70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Złość

Wspólny wróg jednoczy. Zbiorowa złość daje chwilowe poczucie wspólnoty, bo oto został nazwany wróg, który dybie na wszystkich. Ale tłum jeszcze nie wie, że jednocześnie niszczone jest wszystko, co ze stada czyni zdolne do rozwoju społeczeństwo.

Wokół tyle wzajemnej złości: w rodzinie, w pracy, w polityce, wszędzie. Skąd się ona bierze i czym jest? Co gorsza, złość jest zaraźliwa jak grypa: skoro zostałem zaatakowany, oddam cios komukolwiek – niekoniecznie sprawcy – albo sam będę rozdawał kopniaki na prawo i lewo, kierując się nawet nie żądzą zemsty, ale poziomem adrenaliny. Jak pisze Jonathan Carroll: „Jeśli chodzi o pasję, nic nie zastąpi seksu, ale złość stanowi niezłą namiastkę”. Pewnie dlatego jest tak powszechna i tak łatwo jej ulegamy. Z drugiej strony – „złość piękności szkodzi” – jak słusznie powiada popularne porzekadło, bo nie sposób być ładnym, miłym, a jednocześnie rozzłoszczonym i agresywnym. Trochę głębiej rzecz ujmuje Françoise Sagan, pisząc w jednej ze swoich trochę już dziś zapomnianych powieści: „Głupota nie zawsze czyni złym, złość zawsze czyni głupim”. Zgoda, ale – podobnie jak inne sentencje o złości i złośnikach – nie dotyka istoty sprawy. Czym więc jest złość i skąd bierze się jej wszechobecność? Może utożsamić ją z nienawiścią, co też wielu czyni, bo wtedy tak diagnoza, jak terapia wydaje się prostsza: nienawiść zawsze jest skierowana przeciwko komuś, a bierze się z fałszywych wyobrażeń o innym człowieku: obojętnie, innej rasy, innych poglądów, innego pochodzenia. Wtedy potrzebna jest tolerancja, to jedno z najczęściej używanych i najbardziej lekkomyślnie nadużywanych słów naszych czasów: uczyć tolerancji, prostować fałsz, prowadzić dialog, a krok za krokiem będziemy lepsi i nawzajem życzliwsi. Jest to zbożny i skądinąd słuszny pogląd idący jeszcze od Sokratesa, a dominujący w europejskim Oświeceniu, że zło jest wynikiem niedostatków rozumu i braku wiedzy. Skoro tylko – używając sformułowania Immanuela Kanta – „ludzie wyjdą z niezawinionego dzieciństwa”, zatriumfuje tolerancja i poczciwość powszechna. Bieg dziejów tego jednak nie potwierdza, niestety.

Święta złość 

Co ja się czepiam złości? Przecież można złościć się w słusznej sprawie. Złościli się na swoje niesforne owieczki już starotestamentowi prorocy, a rozgniewany Jahwe nieraz okrutnie karał grzeszników, jak choćby w Sodomie, o potopie nawet nie wspominając. Powiada się przecież o „świętym gniewie”, który sprawiedliwie skierowany przeciw nieprawościom, nie tylko jest za nie karą, ale pozwala innym uświadomić sobie ogrom wszeteczeństwa. Tak zapewne rozzłoszczony był Chrystus, kiedy batogiem wyganiał przekupniów ze świątyni. W świętym gniewie Piotr – pierwszy wśród apostołów – chwycił miecz i zaatakował usiłujących pochwycić Mesjasza pachołków. W świętej złości grzmiał przecież ksiądz Skarga w swych sejmowych kazaniach. Ale czy wolno nam powoływać się na świętą złość ludzi świętych? Inna ich miara, inna nasza – zwykłych i grzesznych. Tak opisuje Aleksander Błok w słynnym poemacie Dwunastu bolszewickich rewolucjonistów opanowujących carską stolicę i atakujących wrogich burżujów: 

Złość, złość gorzka w piersi wzbiera,

Złość co nie zasypia

Święta złość, nienawiść szczera

Dokąd ta rewolucyjna złość zaprowadziła wnuków tamtych bojowników? Dziś plądrują gruzińskie wioski, mordują Czeczenów, wygrażają Polsce. Przecież nie o to chodziło wielkiemu rosyjskiemu poecie, ale naiwność artystów nieraz bywa wprost proporcjonalna do ich talentu. Co uzyskał Piotr? Przecież historia święta i tak się dokonała, a nawet obcięte napastnikowi ucho cudownym sposobem wróciło na swoje miejsce? Złość dodaje ducha i pomnaża siły tylko na wojnie, w każdym innym wypadku obraca się tak przeciwko złośnikowi, jak i jego otoczeniu. „Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą” – apeluje Ewangelia św. Łukasza (6.27). W jednym z mądrych opowiadań z cyklu Dzienników gwiazdowych Stanisława Lema na pewnej planecie wszyscy są niebywale spokojni i nawzajem życzliwi, tylko co pewien czas udają się do „wyszalni”. Zaciekawiony podróżnik początkowo przypuszcza, że to coś w rodzaju toalety albo podobnie wstydliwego miejsca, rychło jednak odkrywa, że to kabina, w której można się wyszaleć, zamawiając kukłę swego wroga, szefa, teściowej bądź niekochanego małżonka i pastwiąc się nad nią do woli. Tak przeróżne kultury wiele uwagi poświęcają okiełznaniu złośliwej bestii tkwiącej w każdym z nas. I nie bez rezultatów: w USA popełnia się pięciokrotnie więcej brutalnych przestępstw niż w Japonii, gdzie normy społeczne nie pozwalają na ujawnianie gniewu. Nie ma świętej i dozwolonej złości, każda – jeśli nawet nie jest wykroczeniem –  jest godna pożałowania. W tej perspektywie złość jest tożsama z gniewem i agresją, jest szybko pojawiającą się i gwałtowną emocją, nad którą należałoby panować, a jeśli się to nie udaje, to przynajmniej ograniczać jej zgubne skutki, zwłaszcza zaś przemoc.

Dla osoby o rozhulanych emocjach, najważniejsza staje się chęć wykazania swojej przewagi, odpłaty za rzeczywistą lub domniemaną krzywdę, rewanżu za cudzą agresję, nawet wtedy gdy jest tylko wyobrażona. Szczerość przestaje być wtedy tożsama z prawdą, a egoizm łatwo wygrywa ze sprawiedliwością. W tej perspektywie dalsze rozważania są zbędne, trzeba tylko poprosić o pomoc praktyczną psychologię, która od dawna zajmuje się sposobami tłumienia i racjonalizowania złości, wypracowując już wiele użytecznych narzędzi pozwalających ograniczyć gniew i agresję.

Ale to wszystko zawodzi wobec złości obecnej w naszym życiu publicznym, w polityce zwłaszcza. To nie jest tak, że jeden polityk napada na drugiego tylko dlatego, że tamten wcześniej nadepnął mu na odcisk. Wchodząc do Sejmu lub studio telewizyjnego, jest już naładowany złością jak bateria prądem; każde odezwanie jest wtedy aktem agresji, każde wystąpienie zmierza nie do przekonania oponenta, ale do jego poniżenia. To nie jest tak, że jeden publicysta opluwa inaczej myślącego, bo rzeczywiście uważa go za durnia albo agenta; to tylko reakcją na cudze istnienie i pisanie jest chęć „przyłożenia” konkurentowi. To nie jest tak, że w złym małżeństwie albo w źle dobranym zespole współpracowników, jedno napada na innego tylko dlatego, że wcześniej zostało zaatakowane. Złość jest tam bezkierunkowa, unosi się w powietrzu, którym wszyscy oddychają i czeka na drobny impuls, aby się wyładować, jak grom podczas burzy. Jest więc nad czym się zastanawiać: złość wcale nie jest tożsama z gniewem, z szewską pasją, z odpłatą za cudzą agresję. Wpadamy w gniew, reagując na zaczepkę, złościmy się na wszystkich wokół bez sensownego powodu.

Według pewnego brytyjskiego socjologa wyzwiska i obelgi stanowią mniej więcej pięć procent rozmów w pracy i dziesięć procent w czasie wolnym. O jakże spokojna jest ta stara, dobra Anglia! Ciekawe byłoby podobne badanie w polskim Sejmie albo w redakcjach.

Niech zdechną Twoje krowy! 

Podobnie nie da się utożsamić złości z nienawiścią. Jeśli złość z gniewem jest bliźniaczym – choć jednak różnym od siebie – rodzeństwem, to pokrewieństwo z nienawiścią okazuje się dalsze i nie proste. Wybuch złości łatwo wziąć za nienawiść i nieraz w gniewie wołamy „nienawidzę cię!”. Ale to tylko zgiełk bitewny; gdy opadnie kurz i ucichną wrzaski, okaże się, że z napadniętym i obsobaczonym łączą nas uczucia pozytywne, a może go nawet na swój sposób kochamy. Gniew i złość przemijają szybko jak wiosenna burza, choć zwykle powrócą po niedługim czasie. Biorą się z bebechów i emocji, ale siedliskiem nienawiści jest umysł. Złość i gniew są szybkie, nienawiść powolna, lecz stała. Złość strzela drobnym śrutem, ale gdy jest cynglem nienawiści, mamy do czynienia z niszczycielską artylerią. Jeśli dwie skłócone partie w parlamencie obrzucają się nawzajem błotem i obwiniają o wszystko, co im tylko ślina na język przyniesie, to jeszcze mamy do czynienia ze złością. Dokuczliwą, odrażającą, nielicującą z godnością osób aspirującym do miana mężów stanu. Ale gdy polityk uważa, że konkurencyjna partia jest w istocie mafią chroniącą działający na szkodę narodu zakonspirowany układ, że jego oponenci są w najlepszym razie głupcami, a najprawdopodobniej agentami wrogich sił, to rozkwita nienawiść, a zamiast drobnego śrutu strzelają armaty, powodując stosowne do swego kalibru szkody.

Skąd bierze się nienawiść? Na początku jest zawsze poczucie krzywdy, najczęściej pozorne. Co zawinił Żyd antysemicie? Co w istocie dzieli dwa nienawidzące się rody prócz tego, że w dalekiej przeszłości i w niejasnych okolicznościach pradziadek zabił pradziadka? Ale zwykle człowiek nie jest zadowolony ze swego losu, ma wiele do zarzucenia Opatrzności, a najczęściej samemu sobie. Wtedy najbardziej użyteczną atrapą jest Wróg, pisany dużą literą. Podstępny, potężny, złowrogi i ukryty. Takiego wroga można obarczyć wszystkimi naszymi niepowodzeniami, taki wróg wciąż knuje na naszą zgubę. Mając takiego wroga, jesteśmy nareszcie czyści, niewinni, choć pokrzywdzeni. Nie mamy sobie nic do zarzucenia, a jedynym możliwym stosunkiem do takiego wroga jest nienawiść, dlatego pieczołowicie pielęgnujemy ją w duszy i uzasadniamy w umyśle. Wiedzieli o tym bolszewicy, wołając „rabuj zrabowane” i budząc świętą złość w opisanych przez Błoka, stumanionych klasową nienawiścią proletariuszach, którzy i tak w ostatecznym rachunku zapłacą za wszystko.

Czy nienawiść zawsze rodzi się z krzywdy? Zwykle tak bywa, choć nieraz krzywda jest urojona lub wyolbrzymiona. Jednak iluż okrutnie pokrzywdzonych – jeśli nawet nie wybacza – to przezwycięża słuszny żal. Nie w każdym skrzywdzonym rodzi się mściwość. Zemsta przecież niczego nie rozwiązuje, jest odpłatą złem za zło, a więc pomnaża  jego masę  w świecie i tak nim po brzegi wypełnionym. Zapewnie złość wcześniej tkwi w człowieku, krzywda jest tylko wyzwalającym ją pretekstem. A więc złość jest cynglem nienawiści nie tylko wtedy, gdy strzela ciężka artyleria zemsty, czystki, wojny lub chociażby przewrotu; jest podatnym gruntem, na którym zapuszcza korzenie zło, aby dopiero po jakimś czasie wydać swoje zatrute i niszczycielskie plony. Rzadko kiedy bowiem nienawiść pozostaje zamknięta w duszy nienawistnika i zżera tylko jego sumienie. Wcześniej czy później znajdzie drogę na zewnątrz, zarażając innych. Indywidualne złości i nienawiści zlewają się w brudną rzekę, która niszczy wszystko na swojej drodze, a przynajmniej oblepia błotem. Wspólnego wroga łatwo jest wskazać, łatwo podburzyć tłum złośników. Wspólny wróg jednoczy. Złość, a tym bardziej nienawiść nigdy nie jest twórcza, ona nie chce niczego budować ani naprawiać, ona chce tylko niszczyć. Poniżyć, rozliczyć, ukarać. Zbiorowa złość daje chwilowe poczucie wspólnoty, bo oto został nazwany wróg, który dybie na wszystkich. Ale tłum jeszcze nie wie, że jednocześnie niszczone jest wszystko, co ze stada czyni zdolne do rozwoju społeczeństwo. Ocknie się poniewczasie.

Młodszą siostrą nienawiści jest zawiść. Nienawidzić można za nic, za przewiny zaprzeszłe i wydumane. Zawiść jest konkretniejsza, bierze się z zazdrości o coś: o powodzenie, bogactwo, mądrość. Ale też prowadzi do nienawiści. Trafna jest nienowa anegdota, w której  pada pytanie o różnicę między amerykańskim farmerem a polskim rolnikiem. Otóż, kiedy stado sąsiada daje więcej mleka, farmer modli się: „Boże spraw, aby moje krowy były jeszcze lepsze!” Rolnik polski inaczej: „Boże spraw, aby jego krowy zdechły!” Wbrew pozorom nie jest to anegdota o wieśniakach ani o różnicach między Polską a USA. Jest to smutna przypowieść o nas wszystkich.

Czy złość jest złem? 

Nie można tego potwierdzić tak prosto. Nie można wymagać anielstwa od nas grzesznych. Emocje targają każdym z nas i zwykle potem tego żałujemy. Z tej perspektywy złość jest najwyżej „małym złem”; uciążliwym i boleśnie kłującym chwastem bytu. Ale wszak przyzwolenie na złość jest też przyzwoleniem na nienawiść. Nienawiść tli się, przygasa, potem wybucha. Może być przekazywana z pokolenia na pokolenie jak w Kosowie albo na Kaukazie, jak antysemityzm w wielu społeczeństwach. Gniew jest tylko zapalnikiem, nienawiść dynamitem. Na taką nienawiść – wyrosłą na glebie spulchnionej przez złość i mającej złość za zapalnik do swych kolejnych wybuchów – nic nie pomoże zbożne gadanie o tolerancji czy wybaczeniu. Dlatego złość jest złem całkiem pokaźnym, a przynajmniej otwiera i mości drogę dla zła.

Rozgrzeszamy się, opowiadając o emocjach, a nawet starając się je rozładować i ograniczyć. Ale zapominamy o tym, że złość bywa innym obliczem pychy. Nie chcę słuchać twoich argumentów, tylko odpowiem ci kopniakiem, bo i tak wiem, żem lepszy i mądrzejszy. Po co mi dialog, kiedy od początku wiadomo, gdzie jest racja. Dialog jest trudny, bo wymaga wyjścia naprzeciw, spokojnego wysłuchania i wnikliwego rozważenia; złość jest łatwa, bo tylko rozdaje kuksańce. Zamiast uwagi wystarcza zniewaga. Taka jest złość w polityce, w Sejmie, w mediach. Inna jej nazwa to pogarda.

Ale jest też złość, która płynie z bezsilności. Skoro nikt nie chciał mnie wysłuchać, skoro wszyscy okazują mi wzgardę, a w najlepszym razie obojętność, to pozostaje mi tylko krzyk. Wykrzykuję obelgi, bo artykułowane zdania i tak nikną w zgiełku świata, albo pogardliwie odrzuci je wasza pewność siebie. Wiem, że nic mi to nie pomoże, ale przynajmniej zostanę zauważony. Wobec takiej złości należałoby się przynajmniej zatrzymać i pomyśleć, ale zwykle brak czasu i ochoty; ot złośnik – mówimy sobie – frustrat i oszołom.

Przecież najczęściej ulegają złości ludzie słabi o rozchwianej tożsamości i niepewni siebie; podatni na pogłoski i chwiejne nastroje. Złość jest mieczem słabych. W takich ludziach rośnie napięcie między pragnieniem bycia kimś, a świadomością własnej małości. Złość skierowana przeciw innemu jest wtedy najprostszym sposobem na zademonstrowanie swej obecności i swego znaczenia w świecie obcym i niezrozumiałym. Wtedy droga do nienawiści, oszczerstwa i odwetu jest otwarta. Złość bezsilnych bardzo łatwo staje się nienawiścią niszczycieli.

Jak chronić się od złości? Stosować setki sposobów, jakie oferuje praktyczna psychologia emocji i pokupne poradniki pod hasłem „jak żyć w zgodzie z ludźmi?”. Szukać pomocy w ćwiczeniach duszy i ciała? Pewnie tak, jeśli mamy dość czasu i potrzebujemy cudzych porad lub przepisów. Ale tym, co najpewniej chroni przed złością jest mądrość; tak wiele i tak mało jednocześnie. Dość trafnie ujął to cytowany już ksiądz Skarga, powiadając, że „mądrość bez prostoty jest chytrością i złością”. Nie całkiem rzecz rozumiał, bo mądrość (jeśli oczywiście nie mylimy jej z przebiegłością) z samej istoty musi być wolna tak od pogardy, jak gniewu. Ma być przepełniona prostotą i rozświetlona pokorą. Ale stary Skarga był zadziwiająco zgodny z myślą Saganki. Mądrość jest pozbawiona złości. Złość zawsze czyni głupim.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata