydacie. Ambasador Janusz Reiter opowiadał tam o swojej długiej rozmowie z kandydatem Obamą, podczas której musiał głównie odpowiadać na jego wnikliwe pytania o Polskę. Myślę, że senator trafił na odpowiedniego informatora, chociaż jeszcze lepszym byłby Jacek Kuroń. Szkoda, że się już nie spotkają.

Życzę Barackowi więcej szczęścia w kampanii wyborczej niż miał Jacek, bo myślę, że new deal 2008 jest potrzebny, a przy prezzydencie-demokracie miałby jakieś szanse zaistnienia.

ZGIEŁK

Słyszę w radiu, jak młody chłopak śpiewa: „Moim Bogiem jest ZGIEŁK”. A może to było odrobinę inaczej – że jego Bóg, Bóg tego, kto śpiewa, ma tak na Imię – „Zgiełk”? Obie formuły, choć nieco odmienne, budzą we mnie grozę. Myślę, co to może znaczyć – wybrać „Zgiełk” na swego idola? Albo dojść do wniosku, że Ten, kogo czcimy jako Boga, jako Najwyższego, zasługuje na takie Imię: „Zgiełk”.

Zgiełk – uderzająca fala dźwięków, chaos, w którym giną słowa. Zgiełk podnoszą istoty żywe, ludzie albo przestraszone ptaki. Chociaż bywa zgiełk radosny. To na przykład okrzyki dzieci na placu zabaw. To my, nasza wielość znajdująca nieskoordynowany wyraz.    Dlaczego w tekście tej piosenki przeraża mnie ubóstwienie zgiełku?

Zgiełk jest przeciwieństwem koncertu. Uczestnicząc w narastającym zgiełku staramy się przekrzyczeć, zagłuszyć innych – może dążąc do porozumienia z kimś, kto nam utonął w zgiełku, stracił kontakt. Gdzieś może krzyczy, skądeś wzywa – albo zamilkł. Przez jedno milczenie Zgiełk nie słabnie. Los człowieka usiłującego dosłuchać się czegoś w zgiełku nadaje się na symbol bezradności.

Zgiełk jest do zniesienia, gdy jest odległy. Staje się szumem i faluje jak odgłos oceanu. Aż w końcu nie odróżnia się od echa odzywającego się w morskiej muszli przyłożonej do ucha.

Protestuję przeciw kultowi Zgiełku. Jest bałwochwalczy. Zgiełkiem przemawia idol o posturze Molocha. Paszcza Molocha jest pełna tego, co się na zgiełk składa: wrzasków, jazgotów, charczenia i pisku. Moloch zawodzi fałszywym chórem. Stęka i pluje.

Bardzo to smutne, gdy połyka samotnego grajka albo tych dwoje rozmawiających szeptem.

WYKLUCZENIE WINNYCH

„Pedofile-gwałciciele dzieci to już nie ludzie” – coś takiego oświadczył polityk z najwyższej półki, więc zostało to usłyszane i przyjęte do wiadomości. Czy takie zdanie wypowiedział po to, by przypodobać się licznym, podobnie czującym współobywatelom? Czy raczej dlatego, że na nic się nie oglądając ów polityk, opiekuńczy mężczyzna, kieruje się instynktem obrony zagrożonych najsłabszych? Tak może być.

Aktualność newsa – informacji, że Tusk tak się wyraził – zapewne minie, nim ten tekst się ukaże. Może jednak wracać. A z drugiej strony – trwa od dawna, będzie trwać w postaci pytania: kim są ci, którzy zdecydowanie, czasem manifestacyjnie, naruszają wspólne standardy zachowania i to w rzeczach ważnych. Pytanie tym bardziej zasadnicze, gdy chodzi o śmierć i życie, o coś, co musi do głębi oburzać, wywoływać wstrząs odrazy i bólu. Dokładnie: o popełnianie czynów nieludzkich.

*

Łagodna, delikatna starsza pani protestuje z widocznym gniewem, całkowicie pewna swej racji: „Proszę tego nie mówić, nie wierzyć tym, co o tym piszą… tej zbrodni w Jedwabnem nie mogli popełnić Polacy. Polacy nie są do czegoś takiego zdolni. Jestem Polką i wiem, że my tacy nie jesteśmy…”. W dalszej rozmowie okazało się, że moja rozmówczyni sądzi, iż zbrodniarzami byli – musieli być Niemcy. Jeśli zaś ktoś urodzony w polskiej rodzinie był w to zamieszany, to w tym momencie przestał być Polakiem. Zapewne chętnie zgodziłaby się na wyrok bardziej radykalny – że i człowieczeństwo nie powinno mu przysługiwać.

  • Na całej chyba przestrzeni historii dałoby się tu i tam wyśledzić praktykę wykluczania winnych zbrodni. Człowiek zhańbiony podłym czynem tym samym nie zalicza się już do naszej wspólnoty: my go takiego postępowania nie uczyliśmy i nie bierzemy za nie odpowiedzialności. W skrajnym wypadku uznajemy, że jest nie nasz, a może w ogóle nie jest już człowiekiem?

Odsądzanie od człowieczeństwa zdarza się chyba dość rzadko. Najczęściej i najwyraźniej towarzyszy konfliktom zbrojnym. Wtedy „oni”, „tamci”, „napastnicy” mają też być właśnie pozaludzcy. Myśleniu o nich towarzyszą wyobrażenia wstrętnych istot, insektów, robactwa, demonów.

  • W chrześcijaństwie także była praktyka pewnego rodzaju wykluczania – niedopuszczania do sakramentów osób upadłych, odstępców – tych, co zgodzili się złożyć ofiarę idolom albo stali się publicznymi gorszycielami, względnie nauczycielami błędów. W zasadzie jednak nie odmawiano im człowieczeństwa.

Skomplikowane zagadnienie poruszam tu skrótowo, bo na uwadze mam potrzebę zilustrowania pewnego modelu. Chodzi o to, że z kryzysem nietrzymania się uznanych standardów ludzie wciąż próbowali radzić sobie w ten sposób, że wykluczało się obniżających poziom. Osoba, która nie zdaje egzaminu, jest wykluczona ze zbioru absolwentów. Nie istnieje. Dzięki temu absolwenci reprezentują jako tako wyrównany poziom.

Analogicznym mechanizmem jest banicja – wyrok skazujący na opuszczenie terenu danej wspólnoty, na przykład obszaru państwa. Banicja powszechnie jest dziś uznawana za niedopuszczalną karę okrutną. Na gruncie rodziny podobne do banicji jest wydziedziczenie – pozbawienie praw syna czy córki. Kary zakładające jakiś rodzaj wydziedziczenia wydają się tym surowsze, groźniejsze, a nawet niedopuszczalne, im bardziej naturalna i niezbędna, niezastępowalna jest dla danej osoby wspólnota, usuwająca ją poza swój obręb.

Banicja poza obszar zagospodarowany przez ludzkość nie jest dziś wykonalna. Tak czy owak byłaby równoznaczna ze szczególnie okrutnym wykonaniem wyroku śmierci.

10 października 2008 Europa po raz pierwszy obchodzi swój dzień bez kary śmierci, co szczęśliwie umożliwił rząd premiera Donalda Tuska, wycofując zastrzeżenie poprzedniego rządu. Ten dzień jest dobrą okazją do przemyślenia jeszcze raz uniwersalności Praw Człowieka. Jaki byłby sens uniwersalności, gdyby nie każdy człowiek miał być człowiekiem? Gdyby powszechne człowieczeństwo ludzi dopuszczało wyjątki? W tym dniu jeszcze raz uświadamiamy sobie i innym, że wykonanie obowiązków człowieka nie jest warunkiem posiadania praw człowieka. Prawa zakorzenione są w świadomości i sumieniu tych, co oceniają postępowanie złoczyńcy. Zbrodniarz mógł zapomnieć o swoim człowieczeństwie, użyć go na złe – przeciw człowieczeństwu innych. Ale przez to nie zniweczył sumienia sędziego i prawodawców. Oni niezmiennie widzą człowieka i wydają wyrok na człowieka, na kogoś, kto pozostaje człowiekiem mimo swojego „nie” wobec standardów ludzkich.

I tak musimy też uznać, że w sposób niegodny siebie, niegodny wspólnoty ludzkiej, i chrześcijańskiej, i polskiej postępowali zbrodniarze w Jedwabnem. Ale stwierdzając to, musimy dalej brać pod uwagę, że byli ludźmi i Polakami. Swojej polskości wcale się nie wyrzekli, nie sądzili, że zbrodnia z nią nie licuje. Nie byli też apostatami, nie przestali przyznawać się do wiary. Naród i Kościół mógłby ich wykluczyć po ich czynach, ale popełniali swoje zbrodnie jeszcze jako katolicy i Polacy.

Z człowieczeństwa wykluczyć nikt nikogo nie może, sam nie popełniając przez to homicidium, zabójstwa istoty ludzkiej. Kara śmierci jest formą ostatecznego wykluczenia. Przyjęcie jej w systemie prawnym logicznie otwiera możliwość przyjęcia i stosowania innych kar okrutnych, zakładających odczłowieczenie skazanych.

Myslę, że to działa też w odwrotnym kierunku: kary okrutne, okaleczające, wpuszczają zabójstwo w krąg rzeczy dopuszczalnych. Stąd gwałtowna reakcja wielu, w tym moja, na nieopatrzne słowa o złoczyńcach-już-nie-ludziach.

SEN

W Toruniu. Ulica Mostowa wspina się od Bramy ku Szerokiej bardziej stromo, niż pamiętam. W dodatku wybrukowana jest kocimi łbami o barwie skandynawskiej czerwieni i błękitnawo-szarej. Tą ulicą biegniesz przede mną rozkładając, jak ścieżkę, długie pasmo fotografii. Na wszystkich jestem tylko ja, najpierw jako mała dziewczynka, potem, bliżej Szerokiej, już kobieta. Ja – nie ja? Ta kobieta raz czarnowłosa, raz niemal ruda, ma bardzo piękne, wielkie oczy, podobne do oczu mojej matki, ale brązowe, jak były moje. Smutne oczy patrzą na mnie z tych zdjęć przenikliwie, pytająco.

Ty już znikasz wśród przechodniów na Szerokiej. Gdybym tak nie zapatrzyła się w te zdjęcia, może dowiedziałabym się więcej o Tobie, tanecznie biegnącej pod górę.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata