|

TEMAT MIESIĄCA:
Co słychać w Radiu Maryja?
Świat z wrogami w tle (fragment)
Z EWĄ BOBROWSKĄ rozmawia Małgorzata Pasicka
Wedle światopoglądu Radia Maryja trzeba walczyć o konkretne
wartości nie tylko dlatego, że są wyżej w hierarchii od innych. Gdzieś
głęboko tkwi przekonanie, że jeśli całe społeczeństwo przyjmie ten
system wartości, to wreszcie nastanie ład społeczny.
Dyskurs to – najogólniej rzecz ujmując – sposób używania języka. Jest Pani autorką wydanej
pod koniec ubiegłego roku książki o dyskursie Radia Maryja, w której analizuje Pani
teksty, jakie ukazały się na łamach „Naszego Dziennika”. Skąd wzięło się Pani zainteresowanie
tym tematem?
Najpierw zainteresował mnie dyskurs prasowy jako taki. Odwołałam się do pojęcia
wspólnoty dyskursywnej. Uczestnicy takiej wspólnoty – użytkownicy dyskursu – posługują
się wspólnymi regułami, a to powoduje, że w procesach komunikacji wytwarzana
jest określona wizja świata. Mówi się wręcz, że wspólna wizja świata jest istotą
wspólnoty dyskursywnej. Chciałam znaleźć metodę, która pozwoliłaby dotrzeć do reguł
stojących u podstaw generowanych w dyskursach wizji świata społecznego. Początkowo
miałam zamiar przeprowadzić analizę porównawczą kilku gazet, ale okazało się
to zbyt żmudnym zajęciem.
Wybór padł więc na „Nasz Dziennik”.
Tak się złożyło, że od „Naszego Dziennika” zaczęłam przegląd możliwych źródeł. Ale
poszukiwania objęły różne obszary: analizowałam „Trybunę”, „Nie”… Kiedy podjęłam
decyzję, że trzeba wybrać jeden tytuł, analiza „Naszego Dziennika” bardzo mnie już
wciągnęła, miałam w głowie pewne hipotezy. I na tym się skupiłam.
Czy dlatego, że dyskurs „Naszego Dziennika” był z jakiegoś powodu bardziej wyrazisty od
dyskursu innych gazet?
Na pewno był bardziej wyrazisty, bardziej jednolity, a tym samym łatwiej poddający się
analizie. O ile na łamach innych gazet ścierają się ze sobą różne dyskursy, o tyle w „Naszym
Dzienniku” dyskurs „radiomaryjny” jest monopolistą. Raczej nie pojawi się tu na
przykład dyskurs typowy dla publicystyki „Gazety Wyborczej”. Poza tym „Nasz Dziennik”
był interesujący, bo w powszechnej opinii skupiał ludzi wykluczonych, a mnie interesował
ich punkt widzenia.
Czy dobór tekstów (czerwiec–lipiec 2004) był podyktowany ówczesną sytuacją polityczną?
Może nasze wejście do Unii Europejskiej było jakimś momentem przełomowym, który szczególnie
silnie odbił się na eurosceptycznym dyskursie Radia Maryja?
Tak, moment był przełomowy, ale ważniejsze było coś innego. Pisałam tę książkę już
po objęciu władzy przez PiS. Pozycja Radia Maryja bardzo się wtedy zmieniła, znalazło
się ono w centrum bieżącej i bardzo gorącej debaty publicznej, a mnie potrzebny
był pewien dystans. Zależało mi na zachowaniu obiektywizmu, sięgnęłam więc do tekstów
wcześniejszych.
Zanim powrócimy do języka Radia Maryja w dobie IV RP, chciałabym zapytać o cel, jaki
przyświecał Pani jako badaczce. We wstępie do książki formułuje go Pani jako próbę opisu
i zrozumienia tego sposobu zaangażowania w życie publiczne, jaki proponuje Radio Maryja.
Pisze Pani: „Systematyczny kontakt z tą rozgłośnią i związanymi z nią mediami zwiększa
szanse na przyjęcie także i całego dyskursu, a z nim określonej wizji świata społecznego.
Na niej zaś mogą wyrastać określone postawy i skłonności do przyjmowania i formułowania
określonych idei”. Oczywiście, dyskurs medialny, czyli język, jakim przemawiają media,
kształtuje postawy odbiorcy. Jakie postawy kształtuje język Radia Maryja?
Zanim na to odpowiem, muszę zrobić jedno zastrzeżenie: analizowałam dyskurs, a nie
jego odbiorców. To, że nasze postawy kształtują się pod wpływem mediów, wcale nie
jest takie oczywiste. Zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że człowiek nie w pełni
przejmie tę wizję świata, którą generuje dany dyskurs. Może po swojemu interpretować
to, co słyszy bądź czyta, i inaczej się do tego odnosić. Dlatego nie można powiedzieć, że na pewno wszyscy czytelnicy „Naszego Dziennika” są z nim w pełni zgodni. Zdając sobie
z tego sprawę, wprowadziłam w książce pojęcie idealnego użytkownika dyskursu,
czyli kogoś, kto całkowicie go sobie przyswoił. I to jemu przypisuję pewne postawy.
Jeśli chodzi o postawy potencjalnie kształtowane przez dyskurs radiomaryjny, dwie
kwestie wydają mi się najistotniejsze. Pierwszą jest bardzo silny obraz wroga, który
w dodatku w wielu wypowiedziach staje się mityczny – zamaskowany. To przejście jest
bardzo ważne. Czym innym jest bowiem uznanie za wroga kogoś konkretnego i podjępodjęcie
z nim walki, czym innym jest natomiast wiara w istnienie wroga, który ukrywa swoje
zamiary i którego nie można łatwo rozpoznać. Taki wróg może czaić się wszędzie. Wiara
w istnienie kogoś takiego powoduje, że stajemy się potwornie podejrzliwi, bo właściwie
każdy może okazać się wrogiem. To jest, moim zdaniem, pierwszy niebezpieczny
element radiomaryjnego dyskursu. Zwłaszcza że polskie społeczeństwo wyróżnia
się na tle innych bardzo niskim poziomem zaufania społecznego, a tego typu dyskurs
utrwala i racjonalizuje postawę przesadnej podejrzliwości. Drugim problemem wyłaniającym
się podczas lektury „Naszego Dziennika” jest to, że ten dyskurs buduje wizję
świata, wedle której porządek społeczny jest w całości umocowany w porządku moralnym.
Za tym zaś idzie przekonanie, że warunkiem rozwiązania problemów jest narzucenie
całemu społeczeństwu jednego systemu wartości. Można powiedzieć, że dyskurs
ten jest podatny na dążenia trybalistyczne.
Więcej na łamach wrześniowego „Znaku”
Zamów numer
EWA BOBROWSKA, dr socjologii,
adiunkt
w Instytucie
Pedagogiki UJ.
POCZĄTEK STRONY |