70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Warszawska Masada

Wszystkim urodzonym grubo po wojnie, którzy z najróżniejszych i wartych osobnej analizy powodów zajmują się historią Zagłady, grożą dziś trzy niebezpieczeństwa: sentymentalizm (a więc i banalizacja), abstrakcja i – co być może najbardziej niebezpieczne – rutyna.

Przekonałam się o tym przed kilku laty na własnej skórze, oglądając w krakowskiej Galerii Starmach wideoinstalację Mirosława Bałki. Ten wielki klasyk polskiej „sztuki pamięci” podczas zimowej wizyty w Auschwitz-Birkenau sfotografował sarny szukające w śniegu czegoś, co nadawałoby się do zjedzenia. Estetyczna, statyczna metafora tego, co w żadnym wypadku estetyczne być nie mogło, czy też coś więcej: swoiste memento?

Chyba to drugie, Mam to memento w głowie, ilekroć przyjeżdżam do Oświęcimia, Majdanka czy Bełżca z kolejną grupą Niemców, Francuzów, a nawet Izraelczyków. Zdarzyło mi się bowiem, i to nie raz, spacerować wśród rozkwitających zielenią i słońcem brzóz Birkenau, mijając rowerzystów skracających sobie tamtędy drogę do sklepu lub pracy. Pełna radości i zadowolenia, niemal nie pamiętałam, co przed kilkudziesięciu laty wydarzyło się w tym miejscu. Ważniejsze były spokój, wiosna, a zarazem wypracowany dystans moich – bądź co bądź profesjonalnych – wizyt w miejscach pamięci. Niemal „kurort-Auschwitz” (to cytat z pilota, który do obozu przyjeżdża z turystami kilka razy w tygodniu). „Kurort” dość popularny, sądząc po reklamach w folderach agencji turystycznych, liczbie autokarów na placyku przed wieżyczkami strażniczymi Birkenau, a także po frekwencji w (niezbędnej) restauracji przylegającej do parkingu przy Stammlager I.

To samo dotyczy lektury. Nie wiem, ile setek świadectw holokaustowych przeczytałam w ostatnich dwudziestu latach. Co gorsza, nie pamiętam, w którym momencie uznałam je za naturalną psychoterapię autorów i kiedy zaczęłam czytać je „zawodowo” – trochę jak rebus lub krzyżówkę – beznamiętnie skupiając się na nowych, intrygujących, godnych zapamiętania szczegółach. Tak, zajmowanie się Zagładą, z gruntu szlachetne, może mieć dziś formę zepsutą, zdeprawowaną – bo wyabstrahowaną i przemysłową, co w kontekście Zagłady ma szczególnie paradoksalne znaczenie. To moje własne, wstydliwe doświadczenie.

Lecz nagle pojawiła się książka, po którą początkowo sięgnęłam przede wszystkim z zawodowego obowiązku – jako po kolejne (które to już?) świadectwo z getta. Nieoczekiwanie niewielki, kratkowany zeszyt, znaleziony przed laty na Majdanku i w całości opublikowany dopiero niedawno przez wydawnictwo „Homini”, okazał się dla mnie powrotem do początku: przerażającym zdumieniem a zarazem rzeczowym zapisem grozy, krzykiem pytania o sens istnienia, a zarazem matematycznym katalogiem konieczności. I oto zdałam sobie sprawę z wagi faktu, że czytam – ze strony na stronę coraz bardziej bezwzględny i świadomy Końca Świata –  pamiętnik umierania autorki.

Nie znamy jej nazwiska. Musi nam wystarczyć imię, mickiewiczowskie: Maryla. Nie wiemy, ile miała lat (można jednak przypuszczać, że była młodą, najpewniej bezdzietną mężatką). Nie wiemy, czy przed wojną bliższe jej były idee syjonistyczne, czy asymilacyjne (z socjalistycznym, jidyszowym Bundem raczej nie miała wiele wspólnego). Wiemy, że w warszawskim getcie udało jej się przetrwać kolejne wywózki i że pracowała w szopach Többensa. Prawdopodobnie należała do polsko-żydowskiej inteligencji. Świadczy o tym choćby tylko jej wyrafinowana polszczyzna, równe kaligraficzne pismo relacji pisanej w kwietniu 1943 roku, staranne przekreślenia i dopiski, które nie muszą poprawiać ani ortografii, ani stylu, lecz podkreślają jedynie literackość rzeczowego, szczerego do krwi i kości opisu. Wydawcom należy podziękować za to, że zdecydowali się na „podwójność” tej książki: tekstowi drukowanemu równolegle towarzyszą faksymile kartek zeszytu – w pewnym momencie czytelnik rezygnuje z wygody, starając się odcyfrować kolejne zdania w ich oryginalnej formie graficznej. W tej lekturze ma to znaczenie.

Pamiętnikarski zapis determinuje ważna granica, którą wyznacza wybuch powstania w getcie, doświadczanego w sposób niebojowy: jako lęk i domysł, budowany niemal wyłącznie głuchymi dźwiękami dochodzącymi do piwnicznego bunkra wypełnionego ciżbą ludzką, w którym autorka ukrywa się wraz z innymi, ściśniętymi, coraz bardziej wrogimi sobie nawzajem cywilami:

Nie mając żadnego łącznika ze światem zewnętrznym, bo nikt nie ośmieliłby się przecież wyjrzeć, musieliśmy odtwarzać sobie rozgrywający się obłęd na podstawie docierającej do nas symfonii dźwięków. (…) I już słyszymy raz po raz strzały artyleryjskie, odgłosy rzucanych granatów, terkot karabinu maszynowego i ciągle jakieś dziwne odgłosy przypominające grzmoty podczas burzy letniej, to oddalające się od nas, to znów zbliżające się z zadziwiającą szybkością. Już nie ulega żadnej kwestji, że akcja toczy się na naszym terenie i że Niemcy chcą nas tym razem dosłownie zmieść z powierzchni ziemi

W pewnym momencie któryś z mieszkańców próbuje nawet wyjść na górę, ale wycofuje się, zobaczywszy wszechobecne trupy dzieci. Zresztą, na samym początku powstania, nie wiadomo było jeszcze, czy można zaufać bojowcom, nie wiadomo było, które wiadomości pochodzą od „partii”, które od prowokatorów współpracujących z nazistami, a które od zwykłych, gettowych rabusiów. Dopiero później stało się jasne, że „getto powstało, kilkuset zaledwie uzbrojonych w rewolwery mężczyzn stanęło do walki z oprawcą, stanęło w obronie resztek honoru człowieka”.

Drugą część zapisków Maryli charakteryzuje uniesienie – w odróżnieniu od części wcześniejszej, w której wyczuwa się apatię, bierność, ciężar matowych dni wydłużających się w nieskończoność:

Adaś dotychczas szalał, denerwował się (…), samo słowo »akcja« (…) zmieniało mu twarz w maskę przerażenia, obecnie dobija mnie swym spokojem. Słuchaj, pytam, cóż ci się nagle stało, że reagujesz tak inaczej? Czemu się dziwisz. Odpowiada. To rezygnacja

– czytamy fragment poświecony najprawdopodobniej mężowi autorki. O gwałtownej zmianie tonu w większym chyba stopniu niż fakt, że warszawscy Żydzi chwycili za broń zadecydowało proste, osobiste odkrycie, że oto „dokonało się”: wszelkie nadzieje, takie jak nazistowski obóz we francuskim Vittel, w którym podobno miało być nie najgorzej, okazały się mrzonkami; pozostała tylko śmierć – świadomość, że miejsce ukrycia, ucieczki stanie się grobem.

Wobec tej pewności własnego losu najbardziej wstrząsającym fragmentem jest zapis próby samobójstwa autorki, udaremnionego przez towarzysza z bunkra:

Panika robi swoje, rozdygotana wyobraźnia już widzi wkraczających zbirów, lęk dławi gardło i zamienia serce w jakiś galopem puszczany oszalały motor. Zalewają mnie na przemian fale ciepłego i zimnego potu, czuję, że coraz trudniej chwycić mi powietrze, czuję, że napięcie nerwów przeszło u mnie swój kryzys i sięgam po swój luminal. Biorę kilka pastylek, gdy ktoś wytrąca mi go z ręki, jestem wściekła, rzucam dzikie słowa przekleństwa, na miły Bóg, już lepiej stracić życie niż zwarjować.

To jedna z ostatnich stron pamiętnika, który urywa się chwilę później, w momencie, kiedy nad głowami ukrywających się ludzi rozlega się odgłos kroków; chcą wierzyć, że walki już się skończyły, że pojawiła się „Werterfassung”, zbierająca mienie pożydowskie. Co było potem? Najprawdopodobniej do schronu wpadli oprawcy. Najpewniej Maryli nie zabili na miejscu – zginęła dopiero na Majdanku; nie wiadomo kiedy – jako osoba młoda, zdolna do pracy, miała szansę przeżyć dla dobra „Wielkiej Rzeszy” jeszcze kilka tygodni. Ale możliwe jest także alternatywne zakończenie: zeszyty mógł przemycić do obozu zagłady jeszcze bardziej anonimowy świadek śmierci Maryli. Czy autorka pamiętnika zdążyła pomyśleć przed śmiercią o sąsiedzie z bunkra, który wytrącił jej z ręki pigułki luminalu? A jeśli tak, co poczuła: wściekłość czy wdzięczność?

Oczywisty – w ten lub inny sposób – finał historii pojedynczego życia autorki każe postawić pytanie arcyważne: o gest nieznanego towarzysza z bunkra, który odbiera kobiecie narzędzie samobójstwa. Dla mnie to najważniejsze świadectwo całej relacji. Nie potrafię i nie mam prawa go komentować. Bo nie chodziło w nim chyba ani o cień nadziei, ani o zbawienie. Lecz może w tym właśnie tkwi siła tego – nie ratującego przecież – gestu sąsiada? Nie wiem. W każdym razie, ilekroć czytam ten krótki fragment, przypomina mi się pewna opowieść o Masadzie, twierdzy między kamienną pustynią a Morzem Martwym, w której ostatni żydowscy powstańcy popełnili zbiorowe samobójstwo, by zachować honor i nie wpaść w ręce Rzymian (w Izraelu powstanie w getcie warszawskim często bywa porównywane właśnie do Masady). Podobno, kiedy zwycięzcy zobaczyli już stosy trupów, nagle usłyszeli jakieś odgłosy ze studni: okazało się, że ukryła się w niej żona jednego z powstańców wraz z dziećmi. Nie wiemy, jak obeszli się z nią Rzymianie. Być może została zamordowana. Maryla zginęła na pewno.

Słowa „cjanek” i „luminal” pojawiają się w tekście już wcześniej – w ustach tych, którzy wrócili do getta zza muru, nie wytrzymując życia „po aryjskiej stronie”. Pamiętnik Maryli jest również wielkim – bo bezpośrednim – oskarżeniem obserwatorów Zagłady. Autorka (jej mężowi nie udało się znaleźć dla nich schronienia poza gettem, zresztą, ona sama ma zbyt rozpoznawalne, semickie rysy)  wsłuchuje się w relacje tych, którzy bezskutecznie próbowali ukryć się wśród nie-Żydów. Siedmioletnie dziecko, które bez zmrużenia powiek w warszawskim mieszkaniu mówi do matki: „Proszę Pani”, po chwili tłumaczy jej cicho, że wszystko jedno, gdzie są, bo jeśli rodzice umrą, przestaną płacić, a to oznaczać będzie, że opiekunowie natychmiast wyrzucą ich syna na ulicę – na pewną śmierć. Człowiek, który ze zdumieniem odkrywa, że szmalcownik, dopominający się od niego pieniędzy za milczenie, to jego bliski, aryjski przyjaciel. Przedwojenna gospodyni, która znalazła się na wsi i choć chłopi, u których się ukrywała, okazali się przyzwoici, odważni i bezinteresowni – osamotniona – postanowiła wrócić do swoich.

Kolejny wstrząsający fragment pamiętnika:

Za czerwonym murem, który stanowi linję demarkacyjną, oddzielającą nas – skazanych od nich, którym wolno żyć jak ludziom biegnie inny mur, który jest znacznie trudniejszy do przebycia – to gruby mur obojętności i braku zrozumienia [x] jakim się otoczyli Polacy. (…) Za murem rozgrywa się dalszy ciąg wstrząsającego dramatu. Życiem Żyda się kupczy, handluje, robi interesy. Po krótkim czasie ukrywany Żyd staje się zbędnym balastem i po wyciągnięciu z niego wszystkiego, co się dało, oddaje się go w ręce gestapo z pełną świadomością tego, że czyn ten równa się pozbawieniu życia.

Oczywiście – pamiętamy, że byli Sprawiedliwi. Ale świadectwo Maryli – znów powtórzyć trzeba: pisane bezpośrednio z jądra ciemności – mówi o tym, jak odczytywano w bunkrach getta świat za murem. I zmusza, by starać się zrozumieć, dlaczego staruszkowie, których udało się ulokować w aryjskich rodzinach, błagają odwiedzającą ich tam córkę – co wydaje się wręcz nieludzkie – by dla własnego dobra pozostała w zamkniętej, skazanej na Zagładę zonie.

W tym samym porządku mieszczą się powojenne losy pamiętnika. Znaleziono go w Majdanku jeszcze w latach 40. albo 50. podczas rozbiórki obozowego składziku materiałów budowlanych. Pod koniec lat 60. rękopisem zainteresowała się nie żyjąca już Franciszka Marciak, doktorantka KUL. Niestety, w atmosferze narastającej nagonki antysyjonistycznej (a i wobec oporów redaktorki, powołującej się na wartości katolickie) tekstu nie udało się wówczas opublikować.

Teraz otrzymujemy tyle, ile możemy otrzymać: z warszawskiego getta ocalały dwa zeszyty (być może pierwotnie było ich więcej): starszy – co jest skandalem – rozpadł się już po wojnie, w muzealnym archiwum; na szczęście obecne, bardzo staranne wydanie dokumentuje także nieliczne zachowane szczątki zapisków Maryli sprzed kwietnia 1943 roku.

Mimo fragmentaryczności książce wydanej przez „homini” zawdzięczam bardzo wiele. Ośmieliłabym się zaryzykować słowo: „katharsis”.


Patrzyłam na usta. Dziennik z warszawskiego getta…; red. Piotr Weiser, Homini Kraków–Lublin 2008.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata