|

REFLEKSJE
Krótka uwaga o tak zwanym
dialogu między
religiami
i o wiecznym milczeniu języka wiary
(fragment)
LESZEK KOŁAKOWSKI
Jest możliwe, że pewne jądro wspólne,
wspólne centrum wszystkich religii
daje się odkryć. Nie jest nim, ściśle
biorąc, wspólna doktryna. Jest to
raczej postawa duchowa, która
mogłaby wytworzyć pewien obraz
świata. Postawa, która nie jest
wyrażalna w słowach: każda próba
twórczego wyrazu byłaby wątpliwa
i niezręczna.
Czy dialog między różnymi religiami,
a także między wiarą i niewiarą, jest możliwy
i pożądany?1 Czy mógłby nie tylko
ułatwić współistnienie, ale także doprowadzić
do pogodzenia?
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że
jest to nadzwyczaj mało prawdopodobne.
Jeden z powodów jest taki, że dialog
nie tylko wymaga dobrej woli obu partnerów,
gotowości do widzenia w tym drugim
partnera właśnie, a nie śmiertelnego wroga, którego wszelkimi środkami zniszczyć
należy, ale także dlatego, że dialog
wymaga pewnego stopnia niepewności
z obu stron. Kiedy jestem niewzruszenie
osadzony w mojej mentalnej pozycji – jak
to zdarza się często w przekonaniach religijnych
– kiedy słowa partnera nie mogą
mnie dotknąć, a postawa moja naruszyć
się nie da, dialog, choć formalnie możliwy,
jest jałowy. Mogę jeszcze podjąć wysiłek,
by partnera nawrócić, jeśli jednak
obie strony doświadczają tej samej pewności
i totalnej satysfakcji w swoich respektywnych
pozycjach, prawdziwy dialog
nie może się narodzić.
Kiedy zadajemy takie pytania, mamy
na myśli głównie debaty teologiczne. Teologia
zaś, jak się zdaje, nie jest integralną
częścią wiary religijnej. Jej funkcja jest zasadniczo
negatywna, defensywna. Dopóki
wierzący nie doświadczają wątpliwości na
serio i dopóki wiara ich nie jest atakowana
przez niewierzących albo wyznawców
innych religii, nie mają oni potrzeby wiedzy
teologicznej. Jeśli jednak religia znosi
napaści i krytyki z zewnątrz albo rozdzierana
jest wątpliwościami wierzących, potrzebuje
teologii, by przetrwać; potrzebuje
więc klasy ludzi wykształconych, którzy
umieją stawić czoło wątpliwościom i krytykom.
Jest przeto normalne, że religia,
która nie żyje w izolacji i ma wśród wyznawców
ludzi należycie intelektualnie
przygotowanych, z konieczności korzysta
z teologii.
Otóż język teologii, ściśle biorąc, nie
jest językiem wiary. Musi mieć zdolność
przekonywania, ale prawdziwy język religii
jest to język kultu, który nie może intelektualnie
nawrócić niewierzących; ma
on swoje prawidła i nie daje się dobrze
przetłumaczyć na mowę życia świeckiego. W konfrontacji z ideologią racjonalistyczną
zdaje się znacznie bardziej obcy
i inaczej obcy niż na przykład dla mnie
język japoński, z którego ani słowa nie
znam, który jest jednak z pewnością przekładalny
na jakiś znany mi język. Racjonalista
nie potrafi prawdziwie pojąć, jak
ludzie mogą być tak umysłowo niesprawni,
by wierzyć, że w pewnych warunkach,
dzięki jakimś słowom wypowiedzianym
przez kapłana, wino przemienia się w realną
krew Jezusa Chrystusa albo że troje
są jednym. Jednakowoż dogmat transsubstancjacji
eucharystycznej nie jest opisem
jakiegoś niemożliwego procesu chemicznego,
a dogmat Trójcy Świętej nie jest absurdalnym
twierdzeniem arytmetyki. Są
to składniki aktów kultu i są przez wierzących
rozumiane jako takie; próżno usiłować
je przełożyć na język empiryczny czy
zwyczajnie matematyczny. Są to idee-znaki
i są one częścią kultu. Samo imię Boga
jest też taką częścią: jest składnikiem
kultu i dlatego jest nieprzetłumaczalne na
zwykły język. Nie znaczy to, że mamy naprawdę
do dyspozycji tylko teologię negatywną
w sensie Pseudo-Dionizego; w kulcie
trzeba mówić, a nie tylko przeczyć.
Trzeba jednak wiedzieć, że słowa nasze
są składnikami kultu.
Więcej na łamach wrześniowego „Znaku”
Zamów numer
LESZEK KOŁAKOWSKI, filozof, eseista,
emerytowany
profesor All
Souls College
w Oksfordzie.
POCZĄTEK STRONY |