70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Świat jest piękny, baterflaj

Bryła radia miała lekkość i wdzięk sarkofagu, ale nazywało się „Symfonia”, od góry miało adapter, ponadto magiczne oko, głośnik za drżącym płótnem, po bokach dwie gały do głośności i strojenia oraz biały rząd wielkich klawiszy. Było więc po krowiemu ładne.

Jeśli swoje dzieciństwo widzę dziś jako unurzane w muzyce, to pewnie także za jego sprawą. W epoce przed telewizorem Adamczyków radio musiało chodzić całymi dniami. Skąd indziej brałyby się we mnie wciąż odkrywane i najwyraźniej niewyczerpane pokłady głupawych refrenów i szlagwortów? Idzie mi o coraz częstsze w miarę posuwania się w leciech przypadki, kiedy moja osobista pamięć zaskakuje mnie znajomością kawałka jakiejś zapomnianej przez wszystkich piosenki, i to znajomością zarówno tekstu, jak melodii. Lubię grzebać w muzycznych starociach i kuriozach i miewam takie wieczory, kiedy przesłuchuję kilkadziesiąt starych, zjechanych płyt kupionych gdzieś za grosze. I nakładam na gramofon, powiedzmy, małą płytę Wiktora Zatwarskiego. Piosenka nazywa się A tu żniwa i pochodzi z 1966 roku, a Wiktor Zatwarski na okładce wygląda na zadowolonego, jakby rzeczywiście spędził noc między młockarnią a sąsiekiem, młócąc w karty i popijając gorzałę z zaprzyjaźnionymi cepami. Werble, trąbka, umpa-umpa na gitarce i Wiktor Zatwarski śpiewa: „Po ćwiczeniach trudnych cztery wolne dni, jedzie Jaś na urlop do rodzinnej wsi. Choć w pociągu tłoczno tak, że trudno wejść, ale Jaś zobaczy swoją wieś!”. W 1966 roku to ja miałem, proszę państwa, dwa lata. A teraz zaczyna się refren i moja gęba zaczyna osobliwie wtórować Zatwarskiemu: „Do rodziny Jaś przybywa, a tu żniwa, a tu żniwa, koń złamane łzy wylewa, wszyscy liczą na żołnierza”…

Tak. Mógłbym wystąpić na parafestiwalu w Opolu. Złamane łzy konia to stąd, że piosenka płynie, nie czeka, więc zaskoczonemu samym sobą rozumkowi ludzkiemu zdarza się w takich razach spóźniać o setną część sekundy po odpowiednie słowo, a wtedy wyciąga z kapelusza słowo najbliższe tamtemu prawidłowemu. Na swój sposób lubię to sklerotyczne plateau, kiedy pamięć nieustannie ma na końcu języka słowo, którego nie może dosięgnąć bez podpowiedzi z zewnątrz. Oczywiście w oryginale nie „koń złamane łzy wylewa”, ale „płot złamane kły wyszczerza”. Co tylko potwierdza moją obserwację, że tekst wcale nie jest potrzebny piosence do życia. Zapamiętywałem tamte refreny bez jakiegokolwiek rozumienia i bez potrzeby rozumienia, tak samo, jak teksty przebojów zagranicznych: „Łen dy sanszajn on dy małtaj, endy najtis on dy ran”… Ten przebój pamiętam tak właśnie spisywany ze słuchu do dziewczyńskich śpiewników. Ale w końcu w piosence, której bohaterką była kompania idzienasza, jako dziecko słyszałem też wyraźnie słowa „i choć czoła potambrasza”. I w niczym mi to nie przeszkadzało. Liczy się muzyka. Słowa i ich sens to są może ważne w przypadku piosenek Dylana albo hymnów państwowych.

A może naprawdę jest tak, że mamy dwa rodzaje pamięci, świadomą i nieświadomą. I inaczej zapamiętuje się piosenki świadomie, co u mnie się zaczęło chyba dopiero w wieku szkolnym, a inaczej nieświadomie, kiedy one po prostu mimowiednie wbijają się w pamięć. Jestem przekonany, że gdyby dało się zrachować, powiedzmy, sto moich najwcześniejszych wspomnień, większość z nich stanowiłyby piosenki. Dużo byłoby też zapachów. I ze cztery, pięć wydarzeń. To uboczny efekt nadmiernego rozwinięcia się mózgu człowieka, że z czasem za najważniejsze w życiu uznaje właśnie wydarzenia.

Tak czy siak, potambrasza wydaje mi się i prawdziwsza, i ciekawsza, niż trywialne „pot nam zrasza”. Przypomnę przy okazji, co Gilbert Keith Chesterton napisał w Człowieku ze złotym kluczem: „Naprawdę, rzeczy zapamiętane to te, któreśmy zapomnieli. Idzie mi o to, że kiedy wspomnienie wraca ostro i niespodzianie, rozrywając osłonę niepamięci, przez chwilę widzimy rzeczy takimi, jakimi były naprawdę”.

Wszystko jasne.

Ojciec miał w garażu głośnik na ścianie, który też grał i gadał non stop. Gwoli ścisłości, garaż optymistycznie mienił się garażem całe lata przed kupieniem pierwszego samochodu, kiedy pełnił skromną funkcję przydomowego warsztatu. Ale. Jeśli mówi się, że orwellowska władza wieszała narodowi kołchoźniki nad głową, to muszę zastrzec, że ten głośnik Ojciec sam sobie zainstalował. Chciał wiedzieć, co się dzieje w świecie. Tyle, że nie mógł zmienić programu.

A może cały świat był dawniej bardziej rozśpiewany? Były przecież skowronki nad każdym spłachciem pola na wsi. Dzisiaj, kiedy usłyszę skowronka, to jest to wydarzenie. Na pewno rozśpiewane były moje siostry. Ze szkoły, z kolonii, z kościoła i diabeł wie, skąd jeszcze, znosiły do domu mnóstwo piosenek. Wiele z nich było polskimi wersjami zagranicznych przebojów. Niesłusznie przypisujemy dziś manię takich przeróbek wyłącznie południowym sąsiadom. Mogę dać liczne tego świadectwa, tym chętniej, że kto wie, czy nie jestem już ostatnim, który może ocalić dla potomności te historyczne pozostałości poetyckich wzlotów.

Mam wrażenie, że szkolną piosenkę o listonoszu śpiewało się na melodię Il silentio Nino Rossiego (o, niezapomniana trąbo!). „Dzień dobry, dzień dobry, wi-itam pana. Czy niesie pan w torbie li-isty dla nas?”. Na pewno był też polski odpowiednik Ob-la-di, ob-la-da, z którego pamiętam tylko dwa strzępki: „Tyłem nie wycofuj się jak rak” i „Ob-la-di, ob-la-da, dobra nasza, śpiewa, kto umie, kto chce”. Za to z The Night Chicago Died utrwalił mi się cały refren: „Wciąż słyszę matek płacz w tę noc, gdy szalał po Chicago ga-a-ang, Al Capone miastu wyrok dał, Al Capone miasto zgładzić chciał, szalał gang”. It Never Rains In Southern California? Proszę bardzo: „Nigdy ponoć deszcz nie pada w Kalifornii, to banany lecą z nieba tak jak deszcz, ludzie złote mają serca, rzeki mlekiem płyną…”. Hello A duetu Mouth & MacNeal? „Kto szuka, ten znajdzie szczęście swe, kto ufa, nie może zawieść się, a umba umba umba, a umba umba umba, umba umba umba umba jee”. A Goodbye Sam, Hello Samantha Cliffa Richarda szło po naszemu tak: „Bywaj Sam, żegnaj Samanto, żegnaj Sam, bywaj Samanto, jutro wróć, jutro pamiętaj, jutro rzuć inne dziewczęta!”. No i oczywiście ktoś układał polskie słowa do niezliczonych przebojów Abby: „Waterloo, w uczuć potęgę uderzył grom” czy „Hany hany, mówił do mnie, o-o, hany hany, hany kocham nieprzytomnie, o-o, hany hany”…

Gdyby ktoś nie wierzył, że takie „covery” tworzono również w łonie Kościoła, to donoszę, że własną buzią wykonywałem wespół z rówieśnym chórem wersję Delilah, jaką ułożono w naszej parafii w dniach uroczystej odnowy ślubów małżeńskich, którą to odnowę ktoś tam z jakiegoś powodu wymyślił. Nie była to ta wersja, którą wykonywał Janusz Gniatkowski, o nie. Była zupełnie inna i trochę częściej niż tamta gubiła i odnajdywała metrum: „Już wiele lat temu ty jej, a ty jemu składa… Liście przysięgę. Przed Pana ołtarzem klęczeliście razem w bieli, coś tam coś”… I potem, uwaga: „Łaską swą wzmocnij to wszystko, co słabe, co nędzne, żałosne jest. Maamo naaasza mamo, nasz kochaaany tato”…

A potem moje siostry dorastały i było mi dane słuchać znanych przebojów w wersjach zupełnie już nieoficjalnych, nie zapisanych na żadnym nośniku, których jedynym nosicielem był lud. „Wiem, wiem, że w Ćmielowie byłaś, wiem, wiem, że się tam skurwiłaś…” To na melodię Viens, viens Marie Laforet. Una paloma blanca  jako „O, napalona Blanka” pojawiła się znacznie, znacznie później.

Radio miało od góry adapter i można było na nim słuchać płyt i pocztówek dźwiękowych. Właśnie na pocztówkach wydawano te przeróbki, których daremnie dziś szukać na kompaktowych wznowieniach „złotych przebojów” i „platynowych kolekcji”. Taka takata, którą wylansował chyba Joe Dassin, narodziła się nad Wisłą na nowo jako Taka taka piękna noc Framerów: „Do tańca rwie nas rytm, ty ciągle nie umiesz tańczyć”. To samo z całkowicie innymi słowami śpiewały „Alibabki” czy jakieś inne „Filipinki”: „Wszyscy mówili, że z dziewczyny tej nic nie będzie, a okazało się, że bardzo każdy był w błędzie”. Ale istniała też wersja przywleczona z podstawówki, najwyraźniej z jakiejś akademii kończącej rok szkolny, ze słowami „skończyli osiem klas i muszą żegnać swą szkołę”. Nuciło się jakiś misz-masz tych trzech egzemplarzy, zupełnie nie dbając o zborność przekazu słownego. Daniel Kłosek, ten od strzelców podhalańskich śpiewał Mummy Blue, i tego też nie znajdziecie dziś na żadnej płycie: „O mamo, o mamo, wołam, wróć, o mamo, wróć. Że nie odeszłaś, przecież wiem, mamo, że zabrał ciebie tylko sen, o mamo…”. A młoda Sipińska śpiewała: „Baterflaj, o baterflaj, świat jest piękny baterflaj, baterflaj, o baterflaj, chwytaj szczęście, póki jeszcze trwa”.

Matka sprezentowała mi na imieniny pocztówkę, na której Jimmy Osmond śpiewał Longhaired Lover from Liverpool. Jeszcze mam w oczach zielonawy deseń tej pocztówki. Potem „Gawęda” przerobiła piosenkę o długowłosym kochanku na hymn ku czci starszego brata – „Gdy człowiek jeszcze ma niedużo lat, to bardzo ciężki człowieka los…”. Moje siostry kochały się w Donnym Osmondzie, a ja nie zakochałem się w Marie Osmond wyłącznie dlatego, że byłem jeszcze za mały. Teraz myślę, że „Osiem sióstr Knapik” śpiewających na pocztówkach pseudoludowe szlagiery to musiała być nasza socjalistyczna odpowiedź na imperialistyczne nostalgie braci Osmond i pięciogłową murzyńską hydrę bractwa Jacksonów. Ale ja nigdy wcześniej i nigdy później nie dostałem od Mamy niczego równie pięknego, jak tamta piosenka w tamtych dniach.

Idole moich rodziców? Na pewno do najchętniej przez nich słuchanych wykonawców należeli Santor i Połomski, wszyscy ci ówcześni gwiazdorzy, których nazwiska do dziś są dla mnie synonimiczne z najpodlejszą degeneracją kultury (wyobrażacie sobie tę terminologię? „Foggizacja rynku muzycznego”, „santoryzacja sztuki narodowej”, „pełzająca połomszczyzna”…). Ale to nie byli prawdziwi idole, nie stanowili dla moich rodziców wzorów do naśladowania, tylko co najwyżej wzorce ładnego śpiewania, które ustępujące pokolenie wyciągało ze zbutwiałych pończoch, kiedy trzeba się było przeciwstawić strasznemu bigbitowi i jeszcze straszniejszemu Niemenowi. Zachwyt w oczach Ojca to w ogóle widziałem niemal wyłącznie wtedy, kiedy oglądał skrzynię biegów stara 25 od środka albo nową wiertarkę udarową. Lecz pojawiał się też ten zachwyt na przykład przy okazji wielu ról Kobuszewskiego, a największy, kiedy Kobuszewski zapowiadał „Dobranoc dla dorosłych”. Jednak prawdziwym idolem taty był, jak mi się wydaje, Marianek Szyguła z serialu Droga. Absolutnie. Życie w Drodze to było to, co go pociągało. Uciekają rzędy drzew, twarz mi chłodzi wiatru wiew, świat uśmiecha się, psiakrew, bałamutnie! Ale przecież nie chodziło, broń Boże, o jakąś całkowitą swobodę, jakiś chory nomadyzm, nie. Życie w Drodze w granicach prawa. Człowiek musi zachowywać się jak człowiek, owszem, jego życie może się dokonywać w podróży, ale pod warunkiem, że ktoś mu za to płaci, że człowiek nie jeździ bez sensu, ale w jakimś celu… Marianek jeździł ciężarówkami i autobusami jako kierowca PKS-u. Ojciec tak samo. Marianek był uczynny i uczciwy, ale nie dawał sobie w kaszę pluć. Ojciec też. Może z wyjątkiem tej kaszy, bo to różnie w życiu bywa. Marianek dawał sobie radę w każdej sytuacji. Ojciec też by tak chciał, tylko że jemu scenariusz pisało życie, nie Andrzej Mularczyk. Marian Szyguła superstar. I jeszcze Czterdziestolatka Ojciec lubił, ale Czterdziestolatka lubiliśmy wszyscy.

Moje czcigodne siostry zaprzeczają temu, ale coś mi świta, że Mama przepadała za Danutą Rinn. Bo to taka przebojowa kobitka przy kości była. Przykro mi to mówić, lecz nie mogę też pozbyć się wrażenia, że Mamie podobał się, niestety, Paulos Raptis. Byliśmy na jakimś koncercie w ZDK-u i potem, jak dzieliliśmy się wrażeniami i doznaniami artystycznymi, było w jej głosie coś takiego, kiedy mówiła: „A ten Raptis”… Kiedy przypomni mi się, że Ojciec po pijanemu miewał do niej żal za rzekome przyjmowanie rzekomych awansów kierownika mleczarni, niejakiego Grzesika, to myślę, że może było coś na rzeczy? Może ulubionym typem mojej Matki był przygruby kurdupel dysponujący odrobiną władzy? W tamtych czasach i takie rzeczy nie były niemożliwe. Oczywiście bardzo przepraszam wszystkich panów słusznej postury i średniego wzrostu, ale czasem wydaje mi się, że właśnie oni ucieleśniają dwa ambiwalentne typy męskości, których fuzja może być niezwykle pociągająca dla kobiet o wyrafinowanym guście. Celowo użyłem słów „ambiwalentne” oraz „fuzja”, żeby moja Mama, gdyby kiedyś życzliwi podsunęli jej tę opowieść, pogubiła się tutaj i do reszty straciła orientację, o co chodzi. I żeby całkiem zakończyć ten temat dodam jedno: niech się Paulos Raptis cieszy, że na swej Drodze życiowej nie spotkał się oko w oko z Marianem Szygułą.

Bilety do Zakładowego Domu Kultury przy Hucie im. Nowotki, czyli zetdeku, rozdawali raz na parę miesięcy w zakładach pracy, m. in. w mleczarni. Tym prostym sposobem mieliśmy zapewniony dostęp do kultury, a artyści widownię. Zetdek miał w sobie coś takiego, że człowiek popadał tam w nastroje romantycznej zadumy i kochliwości. To chyba aura sztuki tak oddziałuje na duszę. Nawet jeśli na estradzie bardzo śmieszna Gdańska Kapela Podwórkowa prezentowała Tango z gwoździem w bucie, to ja się wzruszałem. Moje siostry odkochały się w Osmondzie, a zakochały się w jakimś Cyganie z zespołu Roma. Było to tym łatwiejsze, że widziały go na żywo, a po występie można było nabyć jego zdjęcie. Jak miał na imię, nie pamiętam. Zetdek pełnił też funkcję kina „Hutnik”, więc kiedy poszliśmy na W pustyni i w puszczy, moje siostry zakochały się w Tomku Mędrzaku, a ja w Monice Rosca. Film był tak dobry, że potem przez dobrych kilka miesięcy w nikim się nie zakochaliśmy. Ale to „potem” to już są lata bardzo siedemdziesiąte, dziewczęta zaczynają chodzić na koturnach, chłopaki szeleszczą dzwonami, Jean Francois Maurice produkuje kolejne gainsbourgowskie przeboje złożone z kobiecych sapań i męskich pomruków, a pod koniec przylatuje do nas, do „Studia 2”, Abba. Deyna nie strzela karnego Argentynie i zbliżają się lata osiemdziesiąte, słychać już tylko echo dawnych trąb i moje dzieciństwo definitywnie się kończy, choć miało nie skończyć się nigdy. A potem następuje il silentio, cisza.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata