|

REPORTAŻ
Już nie jestem szlachcicem (fragment)
MAGDALENA BOŻYK
Groby, dużo jednakowych grobów.
W śniegu. Pomniki odlewane. Pewnie
to było wtedy modne, a i tańsze od
prawdziwych rzeźb – takich, co to mają
w miastach. Najwidoczniej nie żyli tu
zbyt zamożni ludzie. A może po prostu
nie widzieli różnicy?
Dzisiaj te niby-rzeźby muszą udawać, że
są poważnymi pomnikami przeszłości.
Figury Chrystusa, Marii, czasem całej
Świętej Rodziny. Czuwają osamotnione
na ogrodzonych siatką cmentarzach. Na pisy widać tylko niektóre: Taraszewicz
Bylińska, Cmajło Kulczycka, Bandriwski
de Nowosiliec. Ziemia skostniała, tak jak
oczy starszych, z którymi rozmawiamy.
Tych, którzy pamiętają bogactwo swoich
przedwojennych ojców.
Wielka Bylina to była bogata wieś.
Przed wojną ponad dwa tysiące ludzi.
„Jedźcie do Byliny, tam sama szlachta!
Tylko do Wielkiej Byliny, bo w Małej Bylince
same chłopy”. Mała Bylina jest za
to ładna i w przeciwieństwie do Wielkiej
zamieszkała. Jest dziewiąta rano, zimno.
Godzinę temu się rozjaśniło. Podjechałyśmy małym autobusem dowożącym
pracowników do pracy przy wydobyciu
ropy. Mijamy złomowisko maszyn
rolniczych i wojskowych. Mijamy domy,
których proporcje zdradzają, że w przeszłości
były kryte strzechą – wszystkie puste.
W oknie jednego z nich, za poszarpanymi
pajęczynami, stoi figurka Matki Boskiej.
Gdzie indziej, przez brudne szyby,
widać zastygłe meble i obrazy, nad którymi
wisi wyszywany ręcznik, rusznyk. Zawsze
w tym samym otoczeniu: oleodruki
w drewnianej ramie, po lewej Matka Boska,
po prawej Chrystus, na środku Zwiastowanie,
albo ikona – nad nią właśnie
rusznyk. O, jest też człowiek. Mężczyzna,
nabiera wodę ze studni. Wygląda na skacowanego,
ma pewnie ze czterdzieści lat.
Pytamy o drogę do sołtysa. „Do silskiej hołowy,
to priamo, potim na prawo”. Trafiamy.
Na miejscu oglądamy spis mieszkańców:
„Patrzcie! Rocznik siedemdziesiąty
drugi, a pisze się z przydomkiem! By–liń–
ski Ta–ra–sewicz. To ja!” – mówi sołtys.
Wybuchamy śmiechem: „Możemy zrobić
zdjęcie tak młodemu szlachcicowi?”. Taras
częstuje nas kawą, czekoladą i koniakiem.
I zostaje naszym przewodnikiem po
Bylinie. Dzięki niemu trafiamy do przedstawicieli
dawnej miejscowej szlachty.
Wirka Bylińska Tarasewicz. Prawie nic
nie widzi, ale nie przejmuje się tym zbytnio
i razem ze mną przegląda stare zdjęcia.
Oprowadza po domu, samodzielnie
zapala w piecu – kaflowym piecu, do
którego władza radziecka doprowadziła
gaz. Jest, jak mówi, „twardą szlachcianką”.
Jaka jest, według niej, różnica między
szlachcicem a chłopem? W cerkwi
szlachta stała po lewej stronie, a chłopi
po prawej, środek był pusty. Kiedy zdarzyło
jej się stanąć bliżej chłopów, to
już gadali, że posunęła się na chłopską
część, „koło tych chamiw”. Ojciec jej córki
był chłopem („mamie było trochę niefajno”).
Nie poszła do ślubu, bo on nie
chciał. Nie wie, dlaczego. Ale córka wyszła
za szlachcica.
Nazwa wsi Hordynia pochodzi od dumy.
Hordist znaczy właśnie „duma”.
„Szlachcic z byle kim nie gadał! O, idzie
moja żona. Opowiedz, jak byłaś ubrana
do ślubu” – do kuchni, w której siedział
Iwan Juzwiak („Kułaczek”) i jego dwie
sąsiadki (wszyscy chłopi), weszła zgięta
wpół kobieta: „Miałam na głowie wianek
z barwinków… Te nasze wianki były
o wiele ładniejsze od ich welonów… Z tyłu
miały wstążki, sukienka była zwykła,
nie można było po lidnomu, zima była”.
Więcej na łamach wrześniowego „Znaku”
Zamów numer
MAGDALENA BOŻYK, etnolog
i antropolog
kultury,
współpracownik
Fundacji
Ośrodka „Karta”,
stypendystka
George Mason
University.
POCZĄTEK STRONY |