70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Wyobrażam sobie tylko jeden rodzaj podróży w przeszłość, który byłby radosny: podróż wdzięczności tym, co pomogli przetrwać, wiedzieć, dążyć, być pewnym swojej tożsamości i wolnym od pogardy. Nie dać się dotknąć pogardzie i jej nie praktykować.

W październiku, miesiącu, w którym ten tekst znajdzie się w druku, Powstanie Warszawskie rozpoczęło swój drugi byt: stało się tematem refleksji – po dwóch klęskach: po niepowodzeniu wojskowym i niepowodzeniu zamysłów politycznych. Nie poniosło klęski socjologicznej. Jak widać choćby w filmie “Powstanie zwykłych ludzi”, nie nastąpiło oderwanie kombatantów od ludności. Żal i gniew nie skierowały się przeciw nim. I nie przeciw londyńskim władzom (to postawiła sobie za cel propaganda w rękach tych, co stali za Wisłą).

Miałam prawo znaleźć się wśród “zwykłych ludzi” we wspomnianym filmie – byłam w czasie Powstania dzieckiem pozbawionym własnego świata, żyjącym bardzo blisko dorosłych. Pytałam o to samo, co dorośli. Nie akceptowałam tych, co kwestionowali sens i prawo do Powstania. Czuję pewien fałsz w oficjalnie promowanej edukacyjnej eksploatacji Powstania. Nie sądzę, by taki fałsz był nieunikniony; nie uważam, by bliższe rzeczywistości interpretacje były niedostępne dla osób, które teraz zaczynają poznawać historię i tworzą kolejny rozdział. Kilka uwag o procesie edukacji.

Nie wydaje mi się konieczne, by dzieci dowiadywały się o Powstaniu przez gry i zabawy na jego temat. Takie przedsięwzięcia nie mogą zastąpić przekazu rodzinnego, który nazbyt często bywał przerywany przez  milczenie, podobne do innych, wcześniejszych wielkich milczeń o sprawach niebezpiecznych. Takie milczenie po roku 1863 pokazał Żeromski w “Syzyfowych pracach”. Zrozumienia na przykład tej książki – we właściwym, dość późnym czasie – nie zastąpią żadne gry, zabawy i wizualizacje.

W przekazie rzeczywiście rodzinnym działa szczególna hermeneutyka; opowieść o przeszłości jest oprawiona w realne doświadczenie tego, kim jest teraz ów opowiadający, widziany bezpośrednio. To nadaje bliskość, ale i dystans. Rzeczywiste opowieści własnego rodzonego dziadka inaczej są słuchane niż to, co płynie z ekranu lub z ust specjalnie zaproszonego świadka historii. Opowieści rodzinne mają swoją wiarygodność, ale pozwalają też wątpić, każą szukać wiedzy szerszej.

Istotny dla przyszłości podkład, podglebie postaw powstaje w samorzutnym powolnym i ambiwalentnym procesie tradycji. Udział w nim nie wszystkim jest dany. Trudno. Nie da się tego zastąpić nawet najlepiej zorganizowaną dydaktyką. Ludzie mają różne rodziny i wynoszą z nich różne doświadczenia. Ta różnorodność jest bogactwem populacji. Później, już u progu dorosłości, ludzie potrafią udostępniać sobie nawzajem różne doświadczenia, najskuteczniej przez sztukę i w kontakcie z nią. Unikałabym natomiast wciągania w to dzieci. Zbyt wiele można im narzucić z wielką siłą niemal na zawsze, bo są dość bezbronne. W obcowaniu z dziećmi pokusa uproszczeń, także tych groźnych, jest ogromna. A czy dorastając potrafią one pozbyć się tego, co im wbito lub wsączono do głowy?

Przykładem mylącego uproszczenia jest akcent na decyzji “pójść – czy nie pójść do Powstania”. Na pewno były także osoby podejmujące tego rodzaju decyzję 1 sierpnia, ale nie mogli to być żołnierze Armii Krajowej. Ich decyzja zapadła o wiele wcześniej, w innym kontekście: być żołnierzem podziemnej armii polskiej – czy przeżywać okupację jako osoba cywilna, nieraz włączona w konspirację w innym charakterze, lub unikająca styku z walką przeciw niemieckiemu okupantowi. Dla żołnierza AK w Warszawie pójść czy nie pójść to była kwestia wierności czy dezercji, zdrady. Właściwie mówienie o “zrywie powstańczym” też jest nieścisłe. W swym zasadniczym zrębie Powstanie było realizacją planu, podjęciem akcji, do której zmierzała konspiracja wojskowa. Czy to nie dziwne, że trzeba podkreślać i przypominać okoliczność doskonale znaną?

To poza AK były dylematy; osobiście jestem świadkiem, jak przeciw swemu udziałowi decydował sąsiad, młody zwolennik orientacji endeckiej. Jeszcze czuję smak swojej dziecinnej pogardy dla jego argumentów i przewidywań. Mentalność prawicowa nie kojarzy się z insurekcyjnością.

*

Szansa ciągłości kultury i pamięci leży w krytycznym uprawianiu nauk historycznych, wszechstronnie źródłowych. W ogóle dobrze byłoby, gdyby szersze społeczeństwo, złożone z ludzi w różnym wieku, lepiej zdawało sobie sprawę, jak rozwija się poznanie naukowe, a zwłaszcza z faktu, że osiągnięcia poznawcze zawsze są otwarte, bywają potwierdzane, lecz nigdy nie definitywnie. Dorastając do poznania naukowego, w tym przypadku z zakresu historii prawie-najnowszej, nie dowiadujemy się “Prawdy” o Powstaniu, choć możemy rozpoznać niektóre kłamstwa. Osiągniemy postęp w zadawaniu pytań, lepsze przybliżenie, które pozwoli pytać dalej. Poznając wyniki badań historyków dowiemy się też więcej niż mógł wiedzieć dziadek uwikłany w wir wydarzeń i własne emocje.

Wreszcie – ważne jest, by jak najwięcej osób, także młodych, wiedziało z własnego doświadczenia, że świadectwo “własnych oczu i uszu” może być mylne. Widząc i słysząc interpretujemy, nazywamy, określamy to, co widzimy i słyszymy. Już tak wcześnie w samo doświadczenie może wciskać się błąd poznawczy, który się dalej rozrasta.

Interpretacja zeznań, zwłaszcza odległych wspomnień, musi być bardzo ostrożna. A dokumenty? Tak samo. Dokumenty też powstawały kiedyś na ogół w oparciu o wybiórczą pamięć i jako funkcja celu ich tworzenia. Człowiek poznający i dokumentujący nie jest panem rzeczywistości, nie jest demiurgiem, lecz ledwie się wyodrębniającą cząstką rzeczywistości. Czy było jedno Powstanie, którego jesteśmy ciekawi? Czy było ich naprawdę wiele, może aż tyle, co odbić wydarzeń w lustrach świadomości? Jeśli tak, to ja mam też swoje Powstanie, jeszcze nie do końca opowiedziane, choć próbowałam.

*

Tak naprawdę to myślę, że Powstanie było rzeczą żołnierską i rzeczą miasta, mieszkańców, którzy uczestniczyli w nim przez solidarność z kombatantami, zwyciężającą w tak wielu sytuacjach konfliktowych. Jej objawem było radzenie sobie, podczas gdy oni walczą, a zwłaszcza osiągana nieraz wysoka miara pomocy wzajemnej – na przykład ratowaniu życia osieroconych niemowląt, w ogóle małych dzieci, które nie przeżyłyby bez tego.

W warunkach, gdy nie powiedzenie NIE wymaga bohaterskiej decyzji, do Powstania szli – czy z Powstaniem szli – niezliczeni zwykli mieszkańcy Warszawy – nie walczyli, nie mając broni – ale nie opuszczali swego miasta dobrowolnie.

Wiedząc o tym, pamiętając wszystkożerny ogień, dławię się wstydem i wstrętem, obserwując dyskontowanie hekatomby miasta na rzecz którejkolwiek z dzisiejszych grup u władzy czy do władzy prącej. Dość tego, cicho!

Przestańcie mącić w głowach tym, co nie mogą pamiętać, bo za młodzi albo za starzy, by odróżnić to co pamiętają od tego, co jest im wmawiane.

PRL

Pierwsze pytanie: dlaczego ten skrót działa już jako samodzielny rzeczownik i to rodzaju męskiego? “Pe-er-el”, ten PRL, jak ten system, ten reżim, ten koszmar?

Rzeczpospolitą z przymiotnikiem “ludowa” wyłączamy z historycznej wyliczanki “Pierwsza R.”, “Druga” – i “Trzecia”, już po upadku tego PRL, czegoś, co się nie mieści w szeregu, co jest jak tandetny sztuczny ząb, jak drewniany kołek w marmurowej balustradzie.

Któryś z komentatorów przytoczył pytanie małej córeczki: ”Czy wtedy naprawdę wszystko było czarno-białe?” Ku tej myśli przywiodło ją oglądanie kroniki filmowej z czasów PRL.

Warto się nad tym zastanowić. Pierwsza refleksja: oczywiście było nie czarno-białe, lecz szare, przybrudzone, zdominowane jednym tonem, jak widzenie w okresie narastania katarakty. Na tym tle – co się trafiło kolorowego, było widoczne, jak skarpetki ówczesnego dandysa, jak go tam zwano bikiniarza czy przedstawiciela bananowej młodzieży. Jednostajność? Niby tak, ale przerywana przez coś, co się od niej odcinało, przez małe zwycięstwa nad sztampą, coś z zagranicy, coś ładnie zaprojektowane np. z Hoflandu.

Oczywiście cały PRL jako taki nie istniał nigdy. Trzeba dzielić go na “archaiczny”, wczesny, średni, późny… Ktoś to już na pewno opisał, ale kusi mnie dorzucenie moich spostrzeżeń. Moja wnuczka może być szczęśliwa nic o tym nie wiedząc. Chociaż o strefach szarości w życiu i także teraz na świecie powinna wiedzieć.

Czarno-białe zdjęcia. Teraz tez są niekiedy wybierane dla swej urody, aby unikać kiczu kolorków, aby odciąć się od jednostajnej kolorowości. Czarno-białe fotografie są wspaniale barwione przez rozpoznający je umysł. Na ten proces trzeba zarezerwować przestrzeń brunatną, sepiową lub wypełnioną miękką szarością czy kontrastami bieli i czerni.

W PRL można było tanio nabywać przeźrocza NRD-owskiej firmy ORWO. Dopiero teraz zaczynają tracić bajeczne kolory, podczas gdy Kodaki trzymają się jakby lepiej.

*

Barwa PRL dla mnie: zbrunatniałe białe T-shirty prane w kiepskim proszku razem z kolorami. Coś naprawdę białego? Tylko nowe, prezent z Zachodu albo tryumfalny nabytek, możliwy dzięki czujności, że gdzieś się coś pojawiło.

*

PRL – nic specjalnego. Tylko wyjątkowe okoliczności (podróż na Zachód) sprawiały, że się czuło, że w TYM żyjemy. Że jest to jednak świat szczególny, w którym występują inne procedury niż TAM.

Czy nam się podobał, czy nie mógł podobać, tu był to jedyny świat, taki właśnie. Nie wybraliśmy go. Wielu nie pamiętało innego. Coraz było takich więcej. Tu był też nasz dom, tu było życie, w którym nauczyliśmy się obracać. Tu liczyły się tutejsze pieniądze i tutejsze kwalifikacje. Tu umieliśmy się zorientować. TAM, czyli na Zachodzie, ten, komu się udało, bał się zasadzek, naiwnych wpadek, wszelkich wydatków, nawet na rzeczy najprostsze i konieczne, bo w przeliczeniu te wydatki zaraz stawały się astronomiczne. TAM przeważnie bywaliśmy na łasce zapraszających, tamtejszych krewnych czy partnerów w tym, co mogło łączyć. Pamiętam, jak wracając od Ojca w Anglii przez Berlin Wschodni, czułam się tam od razu inaczej, jak u siebie, bo w tym Berlinie liczyły się, choć [okrężnie??], moje prl-owskie pieniądze. Przecinająca Niemcy kurtyna była granicą światów. Będąc na Zachodzie nie tęskniłam do PRL, tylko do swojskości, do wygody bycia u siebie, do uwolnienia od napięcia towarzyszącego korzystaniu z pobytu TAM, pobytu, który tak łatwo może się okazać niepowtarzalnym doświadczeniem, bo ja już nigdy więcej TAM nie będę.

*

Opowiem tu dawno ułożoną przypowieść o PRL, chyba dotąd nigdzie nie zapisaną, choć nie jestem pewna, bo jak wiele osób w moim wieku, zaczęłam nieświadomie powtarzać swoje historyjki.

Przyjechali do nas kiedyś – oczywiście za PRLu – pewni Francuzi wymowni. Głęboko patrząc nam w oczy zapytali, czy też, jak oni, wybraliśmy socjalizm> Opowiedziałam im wtedy bajkę: “Pewnego razu żabki drzewne, żyjące wśród zielonych liści, postanowiły odbyć podróż studyjną do pobliskiego stawu. Śmiało pluchnęły w jego toń i tam spotkały miejscowe żaby, zajęte składaniem skrzeku i łowieniem larw komarów. ‘Ach, drogie koleżanki – wykrzyknęły żabki drzewne – wy też wybrałyście pływanie!’ Żaby wodne, lekko skonsternowane, odpowiedziały po chwili: ‘Nasz staw mocno śmierdzi’. Dla uczestniczek podróży studyjnej było to dziwne…”

Tak, PRL nie był naszym światem z wyboru. Był tym, w którym byliśmy zajęci życiem, wszystkim, co się na nie składa, na ogół bez ostrej ustawicznej świadomości, jak bardzo ten świat jest uszkodzony i my w nim.

Podróż studyjna w tę przeszłość nie jest pustym przedsięwzięciem dla tych, co nigdy tam nie byli. A nawet ci, co jak najbardziej byli w PRL, zapuszczając się dziś na ten teren nieraz zachowują się jak zabłąkani turyści. Jakby zapomnieli ścieżek, które sami wydeptywali, utracili dawną perspektywę, teraz patrzą na to, co było, pod zupełnie innym kątem.

Nieraz jest tak, że podczas podróży studyjnej w przeszłość usiłuje się ją zmienić, poprzestawiać to, co się na nią składa. Jedni przestawiają tak, drudzy inaczej. I kłócą się o to, czy było tak jak chcą jedni, czy raczej tak jak to przedstawiają drudzy.

Wyobrażam sobie tylko jeden rodzaj podróży w przeszłość, który byłby radosny: podróż wdzięczności tym, co pomogli przetrwać, wiedzieć, dążyć, być pewnym swojej tożsamości i wolnym od pogardy. Nie dać się dotknąć pogardzie i jej nie praktykować.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata