70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Historia sztuki – historia dzieł i ludzi

Rzecz nie polega na tym, że wiara w Papieża była silniejsza od wiary w Boga. Wiara w Boga stała się pełniejsza, a powroty do niej były powrotami do nadziei. Świadomość rzeczywistości, w której czuwanie Jana Pawła II stanowiło dla nas znak nadziei, ożywiała nieraz mocno zdegradowaną w ludziach religijność.

W Liście do artystów sygnowanym w Wielkanoc 1999 roku Jan Paweł II napisał rzecz niemal oczywistą, a przecież właśnie teraz – ale i wtedy gdy list ten powstawał – ta jego myśl wydaje mi się szczególnie ważna:

Artysta bowiem, kiedy tworzy, nie tylko powołuje do życia dzieło, ale poprzez to dzieło jakoś także objawia swoją osobowość. Odnajduje w sztuce nowy wymiar i niezwykły środek wyrażania swojego rozwoju duchowego. Poprzez swoje dzieła artysta rozmawia i porozumiewa się z innymi. Tak więc historia sztuki nie jest tylko historią dzieł, ale również ludzi.

Słowa te odnoszą się do wszystkich epok i wszystkich nurtów w sztuce. Dotyczą w równym stopniu tego, co w sztuce znakomite, i tego, co marne; są słowami pełnymi uniesienia, jak i spokojnym głosem usprawiedliwiającym, a może wskazującym na to, co w sztuce nieraz zawstydzające i brudne.

Kiedy wkraczamy w dzieje polskiej sztuki, odnajdujemy wiele spraw, które podobnie jak dzieła mają swoją historię, ale i wymagają wyjaśnień, zaskakują, nieraz śmieszą, a nieraz oburzają.

Oto Matejko, wychwalany za dzieła ukazujące zwycięstwa – i atakowany za obrazy, na których Polacy nie są już tak szlachetni…

Malczewski, który jako student Matejki nie chce pod kierunkiem mistrza malować dyplomowego dzieła o tematyce historycznej, a kilka lat później podejmuje w swojej twórczości motywy historyczne – to niemal paradoks. W istocie to dramatyczna próba dialogu z tą samą przeszłością, ale zobaczoną i odczuwaną przez kogoś z innej już epoki. Historia Polski Matejki i Malczewskiego, to przecież ta sama historia, ale inaczej zobaczona, zrodzona z innej wizji.

Stanisław Witkiewicz wskazujący Matejce błędy, Waliszewski kpiący z Matejki – i jeden, i drugi po latach doświadczeń uznający w starym malarzu z Floriańskiej niezastąpionego wizjonera naszych dziejów.

Ten właśnie stary malarz (który – umierając – miał 55 lat) pilnował, by w krakowskiej Szkole Sztuk Pięknych panowały dobre, tradycyjne zasady i programy. Studenci mieli doń wiele pretensji, uważali go za dręczącego ich konserwatystę. Ale wieczorem wyczekiwali na korytarzach szkoły, by móc zobaczyć, jak po dniu pracy wychodził do domu.

Kiedy młodzi jeszcze kapiści zobaczyli w Paryżu „malarskie malarstwo”, które zamierzali uprawiać już „po powrocie do domu” – pragnęli cieszyć się pejzażem, martwą naturą, portretem, raz na zawsze odchodząc od umartwień martyrologii. Minęło trochę lat, wybuchła wojna. Hitlerowskie obozy i sowieckie łagry, lata tragedii i nieszczęść, a wreszcie pokój. Możliwość rozpoczęcia nowego życia. Wszystkim tym dniom i miesiącom towarzyszyła kultura, sztuka, a wśród ofiar wojny było wielu pisarzy, poetów, malarzy, rzeźbiarzy.

Lata powojenne to z początku czas naiwnej nadziei, a potem kłamstwo realizmu socjalistycznego, kolejne dramaty ludzi, młodych i starszych, studentów i pedagogów, tych, którzy sądzili, że rewolucja w sztuce to rzecz warta ryzyka. Okazało się, że polska sztuka weszła w kolejny czas niewyobrażalnej próby. Próba ta dotyczyła zarówno życia ludzi, jak i ich dzieł – była historią sztuki, ale i historią człowieczeństwa twórców.

To właśnie w tamtych czasach wśród wchodzących w dorosłe życie znalazł się młody Karol Wojtyła. Miał swoje życiowe plany, ważne miejsce zajmowały w nich poezja, literatura i nadzieje związane z teatrem.

Kiedy w roku 1995 tenże Karol Wojtyła – papież Jan Paweł II przyjmował w Watykanie przedstawicieli krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych z okazji 175-lecia tej uczelni, powiedział:

…jubileusz waszej Akademii zachęca do ponownego przemyślenia roli kultury w życiu człowieka, a także w życiu Narodu jako całości… Naród istnieje jako podmiot prawdziwie suwerenny dzięki swej kulturze. Ona pozwala mu przetrwać nawet wówczas, gdy zabraknie struktur suwerennego państwa, czego doświadczyliśmy w naszej własnej historii.

Śmiertelne zagrożenie dla kultury wyrosło na podłożu ideologii totalitarnych, jakimi były: najpierw faszyzm (zwłaszcza w wydaniu nazistowskim), a następnie komunizm. W zmaganiu z totalitaryzmem środowiska twórcze płaciły szczególnie wysoką cenę, zapłaciło ją również i wasze środowisko. W tamtych czasach Kościół w Polsce stanął solidarnie u boku twórców kultury jako ich naturalny sprzymierzeniec, był postrzegany jako oaza wolności ducha… O doświadczeniach tamtych trudnych lat trzeba pamiętać i trzeba je przypominać, aby dzisiaj korzystać mądrze z wolności, z takim trudem odzyskanej.

Jan Paweł II powiedział też wtedy inną rzecz bardzo ważną:

Nie zapominajmy (…), iż obecnie zmaganie o kulturę wcale się nie skończyło. Dzisiaj zagrażają nam jej nowe totalitaryzmy, w których człowiek ponownie przestaje być suwerennym podmiotem, stając się przedmiotem różnorodnych manipulacji.

Może warto więc dziś przypomnieć niektóre przynajmniej fakty, które wskażą wyraźnie na obecność Papieża w polskiej sztuce nie tylko jako motywu, jako postaci, ale i głębokiej inspiracji.

Przypomnijmy zatem papieskie ołtarze, które przez szereg lat, w czasie kolejnych jego pielgrzymek do Polski, były szczególnego rodzaju znakami: znakami Bożej Obecności, ale i znakami zwycięstwa, mimo że wiele z nich powstało jeszcze przed odzyskaniem niepodległości.

Taki był warszawski Krzyż z roku 1979 czy wielka gdańska łódź, a raczej okręt, z którego Papież przemawiał do tłumów. Nad nim powiewały już flagi Solidarności.

Z papieskimi pielgrzymkami wiąże się też tradycja spotkań z przedstawicielami środowisk twórczych. Wszystkie były potwierdzeniem istnienia wspomnianej już „oazy wolności ducha”. Spotkania te miały niezwykły duchowy sens i wartość. Wśród setek ludzi czuliśmy prywatność tej audiencji, a jednocześnie – mimo prywatności wzruszenia – odczuwaliśmy historyczny sens i siłę tych spotkań, niezależnie od czasu, miejsca czy politycznych nieraz kontekstów. Mieliśmy świadomość, że spotkania te podkreślają wagę kultury – niemniej są też (mają być) znakiem solidarności ze środowiskiem twórczym, które w różnych latach przeżywało czasy podziałów, ale wspólnoty, wewnętrznego połączenia mimo realnych różnic.

Czasem o zupełnie innym klimacie, okresem wielu nieszczęść i do dzisiaj nierozwiązanych krzywd były miesiące stanu wojennego. Nie widzę możliwości, by okres ten – na kilku zaledwie stronach – poddać gruntownej analizie. Jednak, moim zdaniem, jego fenomenem była postawa środowisk twórczych, ich solidarność i  zbliżenie do Kościoła.

Bojkot oficjalnego ,,życia kulturalnego” oznaczał dla środowiska aktorów, plastyków, ale i dla dziennikarzy, pisarzy, poetów, muzyków, odejście od dotychczasowych form kontaktu z odbiorcami. Wystawy w mieszkaniach, a nade wszystko spontaniczne powstanie wszelkiego rodzaju działalności twórczej w kościołach, kaplicach i muzeach diecezjalnych – to wszystko stworzyło sytuację dotąd niespotykaną. Kościół podjął wówczas ryzyko przyjęcia na siebie odpowiedzialności za tę działalność i za jej jakość.

Tamte zgromadzenia w każdej chwili mogły być uznane za nielegalne, a z drugiej strony ich pełna jawność i tłumy ludzi na wystawach, koncertach czy spektaklach, prowokowały władze stanu wojennego do reakcji. W prasie pojawiły się więc informacje o tych wystawach (określanych jako ,,wystawy w kruchtach”) jako ,,histerycznych” i ,,dewocyjnych” manifestacjach artystów, którzy muszą ,,nieźle zarabiać” na współpracy z Kościołem.

Ale jedna informacja w tych doniesieniach była prawdziwa: rzeczywiście pojawiła się nowa, współczesna i na swój sposób aktualna sztuka religijna inspirowana przez wiarę. Sztuka stanu wojennego – bo tak ją nieraz nazywano.

Nowym zjawiskiem było też spontaniczne zainteresowanie sztuką współczesną ludzi, którzy się nią wcześniej nie interesowali. Nie ulega wątpliwości, że pojawienie się w przykościelnych salach wystaw, monodramów czy organizowanie tam koncertów zaciekawiało, ale i zbliżało ludzi do artystów, ukazywało wspólnotę losu, pozwalało szukać odpowiedzi na „odwieczne” pytania.

Postać Jana Pawła II, która pojawiała się na obrazach, w różnego rodzaju przedstawieniach symbolicznych czy aluzyjnych – stwarzała dodatkowy klimat bliskości, zrozumienia, bycia razem w niedoli i w autentycznych przecież tragediach.

Można zaryzykować twierdzenie, że ten właśnie jednoczący, wartościowy i artystycznie wyrazisty ruch, który znalazł swój azyl w kościołach, istniał dzięki duchowej obecności Jana Pawła II. Tego rodzaju opór wobec przemocy stanu wojennego – rozumiany jako postawa moralna – był możliwy, jak się wydaje, dzięki  społecznej i duchowej więzi z Papieżem.

Niemal zaraz po zakończeniu stanu wojennego zaczęto nader krytycznie omawiać i wspominać działania Ruchu Kultury Niezależnej, a szczególnie wystawy tego czasu. Krytykowano je za nadmiar dewocji, marną jakość, sztuczność związków z religią. Już w latach dziewięćdziesiątych widziałem wielkie wystawy dzieł z „tamtych czasów” zorganizowane w Stuttgarcie. Zobaczyłem rzeźby, obrazy, grafiki w salach wystawowych i wnętrzach świątyń, patrzyłem na oglądających wystawy, miałem dostęp do prasy i omówień czy słuchałem dyskusji. Co znamienne, wystawy te oceniano bardzo dobrze – i to nie ze względu na smętek komunistycznych prześladowań sprzed kilku lat, ale artystyczną wartość.

W Polsce sprawa tego wielkiego ruchu wystawienniczo-społecznego szybko stała się prehistorią. Kiedy w roku 1992 ukazała się bardzo ważna książka Aleksandra Wojciechowskiego Czas smutku, czas nadziei, niemal nikt jej nie zauważył. Podobnie potraktowano duże albumy z tekstami i dokumentacją, poświęcone motywom religijnym sztuki „tamtych lat”, pióra Renaty Rogozińskiej i nieżyjącego już ojca Dominika Łuszczka.

Czyżby więc przeciętny Polak i przeciętny miłośnik sztuki w Polsce zapomniał nagle, co to był stan wojenny, dlaczego tak, a nie inaczej wyglądało wtedy życie (a raczej brak życia) w teatrach i galeriach? Pisano wówczas, że „nadeszło odejście artystów od Kościoła”, że artyści, zwłaszcza młodzi, otworzą się na to, co nowe. Oczywiście, że „odejście artystów od Kościoła” to bełkotliwy frazes, który towarzyszy dziś często analizom i ocenom rozmaitych środowisk. Młodzi otworzyli się na nowe? O ile przyjmiemy, że seria skandali i awantur dotyczących tzw. dzieł sztuki to oznaka „nowego” w sztuce…

Nie ulega wątpliwości, że sztuka stanu wojennego, dorobek tamtych czasów pozostał w dziejach polskiej kultury współczesnej. Nie tak dawne wystawy w Muzeum Narodowym w Gdańsku („Pamięć i uczestnictwo” – 2005), czy we wrocławskim Muzeum Narodowym („Sztuka stanu wojennego” – 2006) świadczą o trwałości tego, co wówczas stało się w polskiej sztuce.

Obecność motywów religijnych wśród pokazywanych dzieł była znaczna. Dramat tamtych dni zwrócił ludzi ku Bogu, ale to nie staropolskie „jak trwoga to do Boga” znalazło się u podstaw motywów religijnych sztuki tamtego czasu. U źródła była odrodzona wiara i nadzieja społeczeństwa, które świadome było bliskości Człowieka z Rzymu, Człowieka ,,z dalekiego kraju”.

Rzecz nie polega też na tym, że wiara w Papieża była silniejsza od wiary w Boga. Wiara w Boga stała się pełniejsza, a powroty do wiary były powrotami do nadziei. Na pewno świadomość takiej właśnie rzeczywistości, w której czuwanie Jana Pawła II stanowiło dla nas znak nadziei, ożywiała nieraz mocno zdegradowaną w ludziach religijność.

W wolnej  już Polsce normalność zapanowała także w obszarze funkcjonowania sztuki. W miarę regularnie odbywają się duże tematyczne wystawy czy obejmujące wiele dziedzin sztuki imprezy skoncentrowane wokół sztuki religijnej, istnieje także tradycja nagród przyznawanych w tej dziedzinie. Wciąż zdaje się je spajać postać Jana Pawła II.

Na tym tle zasmucają doraźne i przypominające złą przeszłość nawyki, będące wyrazem może autentycznej, ale przecież powierzchownej w swej istocie tradycji wznoszenia pomników i produkowania dewocjonaliów, co nawet niezgodne jest z zasadami Kościoła, bo wyprzedza akt beatyfikacji czy kanonizacji. Pomniki, które przecież są znakami autentycznej pamięci, przeważnie nie podlegają procedurom konkursów, są często nieudanymi rzeźbami, podobnie jak po prostu infantylne i nieudane dewocjonalia.

Właśnie takie działania powodują mnóstwo nieporozumień, ironicznych uwag i – mówiąc brutalnie – narażają na śmieszność autentyczność naszej pamięci o Janie Pawle II.

Warto przeczytać papieskie teksty poświęcone postaciom św. Brata Alberta i bł. Fra Angelico, teksty dotyczące społecznej roli sztuki i kultury czy wreszcie znakomitą homilię wygłoszoną w związku z zakończeniem prac konserwatorskich w Kaplicy Sykstyńskiej. Warto przeczytać te właśnie teksty, bo są napisane czytelnym, zrozumiałym językiem. Pozwalają dostrzec w sztuce obszar wartości bardzo ważnych dla człowieka; pomagających mu żyć i być bliżej Boga.

Omawiając tak kontrowersyjne dla współczesnych dzieło Michała Anioła, mówiąc o cielesności postaci przez niego namalowanych, Jan Paweł II powiedział:

I jeśli Słowo Przedwieczne jest niewidzialną ikoną Ojca, to człowiek Adam jest widzialny. I Michał Anioł czyni wszystko, ażeby tej jego widzialności, tej jego cielesności przywrócić wszystkie proporcje antycznego piękna. W tych proporcjach piękna, które jest właściwością ludzkiego ciała, Michał Anioł ośmiela się iść dalej. Przenosi to piękno widzialne i cielesne na samego niewidzialnego Stwórcę. Może już tutaj mamy do czynienia z jakimś artystycznym zuchwalstwem. Wszak Bogu niewidzialnemu nie można narzucać widzialności właściwej człowiekowi. Czy nie byłoby to bluźnierstwem? A jednak trudno nie dostrzec, że ten widzialny, uczłowieczony Stwórca jest równocześnie Bogiem nieskończonego majestatu. W granicach dostępnych dla widzialnego obrazu powiedziano tutaj wszystko.

Uważna lektura tego niedużego fragmentu homilii pozwala zrozumieć, z jaką uwagą i skupieniem Jan Paweł patrzył na te malowidła i jak swoim tekstem uczy nas obcować z dziełem sztuki.

Kiedy jesteśmy dzisiaj świadkami tak wielu nieporozumień, tak znacznej brutalności ujawniającej się w sztuce, kiedy świadome prowokacje skierowane przeciw znakom i symbolom religijnym uznawane są za normalny i wymagający szacunku przejaw twórczej wolności, pamiętajmy i o tych słowach Jana Pawła II skierowanych do nas w Liście do artystów:

Nawet wówczas gdy artysta zanurza się w najmroczniejszych otchłaniach duszy lub opisuje najbardziej wstrząsające przejawy zła, staje się w pewien sposób wyrazicielem powszechnego oczekiwania na odkupienie.

Pisząc to, nie mam zamiaru usprawiedliwiać wolności twórczej, przejawiającej się niejednokrotnie w brukowym chamstwie. Cytując słowa Papieża, pragnę tylko zwrócić uwagę na rozmiary jego wiedzy i wyobraźni, na to wreszcie, że był on świadom dramatów sztuki współczesnej i najmroczniejszych obszarów zła, w jakim żyje człowiek.

Pontyfikat Jana Pawła II jest już zamkniętym, historycznym rozdziałem w dziejach Kościoła, ale i w dziejach świata. Historia Polski lat 1978–2005 to równoległość dziejów naszych i życia papieża Jana Pawła II.

Sprawdzajmy nieraz, jak ta równoległość (i, co z tym idzie, jego obecność) nam pomogła, od czego nas uchroniła, co pozwoliła zobaczyć w pełnym świetle.

Dotyczy to również sztuki. Sztuki polskiej. W całym jej obszarze: z tym, co trwałe i ważne, ale i tym, co głupie i bezsensowne. Warto to sobie uświadamiać, by nie zagubić sensu twórczości jako poszukiwania prawdy, dobra i piękna.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter