70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Zapaliłam dla niego świeczkę – w internecie, w moim zamyślenniku. Zależy mi na tym, by pamięć o nim i żal, że zginął, były obecne także w tej mojej przestrzeni.

Świeczka wspomnienia. Byłam jedną z nitek więzi między Solidarnościowym Regionem Małopolska a Profesorem. Wciąż związana z Krakowem, mieszkałam już w Warszawie. Rozmawiałam z Profesorem na spacerach z psem. Raz też w jego mieszkaniu. Tam obowiązywała procedura antypodsłuchowa. Rozmowa miała postać wymiany szybko zapisywanych małych karteczek. U Profesora zabezpieczenie było podwójne. Pisząc karteczki w sprawach „S”, należało jednocześnie rozmawiać o czymś innym, neutralnym. Ja rzekomo przyszłam w sprawie tekstu dla miesięcznika „Znak”. Pisząc karteczki na podziemny temat, Profesor jednocześnie opowiadał o eseju, jaki dla nas chciałby napisać. Oczywiście teraz nie pamiętam już treści karteczek, ale pamiętam, jak mówił o kulturze średniowiecznej Francji w jakimś nawiązaniu do intuicji Hanny Malewskiej. Wspominam konspiratora z fajką jakby na tle francuskich witraży, o których mówił jeszcze wtedy, gdy w popielniczce dopalały się wymieniane przedtem karteczki. Od tej rozmowy średniowiecze jeszcze silniej kojarzy mi się z eleganckim dialogiem.

**

We wtorek, 22 lipca, dzień po pogrzebie Profesora, słuchałam wspomnień wielu Jego przyjaciół, którzy spotkali się w siedzibie „Gazety Wyborczej”. Był to wieczór głęboko przejmujący mimo pozornie lekkiej formy „takich sobie wspominków”. Tę formę chwalił Andrzej Wajda jako wolną od patosu i dzięki temu nie przygniatającą, lecz motywującą… Do czego? Jeśli mamy unikać patosu, to nie da się tego nazwać. I nie trzeba. Przecież wiemy. I wiemy, że realizacja tego zamierzenia będzie trudniejsza, bo zabrakło jednej z wiodących postaci.

Mam poczucie niedyskrecji, usiłując zanotować więcej spostrzeżeń z tego wieczoru, naprawdę prywatnego, choć było tam zgromadzone bardzo liczne grono. We wszystkich wypowiedziach widziałam kontynuację, dopiski, odsyłacze, linki do tego, co przedtem powiedział w katedrze Tadeusz Mazowiecki: „Tak, rozmowa o profesorze Geremku to rozmowa o Polsce”. Chcę rozmawiać o Polsce. Byleby tak właśnie, widząc w niej najbliższe pole odpowiedzialności, nie odcięte i nie odcinane od całości świata. Wiele o tym powiedziano w ów wtorkowy wieczór. To istotne przyczynki do takiej rozmowy.

Była to w gruncie rzeczy jedna, choć rozłożona  na głosy laudacja dla Promowanego wyżej na stałe, poza zasięg. Ale oczywiście przyglądaliśmy się też sobie i odcinkowi historii najnowszej, którą Geremek wydatnie współtworzył, uczestnicząc w „dzianiu się dziejów”, nie tylko i nie głównie przez pisanie, lecz przez dokonywanie tego, co badacze potem badają. Znamienną, niebanalną rekapitulacją była krótka filmowa etiuda dokumentalna, dobrze dostrojona do tonu wspominania-by-pamiętać, głębiej, pełniej, ale też by wyrazić i przez to więcej zrozumieć. Ten film jego autorzy – na własne życzenie na razie anonimowi – zdjęli z warsztatu jeszcze niewykończony. Warto go oczekiwać.

Jeden z najważniejszych kierunków rozmowy o Polsce sugerowała wypowiedź Frasyniuka, działacza „S”, potem – z Geremkiem właśnie – Ruchu Obywatelskiego Akcja Demokratyczna, w którym był obok Zbigniewa Bujaka tak zwanym „pełnomocnikiem”. Teraz Frasyniuk jest czołową postacią w gronie „Demokratów”. Ważne jest dla mnie to, że wśród wielu wątków, jakie mógł podnieść, wspominając swoją współpracę z Profesorem, Frasyniuk wskazał Go jako filar solidarności transcendentnej w stosunku do różnic wykształcenia i stylu. Cały KOR miał to znaczenie, ale właśnie Geremek odczarował profesorskość. Może – jak zauważył też Frasyniuk – na wyrost, przedwcześnie: bo wcale nie wszyscy profesorowie są tacy. Nie wszyscy łączą naprawdę rozległą wiedzę, czynne, twórcze uprawianie nauki z pełnym szacunkiem dla ludzi, którzy mają tylko praktyczne umiejętności. Rzeczywiście, ja też mam wrażenie, że tytuł profesora został zdewaluowany, a już szczególnie nadużywany bywa do działania jako autorytet poza domeną nauki przez tych, co w nauce nie osiągnęli szczególnej renomy. Bronisław Geremek nie powinien być ostatnim, kto tytuł profesorski nosił godnie i szeroko, nie bez racji i nie rozczarowując.

Problem jest istotny, zostaje z nami jako część pytania: jaka Polska? Czy taka, w której praktykuje się obojętną tolerancję wobec pogardy dla innych? Jednak wkradła się odrobina patosu, trudno tego uniknąć. Tym więcej uznania dla Tadeusza Mazowieckiego, który swoim przemówieniem zupełnie bez patosu odblokował wzruszenie, i to nie tyle własnym losem po stracie, co dumą z tego, co nie stracone, wpisane w tożsamość.

Myślę, że to nie przypadek, że właśnie od Profesora – Historyka par excellence, przed samym kresem jego szans tworzenia historii, otrzymaliśmy przykład należytej, gniewnie krytycznej postawy wobec nadużywania historii i wobec naruszania praw jej uczestników… tak rozumiem motywy jego odmowy składania kolejnych oświadczeń lustracyjnych. To jeszcze jeden tytuł do wnikliwej pamięci o Nim, także wśród ludzi dzisiaj bardzo młodych, zwłaszcza studentów nauk historycznych. Właśnie oni mają szansę, by uczcić Profesora szczególnie, dbając o czystość metodologiczną swoich prac, o właściwe, krytycznie ostrożne korzystanie z wielu źródeł.

W czarnym ogrodzie

Mam dwa wielkie długi, których nie spłacę, bo za wielkie, bo za późno.

Jeden wobec ludzi Nowej Huty, drugi wobec ludzi Śląska. Wiem, że więcej otrzymałam, niż potrafiłam i zdążyłam dać z siebie.

Cieszę się, że mogę coś jeszcze zrobić dla Śląska, propagując książkę Małgorzaty Szejnert Czarny ogród.

Taka jest moja sprawa z tą książką: nie wiem, które z zawartych w niej odkryć jest najważniejsze i którym zdołam się podzielić. Zacznę od rzeczy najsubtelniejszej i zarazem bardzo uderzającej.

Małgorzata Szejnert buduje świat swego maksireportażu z niezwykłą, wyjątkową dbałością o prawa swoich kilkuset bohaterów. O każdym, o wszystkich pisze z szacunkiem. To, co ich dotyczy, jest dla niej zawsze ważne, i mnie, czytającej, nie przychodzi na myśl, że czymś z tego mogłabym się nie interesować. Pisarstwem Szejnert rządzi fascynacja ludźmi. Gdyby ludzie też tak mnie nie obchodzili, mogłabym zapytać, czy ona aby nie przesadza. A tak – chętnie uczę się od niej. Patrzę, co w praktyce znaczy reporterskie skupienie na ludziach. Otóż – pracę, długotrwałą, cierpliwą, łączącą dystans z ciepłym współodczuwaniem.

Byłam na spotkaniu poświęconym Czarnemu ogrodowi, na którym porównywano kunszt Szejnert z osiągnięciami Kapuścińskiego. Moim zdaniem słusznie, choć porównywanie między sobą dzieł z tej półki jest jednak zwodnicze. Tacy autorzy są nieporównywalni. Pochyleni nad tematem, skupieni, wnikliwi, pełni uszanowania – każdy po swojemu. Tak właśnie, na swój sposób, Szejnert widzi naraz mrowisko i poszczególne mrówki, z których każda jest inna. Ważne jest też to, że przyglądanie się trwa tak długo i towarzyszy mu zabierający wiele czasu wgląd w przeszłość. Tego horyzontu przeszłości jest w Czarnym ogrodzie bardzo dużo. Pojawia się na różne sposoby, od tropów historii najnowszej po prehistorię i geologię. Należało się tego spodziewać: przecież na Śląsku geologia wkracza w codzienne życie. W niej też ma swoje szczególne źródło sztuka górnika Teofila Ociepki, na którą Szejnert patrzy, tak jak patrzy na ludzi – z uwagą pozwalającą chwycić i wskazać więcej niż się da zrozumieć. O obrazie Ociepki czytamy:

Zdawało mu się, że stoi w cudownym lesie, w puszczy odwiecznej, nie sianej, przez którą nie przeszła jeszcze stopa człowieka. Rosły naokół olbrzymie paprocie z pniami, jakich nie obejmie trzech ludzi, skrzypy w drzewa wybujałe, straszne widłaki i inne, niewidzianych form, mistycznej piękności albo potwornej brzydoty, jakieś sigillaria, odontopterydy, lepidodendrony… Te wielkie potwory, splecione między sobą łańcuchami lian krzewiły się na pulchnym trzęsawisku, gdzie mchy przepyszne i niewysłowione kwiaty pachniały w czarnym gorącu wieczystych cieniów… 

Ale to nie jest książka o sztuce. Już postawiłam ją obok Kapuścińskiego, ale z drugiej strony staną odkurzone Rodowody niepokornych Bohdana Cywińskiego. Kiedy przed laty ukazała się ta książka, wypomniałam autorowi, że jakby odciął swoich niepokornych od tych z innych zaborów. Obraz polskiej niepokorności jest niekompletny bez Śląska i Wielkopolski.

Teraz Szejnert opisała szczególną niepokorność, „samoswojość” Śląska. Coś dość wyjątkowego te książki łączy – mimo zdecydowanych różnic punktów odniesienia, metody i stylu. Otóż moim zdaniem Cywiński i Szejnert patrzą na swoich bohaterów z podobnym szacunkiem dla ich różnorodności i wielości źródeł. Myślę o źródłach tego, kim byli ci ludzie. W Czarnym ogrodzie kultura niemiecka kształtuje tożsamość śląską obok polskiej, czasem splatają się razem dość harmonijnie, nieraz prą w przeciwnych kierunkach, zmuszają do wyboru. Kronika szkoły w Giszowcu, przewertowana przez Szejnert, była prowadzona w tym samym albumie na przemian w jednym i drugim języku.

Przy lekturze tego reportażu możemy odczuć, jak jesteśmy dziś uprzywilejowani. To banał: łatwiej teraz widzieć naszą granicę zachodnią, jako po prostu wewnątrzeuropejską. Bez zasieków. Taką, przez którą stopniowo następuje wyrównywanie ciśnień. Myślę, że w tkance Śląska jest to bardziej możliwe i bardziej konieczne niż gdzie indziej w Polsce. To coś swoistego dla miast śląskich, a przydatnego dla całości kraju. Czytelnicy książki Szejnert uzyskują przygotowanie do lepszego uczestniczenia w tym, co umożliwia wiek XXI.

**

Czytając Czarny ogród porównuję świat przedstawiony w tej książce z moją własną wizją tych samych miejsc i ludzi – przyjaciół, którzy mogliby również być przez Szejnert opisani lub rzeczywiście stali się bohaterami reportażu – jak Dorka Badura, profesor Dorota Simonides.

Przez kilkanaście lat co tydzień dojeżdżałam z Krakowa do Katowic, by prowadzić spotkania w duszpasterstwie akademickim z grupą starszych studentów. Przeważali w niej Ślązacy, często inżynierowie, także dziewczyny, tak nakierowane własną chęcią albo i radą bardzo szanowanych rodziców. Przyjaciele wtedy i na zawsze, a więc i teraz: trudno o nich pisać, byłoby to jak rozpowiadanie o najbliższej rodzinie. Ich duszpasterze i oni sami są tacy jak ci z książki Szejnert. Oczywiście niejeden raz byłam u nich w bliskim otoczeniu Giszowca, w Janowie, w Bogucicach. Był cykl spotkań, zakończony w 1975 roku, zorganizowany pod hasłem „Skąd wzięliśmy się tacy?”. Wiele wyjaśniliśmy sobie, choć hasło było tajemnicze: „tacy” – mianowicie jacy? Teraz mogę odpowiedzieć: „Tacy z Czarnego Ogrodu”. Jeżeli mam jakąś jedną cechę wymienić, to chyba nazwę ją „śląską prawością”. To cecha dająca bezcenne bezpieczeństwo w obcowaniu. Wśród Ślązaków człowiek nie porusza się po kruchym lodzie. Grunt często tam pęka i zapada się z ludźmi i na ludzi. Ale sami ludzie są odporni, zachowują siłę dźwigania się i podnoszenia innych (niemiecki partner ekumeniczny nazywał to Tragfähigkeit). Tę cechę też akcentuje Szejnert. Ogólnie biorąc wszędzie w Polsce ludzie są doświadczeni; przeszłość rodziców wszędzie przedstawia się młodym jako czas, w którym starzy mieli za swoje. Brak nam jednak pełnej świadomości: jak było tam, gdzie indziej, w innych stronach.

Na zakończenie katowickiego cyklu „skąd wzięliśmy się tacy?” prezentacja przyjętym w naszym kręgu sposobem: krótka dramatyczna scenka. N., dziewczyna u początku kariery inżyniera sanitarnego, gra swoją babkę. Kobieta w chustce nad wiadrem pełnym szybko obieranych ziemniaków. Synowie idący do powstania jeden po drugim żegnają się z nią prawie bez słów. Kobieta, nagle postarzała, zostaje z nożykiem w opuszczonych rękach. A potem powoli prostuje się patrząc gdzieś jakby bardzo daleko. Przez blisko trzydzieści lat pamiętam, jak patrzyłam na coś, co było przerastającym wymowę rekwizytów przywołaniem wspomnienia. Zobaczyłam nie tyle „skąd” tacy, ile że tacy właśnie.

**

Wiara Śląska. Szejnert nie mówi o niej dużo, unika też wszelkiej klasyfikacji. Moje doświadczenie, bardzo uczestniczące, potwierdza obraz zawarty w Czarnym ogrodzie. Z jednej strony wielka i szeroko uznawana rola parafii i duszpasterzy. Współorganizowanie życia społecznego, wyraźniejsza niż gdzie indziej zwyczajowa wzajemna solidarność Kościoła i górniczego środowiska. Lecz jest i strona druga, odmienna, blisko skojarzona z tym, co nazwałam „prawością”. Tu podniesiona przez Szejnert potrzeba „metafizyki”. Związek z Bogiem, dialog z Tym, Kogo Kościół nie pomieści. Osobiste poszukiwania, silnie występująca chęć poznawania samego Boga i gromadzonej przez ludzi wiedzy o Nim, myśli teologicznej, nie zawsze z kościelną czy katolicką pieczęcią. Gdy religia jest mocno przeżywana, powstają pytania i próby samodzielnych odpowiedzi. Z prawością łączy się poczucie godności, a za tym idzie potrzeba konkretnego wpływu na to, do czego należymy. Tego ja z kolei jestem świadkiem – jak poważnie traktowali studenci i młodzi absolwenci Synod swojej diecezji. To zbliża nas znowu do kwestii społecznego usytuowania Kościoła na Śląsku. Doceniam tę sprawę, ale za ważniejsze mam swoje pytanie: jaki jest śląski religijny Umwelt? Czarny ogród to rezerwat, w którym ten wokół-świat jest skoncentrowany. Szejnert umożliwia kontakt z nim. Ja sama pytam, co katolicyzm weń wniósł i co wnosi.

W rezerwacie czuję ten sam smak co kiedyś w bezpośrednim kontakcie. Ludzie prawi, nawykli do spełniania obowiązków, twardo stojący na chwiejnym gruncie, zdają się niezbyt wiele wiedzieć o Bogu Łaskawym, pełnym wszechogarniającego Miłosierdzia. Dla nich to Sędzia, który powinien hojnie nagradzać i ostro karać. Oczekuje się czytelnych wyroków, a jest się świadkiem skomplikowanych dróg i niejednoznacznych sytuacji.

Religijność Śląska wcale nie usposabia do nieruchawej zachowawczości. Tak myślę, że inżynier N., grając śląską kobietę o dwa pokolenia starszą, starała się pokazać, że tamta milcząca wcale nie została przez synów-powstańców opuszczona. Równie milcząco jak o jej błogosławieństwo prosili, ona ich posyłała.

**

Niektórych potencjalnych czytelników Szejnert może interesować pytanie „Co z narodowością śląską?”. Szejnert słusznie nie wypowiada się na ten temat. Nie to, lecz  los ludzki na tej ziemi w tych miejscach jest pytaniem Czarnego ogrodu. Kto tę książkę wchłonie, będzie ostrożny w sądach. Ja umocniłam się w swojej akceptacji Śląska i pragnieniu, by rozwijał się szczęśliwie, nie tracąc widocznej swoistości i wewnętrznego pluralizmu. W moim odczuciu jest tak, że reszta Polski powinna docenić to, co żyje na Śląsku, i nie za bardzo się wtrącać. Zwłaszcza nie narzucać, nie wymuszać żadnych deklaracji. Nasłuchiwać, co małomówni zechcą powiedzieć. We wspólnym interesie nie pobudzać do rabunkowej gospodarki czy to ludźmi, czy zasobami. Dać oddech.

Powidoki niepowietrzne

Samolot niżej, niżej nad białą pofałdowaną równiną górnej powierzchni chmur, na której cienie wypiętrzeń, zgrubień, jakichś obłocznych wzgórz. Wśród nich widzę jakby kontur jeziora Mälaren szybko wypełniający się zielonym, falującym odblaskiem, ciemniejący, coraz podobniejszy do prawdziwej tafli pozostawionej w dole.

Po jeziorze wśród chmur snują się pasma białej piany. Samolot jakby okrążał jezioro zbliżając się ku wypiętrzeniom chmur.

Nie wiem, czy rzeczywiście widzę coś, co tu, na tej wysokości, istnieje dla siebie, mogąc być zauważone przez kogoś jeszcze – czy też jest to projekcja z mojego mózgu, potrzebującego zajęcia dla swoich szarych zwojów, istniejących po to, by człowiek widział. Popieram tę zabawę. Jeśli to z mojego wnętrza, ze stacji nadawczej udającej odbiorczą pochodzi ten obraz o cyfrowej doskonałości – to brawo dla neuronów, chwała ci, protoplazmo. Może lepiej tak śnić niż rzeczywiście oglądać zwykły świat.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata