|

REPORTAŻ
Układ egzotyczny (fragment)
TOMASZ PADŁO
Mandalaj jest nieformalną stolicą
przeszło półmilionowej społeczności
mnichów birmańskich. Przybysza
z zewnątrz obowiązują dwie zasady:
nie wchodzić w obuwiu do świątyń i nie
fotografować mnichów uprawiających
hazard.
Droga do Mandalaj
Śniade, szerokie w biodrach stewardessy
sprawnie poruszają się w ciasnym
przejściu pomiędzy siedzeniami Fokkera
F28. Pracując, nie przejawiają zbytniego
entuzjazmu, ale przed startem gorliwie
modlą się do Allaha. Zimna wołowina i naparstek sałatki są serwowane
bez „proszę” i „smacznego”, bez żadnego
kontaktu wzrokowego. Podczas startu
i lądowania żaluzje przy oknach samoczynnie
opadają, zaś po osiągnięciu
wysokości przelotowej z nawiewu zaczyna
kapać woda. Razem z nią spada
pierwszy karaluch. Drugi ląduje na oparciu,
trzeci – na siedzeniu obok. W „Bangladesh
Today” czytam o problemach
finansowych narodowych linii Bangladesh
Biman Airlines, których namacalny
przykład mam w kabinie: oprócz mnie
z 9-milionowej Dhaki do 6-milionowego
Rangunu leci tylko siedmiu pasażerów.
Bangladesz i Birma mają w sumie przeszło 160 milionów mieszkańców,
a łączy je dwieście kilometrów wspólnej
granicy bez przejść granicznych i tylko
dwa loty tygodniowo.
Międzynarodowy port lotniczy w Rangunie
kubaturą przypomina podrzeszowską
Jasionkę: obłożony dyktą hol (wspólny
dla odlotów i przylotów) z punktem
odpraw, kontrolą paszportową i stolikiem
informacji turystycznej. Jedna taśma
bagażowa, kilku pasażerów oczekujących
na lot do Bangkoku i tłum taksówkarzy,
dumnych posiadaczy wysłużonych
„japończyków”. Toyota corolla z późnych
lat 80. niewątpliwie pretenduje do bycia
symbolem birmańskiej stolicy. Embarga
nałożone na Birmę przez większość
państw świata sprawiły, że samochody
sprowadza się niemal wyłącznie z Chin
i Tajlandii. Choć gigantyczne cła kształtują
cenę 10-letniej toyoty na poziomie 20
tys. dolarów, mała siła nabywcza birmańskiej
waluty wydłuża jednak jej cykl życiowy
do ponad trzydziestu lat.
Aung Aung, taksówkarz, prowadzi
więc samochód dumnie, ale pewnie. Jego
zawód łączy się tu z zawodami przewodnika,
kabareciarza i „konika”. Wymieni
dolary, pokaże pagodę, poleci odpowiedni
hotel, ostrzeże przed nieuczciwymi
kierowcami. Pewnie dlatego jest
taki drogi.
Droga z Rangunu do Mandalaj to najważniejsza
droga w kraju. Na rządowej
mapie zaznaczono ją jako autostradę
i, faktycznie, kilkanaście kilometrów za
stolicą natrafiamy na punkt poboru opłat.
Współpasażer autobusu uśmiecha się szeroko
i wyciąga ze swojego zasobu obcych
słów pojedyncze: „highway”. 600-kilometrowa
highway nie wszędzie jest wyasfaltowana
i przeważnie ma tylko jeden
pas ruchu. Znacznie więcej niż pojazdów
silnikowych porusza się nią rowerzystów,
ręcznych wózków i bawołów. Sporadycznie
pojawiają się nawet psy i kury.
Autokar, uprzednio jeżdżący po lewostronnych
drogach Tajlandii, sprawnie
dostosował się do ruchu prawostronnego.
Szczególnie istotna jest rola osoby-pilota
sygnalizującego możliwość wyprzedzania.
Siedemnastogodzinna podróż do
Mandalaj nie wydaje się szczególnie czasochłonna.
Więcej na łamach wakacyjnego „Znaku”
Zamów numer
TOMASZ PADŁO, fotograf,
doktorant
w Instytucie
Geografii i
i Gospodarki
Przestrzennej UJ.
POCZĄTEK STRONY |