Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

LIPIEC–SIERPIEŃ 2008, NUMER 638–639

Strona główna


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 


TEMAT MIESIĄCA:

Świat patrzy na Chiny



Wejście Smoka
(fragment)

WOJCIECH LUBOWIECKI


Rok 2008 wyniósł Chiny na czołówki gazet z różnych powodów. Od krwawego stłumienia zamieszek w Lhasie, poprzez trzęsienie ziemi w Syczuanie, aż po pekińskie igrzyska olimpijskie. Czy stanie się cezurą w procesie tworzenia nowego światowego mocarstwa?

Zwykle łatwiej oceniać historyczne znaczenie wydarzeń z perspektywy czasu, dlatego wyraźniejszym przełomem we współczesnej historii Chin jest rok 1978 i przemówienie Deng Xiaopinga na kongresie partii komunistycznej, zwiastujące zmianę kierunku i początki akceptacji gospodarki rynkowej. Trzydzieści lat później pozycja Chin jako kandydata do miana światowego mocarstwa nie opiera się wyłącznie na ich zdolnościach nuklearnych i najliczebniejszej armii. Pod wieloma względami, nie tylko gospodarczymi, Chiny są już światową potęgą. Na tym jednak chiński proces wzrostu się nie kończy. Właściwie dopiero się zaczyna.

Europa i Ameryka stają więc wobec problemu rosnącej konkurencji ze strony rodzącego się supermocarstwa, i to w dziedzinach czy rejonach, które wydawały się – zwłaszcza po upadku Związku Radzieckiego – wyłączną domeną Zachodu. Najlepszym przykładem jest Afryka. Kontynent, zdominowany jeszcze pół wieku temu przez białego kolonizatora, był przez pewien czas areną pobocznej, momentami krwawej konfrontacji zimnowojennej. Dziś Afryka jest miejscem, w którym ścierają się wpływy Zachodu i Chin i w którym Chiny robią zawrotną karierę. Czy jednak oznacza to dla Zachodu, że powstaje jakieś nowe zagrożenie?

Zaledwie dwadzieścia lat temu świat opisywano w kategoriach bipolarnych, z Waszyngtonem i Moskwą stanowiącymi przeciwstawne sobie bieguny. Kilka lat później dominowała teoria porządku unipolarnego, dla którego pierwsza, udana (częściowo) wojna w Iraku stanowiła tylko przygrywkę. Dziś mówi się częściej o cywilizacji postamerykańskiej, o świecie, w którym Stany Zjednoczone odgrywają nadal kluczową, ale już nie wyłączną rolę globalnego mocarstwa. Ostatnie dwie dekady przyniosły stały wzrost pozycji Europy, nie tylko jako sumy jej tradycyjnych potęg politycznych, ale także w postaci Unii Europejskiej, której globalna rola jest często niedoceniana, zagłuszona szumem eurosceptycznej propagandy. Ostatnie lata wprowadziły wreszcie lub przygotowały do wejścia na globalną arenę nowe potęgi, przede wszystkim Chiny i Indie. Stojąc wciąż jeszcze u progu nowego stulecia, słyszymy deklaracje o jego nowym charakterze, odbiegającym wyraźnie od wizerunku XX wieku. Czy jednak ten nowy wiek będzie stuleciem Europy, jak twierdzą niektórzy, czy Chin, jak powiadają inni?

Dla unijnych ambicji prawdziwym ciosem, choć nie śmiertelnym, jest katastrofa traktatowa. Nie dlatego, że na podstawie Nicei nie da się jeszcze jakiś czas skutecznie funkcjonować, ale dlatego, że przegrane referenda w Holandii, Francji i ostatnio w Irlandii pokazują, że Europejczycy nie mają apetytu na kontynentalną mocarstwowość. Unia 27 krajów działa z trudem, ale jakoś działa. Ten polityczny minimalizm to jednak za mało na globalnej scenie. Jak napisał w „Financial Times” Gideon Rachtan, „występowanie w roli supermocarstwa bywa męczącą i brudną robotą”, a stan obecny, pewien mocarstwowy niedorozwój Europy, to rodzaj przyjemnej „nirwany”. Minimalizmu obywateli nie podzielają brukselscy eurokraci, systematycznie wiążący nićmi porozumień gospodarczych i politycznych kraje ościenne z Unią. Ale całą Europę mogą wyrwać z letargu dopiero politycy z wizją, europejscy odpowiednicy Baracka Obamy. Europejskim Obamą nie jest ani Silvio Berlusconi, ani Gordon Brown. Na razie XXI wiek ma większe szanse zostać stuleciem mocarstwa rodzącego się na Wschodzie.

Tak jak wiktoriańska Anglia była motorem światowej gospodarki i tak jak tę rolę pełniły przez dziesięciolecia Stany Zjednoczone, tak dziś serce globalnej manufaktury zaczyna bić nad Jangcy. Nie powinno więc nikogo dziwić, że Chiny, zyskując miano kraju, którego wkład w światowy wzrost jest największy, wysunęły się też przed Stany Zjednoczone w mniej chlubnej kategorii największego truciciela atmosfery. Chiny produkują większość towarów w porażającej liczbie kategorii, od telewizorów, po buty i zabawki. Ale warto pamiętać, że nadal wartość produktów przemysłowych wytwarzanych w Ameryce jest wyższa; więcej produkuje także Japonia. Chiny robią wrażenie monopolisty w światowym handlu, a tymczasem ich import–eksport nie dorównuje jeszcze ani Niemcom, ani Stanom Zjednoczonym. Jeszcze pięć lat temu ważniejszym od Chin partnerem handlowym dla Unii Europejskiej była... Szwajcaria. Mimo tych porównań osłabiających mocarstwowy wizerunek azjatyckiego Smoka żadna z tradycyjnych potęg gospodarczych nawet nie zbliża się do chińskich statystyk wzrostu gospodarczego w ostatnim ćwierćwieczu. Choć, to prawda, dla Chin punktem wyjścia była nędza, a od dna przecież odbić się najłatwiej.

Więcej na łamach wakacyjnego „Znaku”

Zamów numer

WOJCIECH LUBOWIECKI, były korespondent RMF FM w Londynie i były wiceszef Polskiej Sekcji BBC, w latach 2003–2005 korespondent BBC w Brukseli.

 

 

POCZĄTEK STRONY

Szukaj na stronach Wydawnictwa ZNAK

 

 

 


E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by SIW ZNAK Sp. z o.o.
Strona wykonana przez Akrateia Inc.