|

REFLEKSJE
Znieczulony umysł. Gułag w świadomości Zachodu
(fragment)
DARIUSZ TOŁCZYK
Czy rozpamiętywanie okropności XX
wieku ma dziś sens? Kiedy stawiam to
pytanie swoim amerykańskim
studentom, odpowiadają twierdząco.
Prawie zawsze kilkoro z nich cytuje
wtedy Santayanę: „Ten, kto zapomina
okropności historii, jest skazany na ich
powtórzenie”.
Optymistyczna wizja Santayany zakładająca,
że ludzkość jest w stanie uczyć się
na własnych błędach, w naturalny sposób
przemawia nie tylko do studentów. Jednak
dowody na prawdziwość tych słów
nie wydają się ani liczniejsze ani mniej
dyskusyjne niż dowody potwierdzające
opinię wprost przeciwną: że jedyną nauką
płynącą z historii jest to, iż nikt się tak naprawdę
od niej niczego nie nauczył. Bez
długiego zastanawiania się można przecież
wymienić całkiem współczesne przykłady
ludobójstwa, masowych rzezi, terroru
i niewolnictwa i dojść do wniosku,
że najlepszym sposobem radzenia sobie
z okropnościami historii jest jak najszybsze
puszczenie ich w niepamięć. Że „rozdrapywanie
ran” powoduje często skutki
opłakane dla następnych pokoleń: nakręca
spiralę urazów, odwetu i zemsty.
Taki sposób myślenia o człowieku i historii
ma długą tradycję. Zaledwie dwa
dni po zabójstwie Cezara Cyceron postulował
w rzymskim senacie, by dla wspólnego
dobra puścić w niepamięć ten „świeży”
fakt (oblivione sempiterna delendum).
Traktaty pokojowe – co najmniej od czasu,
gdy wnukowie Karola Wielkiego zakończyli
w 843 roku walki między sobą – są
z reguły opatrzone uwagami wzywającymi
do zapomnienia o niedawnej wrogości,
walkach, zdradach i rzeziach. Fryderyk
Nietzsche uważał, że niezdolność zapominania
o zbrodniach przeszłości oraz
żywa pamięć zadawnionych krzywd mogą
stanowić hamulec dla normalnego życia.
Pozbawiają one bowiem ludzi i narody
życiowej spontaniczności wobec wyzwań czasu teraźniejszego. Spontaniczność ta,
konieczna dla jakiegokolwiek postępu,
wynika po części z naiwności i młodzieńczej
ignorancji wobec doświadczeń przeszłości.
A Wisława Szymborska pisze:
Ci, co wiedzieli,
o co tutaj szło,
muszą ustąpić miejsca tym,
co wiedzą mało.
I mniej niż mało.
I wreszcie tyle co nic
Ale puszczać w niepamięć zło historii
w imię przyszłości znaczy też, siłą rzeczy,
zapominać o krzywdzie ofiar. W traktatach
kończących wojny między państwami
i narodami chodziło zwykle o ofiary
obu stron konfliktu. Wzajemne zapominanie
krzywd miało być zatem wyrzeczeniem
dokonywanym przez żywych dla
wspólnego dobra. Jak jednak zastosować
tę receptę wobec totalitarnego zła dwudziestego
wieku – ludobójstwa, zniewolenia,
prześladowania niewinnych ludzi
przez wszechwładne potęgi? W takim
wypadku zapominanie o ofiarach można
uważać za formę moralnego wspólnictwa
z ich oprawcami, zwłaszcza że totalitaryzm
unicestwiał je niejako podwójnie:
usuwał fizycznie ze świata, a ponadto starał
się na zawsze zlikwidować wszelki po
nich ślad i pamięć.
Więcej na łamach wrześniowego „Znaku”
Zamów numer
DARIUSZ TOŁCZYK, polonista,
prof. języków
i literatur
słowiańskich
w Virginia
University.
POCZĄTEK STRONY |