|
JANUSZ PONIEWIERSKI
„W tym znaku zwyciężysz”. Krótka historia miesięcznika „Znak”
Dekada trzecia (1966–1976): Dialog „niepokornych”
Miesięcznik redagowany przez Hannę Malewską nie raz zaskakiwał czytelników szerokością spojrzenia. Redaktor naczelnej nie chodziło o pismo li tylko erudycyjne, akademickie. Bliskie jej było natomiast pragnienie Norwida: żeby istniało w Polsce czasopismo pokazujące codzienność z perspektywy wieczności. Tak właśnie redagowała „Znak”.
Mijały kolejne „polskie miesiące”: Marzec, Grudzień, Czerwiec...
„Znak”, ostro kontrolowany przez cenzurę, nie miał najmniejszych
możliwości wspomnienia wydarzeń z roku 1968, 1970 czy 1976 –
a co dopiero ich komentowania. Poza jednym chyba tylko wyjątkiem:
przeszło rok po Marcu w lekko żartobliwej, pisanej gwarą rubryce
Listy gazdów jednemu z autorów, podpisującemu się „Wawrzek”
(pod tym imieniem krył się ks. Józef Tischner), udało się napomknąć
o studentce pobitej „w mieście” przez „nieznanych sprawców”.
...óna mi cosi gadać zacyna, ale niewyraźnie, bo wyraźnie ni mogła, ze u nik
była bitka, jakiej świat nie widzioł. Rozchodziyło się im o jakiegosi dziada (...)
Z dziadym dziadowsko polityka i do dziadostwa wiedzie. (...) Jesce kie był nie
jedyn, ba więcej*.
I dalej:
Władek, niby Magdy brat, siedzi w hereście (...) Ale na Władka złości ni mo
nikto, bo kozdyn wiy, ze pokoju chcioł, ino mu się nie udało. E, idze Jędruś, kie
świat telo opacny. Bo ci, co pokoju i żeby było dobrze fcóm, w hereście siedzóm...
1 Jak wiadomo, bezpośrednim powodem wydarzeń marcowych było zdjęcie ze sceny
Teatru Narodowego w Warszawie Dziadów Mickiewicza.
Ten „wyczyn” Tischnera zasługuje na odnotowanie w historii
polskiej prasy. Niemniej, warto zauważyć, iż celem „Znaku” (również
ze względu na miesięczny cykl wydawania pisma i znaczne opóźnienie)
nie było – nie mogło być! – komentowanie bieżących wydarzeń,
lecz budowanie „wewnętrznego człowieka”, prowadzenie czytelnika
ku duchowej wolności. A jeśli coś dało się jednak skomentować
(cenzura „puściła”) – to inaczej, głębiej. Na przykład w czasie obchodów
tysiąclecia chrztu Polski (1966) – kiedy Władysław Gomułka
mówił o biskupach, że usiłują „jubileusz dziejów narodu i państwa
zastąpić jubileuszem działalności Kościoła katolickiego w Polsce”
– w miesięczniku ukazał się poemat sygnowany literkami A.J.
(Andrzej Jawień, czyli Karol Wojtyła) Wigilia Wielkanocna 1966
(„...tysiąc lat jest jak jedna Noc: Noc czuwania przy Twoim grobie”).
W 25. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego (lipiec-
-sierpień 1969; w tym czasie hucznie świętowano 25-lecie PRL) zamieszczono
zdjęcie pomnika Nike i fragment powieści Antoniego
Gołubiewa Bolesław Chrobry:
Ziemio miła... Od wieków patrzę w twe oczy – i widzę w nich odblask pożogi.
Widzę przerażenie i wstręt, strugi krwi i błysk spadającego żelaza. Nauczyłaś
mnie miłości i buntu, gdy spotkałem cię niespodzianie w sierpniowy ciepły dzień
– i nigdy nie pogodzę się z przerażeniem w twych oczach. (...) tego tylko pragnę:
byś mogła lecieć jak ptak. Żeby mniej było krzywdy i łez, a jęk nie płynął
chmurą nad dymami rujnowanych miast. Żeby nie ogarniała cię trwoga na widok
spotkanego człowieka i żeby słowo brat nie było naigrawającą się drwiną.
By wolno nam było iść miedzą i źdźbło brudu nie mąciło nam wzroku.
Z kolei 30-lecie wybuchu wojny (wrzesień 1969) uczczono „numerem
niemieckim” (m.in. teksty: Anny Morawskiej „Inne Niemcy”
w Trzeciej Rzeszy i Guentera Saerchena Problemy sąsiedztwa).
Miesięcznik redagowany przez Hannę Malewską nie raz zaskakiwał
czytelników szerokością spojrzenia. Teologia i filozofia splatały
się tu z literaturą, historią, socjologią, przyrodoznawstwem, a nawet
z refleksją na temat... techniki. To „istna encyklopedia współczesnej
kultury katolickiej” – pisał o kolejnych rocznikach Jerzy Turowicz.
Faktycznie, „Znak” próbował „oświetlać wszelkie aspekty wszystkiego”,
niemniej redaktor naczelnej nie chodziło o pismo li tylko erudycyjne, akademickie – choć przecież dbała o to, by jej współpracownicy
dobrze znali języki obce, dużo czytali i dzielili się swoją
wiedzą z czytelnikami (stąd właśnie obecność w piśmie comiesięcznych
omówień nowości wydawniczych – polskich i zagranicznych). Bliskie jej było natomiast pragnienie Norwida: żeby istniało w Polsce
czasopismo pokazujące codzienność z perspektywy wieczności. Tak właśnie redagowała „Znak”.
Dobrze rozumieli to ówcześni czytelnicy, przynajmniej niektórzy.
„Znak” – pisała z Nowego Jorku Ewa Gieratowa – ma inne zadanie niż
literatura fachowa z zakresu paleontologii, psychoterapii, kosmologii, teorii literatury.
Niechże znawcy tych dziedzin, pisząc dla „Znaku”, nie wdają się w techniczne
szczegóły, zbyt rozwlekłe i zawiłe, a za to niech (...) posuwają na swoich
odcinkach tę samą sprawę: odkrywanie Boga w kosmosie, odkrywanie związków
i jedności wszystkich nauk w człowieku, a co za tym idzie – pojmowanie
Wcielenia, wchodzenia Boga w świat.
I dalej:
Znak nasz i tytuł „Znaku” to poziom skrzyżowany z pionem. (...) [Ten]
tytuł obowiązuje. Poziome ramiona mają objąć globalnie świat, a pion – związek
Boga i człowieka – trzeba umacniać dosłownie z każdym oddechem. (...)
Niech o tym nadal mówi „Znak”. Niech pojęcia znane z nauk przyrodniczych,
z ekonomii, socjologii, matematyki, swym nowym językiem mówią zawsze o tym
samym: skąd i po co jesteśmy, dokąd, do Kogo idziemy, którędy droga.
Wtedy, na przełomie lat 60. i 70., redakcja miesięcznika zajmowała
dwa małe pokoje w kamienicy przy ul. Siennej 5, na pierwszym
piętrze. Oprócz Hanny Malewskiej do ścisłego zespołu redakcyjnego
należeli: Halina Bortnowska i Stanisław Grygiel, „dochodzący”
(ze względu na pracę na Uniwersytecie) Władysław Stróżewski, dojeżdżający
co jakiś czas z Warszawy Bohdan Cywiński oraz Franciszek
Blajda – „człowiek orkiestra”: redaktor techniczny, menedżer,
archiwista. Niestety, Stróżewski figurował w stopce redakcyjnej jedynie
do roku 1969. Administracyjne władze UJ zachowały się bowiem
w jego przypadku tak samo jak kiedyś wobec Stanisława Stommy;
młody doktor habilitowany stanął przed wyborem: praca na
uczelni albo w „Znaku”. Po namyśle wspólnie uznano, że jego powołaniem
jest jednak filozofia i praca dydaktyczna ze studentami. Że – zwłaszcza teraz, tuż po Marcu ’68 – studenci (i w ogóle polskie
szkolnictwo wyższe) potrzebują go bardziej aniżeli redakcja. Ale
Władysław Stróżewski dalej bywał na Siennej, był stałym współpracownikiem
miesięcznika, zamieszczał tu swoje artykuły (pod pseudonimem
„Sigma”) – ta więź rozluźniła się dopiero potem, po odejściu
Malewskiej.
W drugiej połowie lat 60. osobą dla „Znaku” bardzo ważną był
ks. Józef Tischner, który – jak pamięta Cywiński – „przychodził tu
prawie codziennie” i zostawał na kilka godzin. Czytał teksty, brał
udział w zebraniach, doradzał... I, dzięki nadzwyczajnemu poczuciu
humoru, rozładowywał napięcia, łagodził konflikty. Tischner „robił
z nami pismo jak mało kto – dodaje Bortnowska. – Gdy teraz o tym
myślę, widzę, że był to przede wszystkim udział w czymś najważniejszym.
Chodzi mi o wyczucie sensu tego, co robimy, i kierunku dalszej
wędrówki. A także o odwagę”.
Z miesięcznikiem niemalże „od zawsze” związany był ówczesny
prezes krakowskiego KIK-u Stefan Wilkanowicz; coraz częściej pojawiał
się również młody filozof Karol Tarnowski, zwany „Bratkiem”.
Ci ludzie stanowili wówczas mniej lub bardziej ścisłe środowisko
„Znaku”. Sienna 5 to był jednak, tradycyjnie, dom otwarty dla „gości”.
Halina Bortnowska szczególnie pamięta jednego, któremu wiele
zawdzięcza, jeśli chodzi o myślenie o człowieku: prof. Antoniego
Kępińskiego, psychiatrę.
Niedaleko stąd, na Franciszkańskiej, mieszkał inny ważny dla nich
autorytet: kardynał Karol Wojtyła. Członkowie redakcji utrzymywali
z nim stałe – i „wielopoziomowe” – kontakty. Wiadomo na przykład,
że Hanna Malewska (m.in. z Jerzym Turowiczem, ks. Andrzejem
Bardeckim i ks. Mieczysławem Malińskim) należała do powołanej
przezeń nieformalnej komisji do spraw prasy. „Po paru latach –
opowiadał Turowicz – te zebrania ustały, natomiast ich miejsce zajęły
odbywające się dość regularnie parę razy w roku wieczorne spotkania
kardynała z całym zespołem »Tygodnika« i »Znaku«”. O tych
kontaktach wiedzieli właściwie wszyscy – ale były i inne, bardziej
prywatne wizyty poszczególnych redaktorów (zdaje się, że i Malewskiej)
w pałacu arcybiskupim. Dla wielu z nich Karol Wojtyła był
bowiem mistrzem i profesorem, spowiednikiem, przyjacielem... On sam też przywiązywał do „Znaku” wielką wagę, a pani Malewska
stanowiła dlań ogromny autorytet.
Zadaniem pisma – pisał do niej w roku 1971 – jest i pozostanie nadal nie
tylko podejmowanie pytań, nie tylko wytrwałe poszukiwanie wraz ze wszystkimi,
którzy szukają, ale także znajdowanie odpowiedzi. Chrześcijaństwo łączy
w sobie pokorę poszukiwań z pewnością wiary. (...) Życzę, aby miesięcznik
„Znak” zawsze trafnie odnajdywał swą dalszą drogę. Życzę dojrzałego świadectwa.
Życzę owocnego posługiwania.
W roku 1973 Hanna Malewska odeszła z redakcji z powodu
pogarszającego się stanu zdrowia i przekazała funkcję naczelnego
Bohdanowi Cywińskiemu, co nie obeszło się bez pewnych perturbacji.
Malewska bowiem była redaktorem „totalnym” – skałą, na której
mogła się oprzeć reszta redakcji. Cywiński tych zalet nie posiadał
– co gorsza, był z nich wszystkich najmłodszy i, jako redaktor, najmniej
doświadczony. To rodziło rozmaite napięcia i problemy.
Zdaje się, że i środowisko (to szersze: „Tygodnikowo”-wydawnicze)
przyjęło nowego redaktora naczelnego z oporami. Wydawało
się im, że jest za młody (rocznik 1939), poza tym pochodził z Warszawy,
a nie z Krakowa, był więc spoza tutejszych układów towarzyskich.
Ktoś wspomina nawet, że Malewska musiała w tę nominację
zaangażować cały swój autorytet. Niemniej Bohdan Cywiński był
już wtedy autorem świetnej – wręcz programowej – książki Rodowody
niepokornych (1971), której fragmenty ukazywały się wcześniej
na łamach miesięcznika. To ważny tytuł. Pisał Adam Michnik:
W barwnym i doskonale skonstruowanym fresku historycznym Bohdan
Cywiński nakreślił historyczne zaplecze spotkania „niepokornych” z lewicy laickiej
z „niepokornymi” chrześcijanami. (...) podjął wnikliwą i rzetelną próbę
wytłumaczenia wartości lewicy laickiej chrześcijanom i wartości chrześcijaństwa
– ludziom lewicy laickiej” (Kościół, lewica, dialog).
Pani Hania mogła mieć w związku z tym nadzieję, że jej następca
będzie pomostem pomiędzy katolickim „Znakiem” a lewicującą (i nieufną
wobec Kościoła) warszawską inteligencją. Że weźmie praktyczną
odpowiedzialność za to, co napisał:
Nie wahajmy się korzystać także i z tych tradycji, które wyrosły poza kręgiem
bezpośredniej inspiracji chrześcijańskiej, ale które w swych wartościach
trwałych i prawdziwie istotnych są tak bliskie duchowi chrześcijańskiemu – takiemu,
jaki jawi się dziś nam, katolikom współczesnym.
Czy to się udało? Jacek Kuroń tak oto opisuje swoje spotkanie ze
„Znakiem” (zorganizowane właśnie przez Bohdana Cywińskiego):
„Poznałem wtedy księdza Józefa Tischnera, ojca Andrzeja Kłoczowskiego,
dominikanina, znakomitego faceta, wielu jeszcze niesłychanie
interesujących ludzi, ale przede wszystkim poszliśmy z Gają do
kardynała Wojtyły”. Pomimo cenzury (czytaj: całkowitego zakazu
druku) Kuroń stał się nawet autorem miesięcznika (oczywiście pod
pseudonimem). W 1972 roku, jeszcze pod rządami Malewskiej, ukazała
się tu jego wypowiedź na temat Rodowodów niepokornych (podpisana
przez „Elżbietę G. Borucką”). Trzy lata później, w 1975, Jacek
Kuroń (tym razem jako „Maciej Gajka”) ogłosił w miesięczniku
ważny artykuł: Chrześcijanie bez Boga.
Dialog tzw. lewicy laickiej z chrześcijaństwem, niewiary z wiarą
stał się na łamach „Znaku” faktem. Oczywiście, nie była to wyłączna
zasługa redaktora Cywińskiego. Raczej owoc pracy i ideowego zaangażowania
c a ł e g o zespołu. Oraz mądrości Hanny Malewskiej,
która wiedziała, komu powierzyć „Znak” w tym właśnie momencie
dziejowym.
W historii spotkania „niepokornych”, stojących dotąd po przeciwnych
stronach barykady, ważną rolę odegrała marcowa interpelacja
Koła Poselskiego Znak (1968), która brała w obronę bitych
studentów. Dla tych młodych ludzi – uczniów Leszka Kołakowskiego
i Bronisława Baczki, protestujących przeciwko zdjęciu ze sceny
Dziadów – ta postawa katolickich parlamentarzystów była swego
rodzaju objawieniem. Zobaczyli bowiem ludzi Kościoła gotowych
do obrony kultury jako takiej i człowieka niezależnie od jego wyznania
– a tego się po Kościele nie spodziewali (do tej pory wydawało
im się, że broni on jedynie „praw ludzi wierzących”).
Owa sejmowa interpelacja stała się powodem ataku całego właściwie
Sejmu na posłów Znaku. Oskarżono ich o... sojusz „ze syjonizmem
legitymującym się przymierzem z imperializmem amerykańskim
i siłami odwetowymi Niemieckiej Republiki Federalnej” (Józef
Ozga-Michalski). To była prawdziwa sesja nienawiści – tym bardziej,
że poszczególne wystąpienia nagradzano rzęsistymi oklaskami. Zawieyski,
Stomma i ich koledzy – grzmiał Zenon Kliszko –
znaleźli się w głębokiej izolacji politycznej i postawili się naprzeciw powszechnej
opinii narodu. (...) Koło Znak, odchodząc od polskiej racji stanu, faktycznie
stanęło po stronie tych elementów syjonistycznych i rewizjonistycznych, które
inspirowały i zorganizowały prowokację wymierzoną w spokój ojczyzny, w jej
żywotne interesy.
W obronie interpelacji wystąpił Jerzy Zawieyski, który mówił
między innymi o warunkach prowadzenia dialogu:
postawie szacunku dla cudzej odmienności, chęci zrozumienia cudzej racji, swoistej
transcendencji na drugiego człowieka, którego nie chce się pochłonąć, zagarnąć
czy przeinaczyć, lecz z którym chce się wspólnie czegoś szukać. (...) Trzeba
coś z własnej racji zawiesić, a nawet zakwestionować, aby w pełni objąć obiektywność
drugiej strony, a także by obudzić w nas poczucie, że sens życia nie jest
tylko w nas samych, lecz również poza nami.
To przemówienie – któremu towarzyszyły śmiechy, tupanie i walenie
w pulpity – ludzie tzw. lewicy laickiej (np. Adam Michnik) uznali
za „dramatyczne i piękne”. Podobnie ocenił je kardynał Wyszyński,
nazywając postawę mówcy „czynem niemal »reytanowskim« na tle
obłędnego tańca »martwych dusz«”.
Dalsze losy Jerzego Zawieyskiego opisał Marian Brandys
(Z dwóch stron drzwi): usunięto go z Rady Państwa, pozbawiono
miejsca w parlamencie. Rok po tamtym przemówieniu (kwiecień
1969)
dopadła go choroba. Przez całe życie chorował na serce, ale decydujący cios
zadała mu zbyt długo i zbyt gwałtownie burzona krew. Wylew do mózgu poraził
go częściowo paraliżem i odebrał mu mowę. (...) 18 czerwca 1969 roku –
w środku nocy – wydostał się ze swego pokoju na korytarz i nadludzkim wysiłkiem,
którego wprost pojąć nie mogli lekarze starający się później odtworzyć
przebieg zdarzeń, dotarł do otwartych drzwi prowadzących na taras. Potem,
podsunąwszy się pod samą balustradę tarasu, podciągnął się na nią i z IV piętra
runął na asfalt ulicy. Zabił się na miejscu.
Ta śmierć obudziła wiele wątpliwości. Czy Zawieyskiemu nikt
nie „pomógł” wyskoczyć przez okno? Wówczas tego pytania nie
można było głośno postawić. Dziś, po 37 latach, nie sposób już na
nie jednoznacznie odpowiedzieć.
W roku 1968 współzałożyciel miesięcznika Jerzy Zawieyski zachował
się jak Reytan. Osiem lat później, w lutym 1976, na to porównanie
zasłużył inny poseł Znaku (i były redaktor naczelny miesięcznika),
Stanisław Stomma, który jako jedyny wstrzymał się od
głosu w głosowaniu nad wpisaniem do konstytucji PRL zapisu o przewodniej
roli partii komunistycznej i sojuszu z ZSRR. „Wysoko podniósł
wyprostowaną rękę. Sam jeden w całej ogromnej sali” – pisał
o tym jego geście Jacek Żakowski.
Tak właśnie – bardzo pięknie – skończyła się parlamentarna przygoda
ludzi „Znaku”. Stomma nie stanął już do kolejnych wyborów.
A Koło Poselskie Znak (nazywane teraz Neo-Znakiem) nie miało
odtąd nic wspólnego ze swym macierzystym środowiskiem.
Wkrótce po „wydarzeniach czerwcowych”, we wrześniu 1976
roku, powstał Komitet Obrony Robotników. Znaleźli się w nim zarówno
przedwojenni socjaliści (m.in. prof. Edward Lipiński) i księża
katoliccy (np. ks. Jan Zieja, jeden z duchowych ojców „Znaku”). Po
prostu: ludzie „niepokorni”, którym udało się rozebrać dzielącą ich
dotąd barykadę. Warto przy tej okazji pamiętać, że założyciele KOR
– ci z tzw. lewicy laickiej, na przykład Jacek Kuroń, Adam Michnik
czy Jan Józef Lipski – byli czytelnikami „Znaku”. Ich duchową postawę
kształtowały publikowane tu teksty: Dietricha Bonhoeffera,
Simone Weil, Henryka Elzenberga...
To na pewno przypadek, niemniej w numerze październikowym
miesięcznika (1976 r.) ukazał się artykuł, którego tytuł mówił wtedy
wszystko: Znak, któremu sprzeciwiać się będą, autorstwa kardynała
Karola Wojtyły.
Wiele było w tej dekadzie wydarzeń, które oznaczały prawdziwy
wstrząs dla „Znaku”: przemówienie Zawieyskiego (a potem jego
śmierć), odejście Malewskiej i zmiana na stanowisku redaktora naczelnego
(oznaczająca zupełnie nowy sposób redagowania pisma),
postawa Stommy... Należała do nich również przedwczesna śmierć
Anny Morawskiej (zmarła w 1972 roku, miała zaledwie pięćdziesiąt
lat). W tekście wspomnieniowym zacytowano jej słowa – swoiste życiowe
motto jej i wielu innych (podobnych do niej) „gwałtowników”:
Czy warto w ogóle
Czy warto, jak mało
Czy warto, jak nie wiemy, czy to coś da
bo może błędne
bo może przegra
(...) Jezus objawienie (...) mówi, że warto
że przegrane nie umiera.
*
W połowie lat 60. „Znak” przeżywał swą drugą młodość. Zmieniła
się winietka, pojawiły się nowe rubryki, które byłyby chyba nie
do pomyślenia w „starym” „Znaku”. Na przykład: „Rubryka młodych”
– Jak to widzimy? czy Listy gazdów (wymieniali je między
sobą Stanisław Grygiel i ks. Józef Tischner). Przy lekturze tych listów
czytelnicy ryczeli ponoć ze śmiechu, wyłapując wszelkie aluzje
polityczne i kościelne (również takie, o których pojęcia nie mieli ich
autorzy!), „niektórzy jednak się gorszyli – wspomina Stanisław Grygiel.
– Jeden profesor zrezygnował nawet z prenumeraty, motywując
to tym, że w tak poważnym piśmie dwóch górali pisuje takie historyjki...”.
Ale były też rubryki „poważniejsze”. Przede wszystkim wprowadzona
w roku 1970 Jedenasta wieczorem – „kawałek” solidnej duchowości.
To było „oczko w głowie” pani Malewskiej. Zależało jej
bowiem na tym, żeby w każdym numerze dawać czytelnikom „strawę
duchową”, pomagać im stanąć przed Bogiem, uczyć modlitwy.
Wśród nowych „stałych” autorów miesięcznika warto odnotować
między innymi: Ewę Bieńkowską, Alfreda Gawrońskiego, ks.
Michała Hellera, Zbigniewa Podgórca czy ks. Józefa Życińskiego.
Wtedy sporo pisali też sami redaktorzy „Znaku”, szczególnie Halina
Bortnowska (głównie teologia, ekumenizm) i Stanisław Grygiel (antropologia
filozoficzna). Na łamach „Znaku” często również publikował
wspominany tu już ks. Józef Tischner. I były to artykuły znaczące
– powszechnie czytane i szeroko komentowane. Jego Schyłek
chrześcijaństwa tomistycznego na przykład wywołał burzliwą dyskusję
– chyba najważniejszą debatę filozoficzną, do jakiej doszło w Polsce w drugiej połowie ubiegłego wieku. Ale tekst ten miał znaczenie
nie tylko dla filozofów. Chodziło w nim także o duszpasterstwo:
„odrzucenie kostiumu tomistycznej teorii i dochodzenie – poprzez
żywy kontakt z drugim człowiekiem – do osadzenia wiary na głębszej
podstawie ewangelicznej”.
Było w tym dziesięcioleciu wiele istotnych tekstów, na przykład
eseje kard. Johna H. Newmana (Sumienie a papież), Antoniego Kępińskiego
(Lęk i Psychopatologia władzy), Jana Józefa Szczepańskiego
(Piąty anioł) i Paula Ricoeura czy Opowieści chasydów Martina
Bubera. Jednakże dziś, z perspektywy lat, najważniejsze wydają mi
się niektóre numery tematyczne „Znaku”, zwłaszcza: O winie i O nadziei,
Sens choroby – sens śmierci – sens życia, O poznawaniu drugiego
człowieka i o tzw. sprawie Heideggera (czyli o „odpowiedzialności
filozofa”, który wstąpił do NSDAP), wreszcie numer oświęcimski
(Rekolekcje oświęcimskie) oraz numer poświęcony „polskiemu charakterowi
narodowemu”. Zeszyty te były (są do dzisiaj!) niesłychanie
interesujące z czysto intelektualnego punktu widzenia. Ale to jeszcze
nie wszystko – one były tak ważne, ponieważ stanowiły próbę
odpowiedzi na powszechnie zadawane wówczas pytania. Tak jakby
redakcja trzymała rękę na pulsie tego społeczeństwa i narodu, tak
jakby słuchała jego głosu...
*) Jak wiadomo, bezpośrednim powodem wydarzeń marcowych było zdjęcie ze sceny
Teatru Narodowego w Warszawie Dziadów Mickiewicza.
JANUSZ PONIEWIERSKI, ur. 1958, członek redakcji „Znaku”, autor
książek Pontyfikat. 1978–2005 (III wyd. 2005) i Kwiatki Jana Pawła II
(2002).
Ciąg dalszy historii „Znaku” (lata 1976–1986)
Pozostałe odcinki kalendarium
POWRÓT NA GÓRĘ STRONY
|