|

TEMAT MIESIĄCA:
Świat patrzy na Chiny
Chiński optymizm (fragment)
Z KRZYSZTOFEM GAWLIKOWSKIM rozmawia
Marcin Żyła
Gdyby w kulturze chińskiej istniał duch ekspansji, już dawno wszyscy
mielibyśmy skośne oczy. Chiny potępiały wojny i dlatego są jedynym
starożytnym państwem, które istnieje do teraz. A jak wygląda dziś
Forum Romanum? Czy rzymskich kapłanów widać nadal na stopniach
Kapitolu?
Zanim porozmawiamy o sprawach aktualnych, przenieśmy się na chwilę w przeszłość.
Pierwszy raz pojechał Pan do Chin jeszcze przed rewolucją kulturalną. Jakie skojarzenia
przychodzą na myśl, kiedy wspomina Pan tamte stare Chiny – Chiny, które już nigdy nie
wrócą?
Przede wszystkim, były to jeszcze Chiny ze starą, wiejską mentalnością i obyczajami…
Kiedy jeździłem rowerem po podpekińskich wsiach, dzieciaki biegały za mną, wołając:
„yang guizi laile!” – „diabeł zamorski przyjechał!”. I nie było to jedynie określenie figuratywne.
One rzeczywiście nie całkiem były pewne, czy mają do czynienia z człowiekiem
czy z siłą nieczystą. Olbrzymia była przepaść dzieląca cudzoziemca od zwykłego
Chińczyka...
Był to kraj biednych ludzi. Na ulicach Pekinu widziało się przechodniów w ubraniach
łatanych tylokrotnie, że trudno było dostrzec pierwotną tkaninę – to była łata na łacie!
Brakowało materiałów, a te, z których korzystano, były marnej jakości i szybko się zużywały.
Wielu moich kolegów studentów miało po koszuli i jednej parze spodni. Jeśli
wieczorem wyprali ubranie, nie zawsze wyschło do rana. Musieli je wkładać wilgotne.
Stary Pekin – to było miasto tradycyjnych, parterowych domków, bardzo zresztą przeludnionych.
Ale metraż w takim mieście liczono inaczej: właściwie całe życie toczyło
się na podwóreczkach między zabudowaniami, które układem architektonicznym przypominały nieco rzymskie atria. Kiedy pod koniec kwietnia nastawały letnie upały,
ludzie wynosili łóżka na ulice i spali przed domami. Sąsiedzi wiedzieli, co dzieje się
w każdej rodzinie i często sobie pomagali nawzajem. W zaułkach ulic były krany z wodą
i wspólne toalety. Tradycyjnie w Chinach nie rozdzielano ściśle sfery publicznej od
prywatnej. Po chińsku takie podwórka nazywają się jiâ – słowo to oznacza również „rodzinę”,
„domostwo”. Teraz, wraz z powstaniem nowoczesnych osiedli, zmienia się styl
życia pekińczyków. Bywa, że wyprowadzający się ze starych kwartałów miasta protestują,
bo wraz ze zmianą adresu tracą całe życie sąsiedzkie. Trafiają do zamkniętych,
betonowych bloków, w których mieszkają odseparowani od współlokatorów.
Tych dwóch miast – starego i nowoczesnego Pekinu – nie sposób w ogóle porównywać.
Nie ma już dawnego centrum. Nowe ulice powstają w niewyobrażalnym dla nas
tempie. Średnio co dwa–trzy lata przybywa stolicy kolejna obwodnica! Czy pamięta Pan
hasło Lecha Wałęsy o zbudowaniu w Polsce „drugiej Japonii”? Otóż Chińczycy zbudowali
już „drugą Japonię” u siebie i na miejscu starego Pekinu stoi teraz „drugie Tokio”.
Za czasów Mao Zedonga stolica miała nieco powyżej miliona mieszkańców, a dziś liczy
ich kilkanaście! W podobny sposób odmieniły się niemal wszystkie miasta w Chinach,
nawet te powiatowe. Zmiany, które zaszły tam od początku lat 80., miały fundamentalny
charakter. Był to skok z „koszarowego”, pół-konfucjańskiego komunizmu do o wiele
bardziej nowoczesnej i uprzemysłowionej krainy konsumeryzmu.
Spróbujmy zdać sobie sprawę z tempa tych przeobrażeń: mówi Pan o zmianach cywilizacyjnych,
które w Europie i Ameryce Północnej zajęły prawie trzysta lat, a w Chinach trwały
niecałe pół wieku.
Był to „skok” z cywilizacji agrarnej do – nierzadko – postindustrialnej. Jeszcze za czasów
Mao Chiny pozostawały w zasadzie krajem rolniczym z nielicznymi wysepkami
miejskimi. Wielkim miastem był niewątpliwie Szanghaj i jego mieszkańcy uważali to
za powód do dumy. Pekin miał zaś charakter „wielkiej wsi” z kilkoma wyższymi budynkami
w centrum.
Tamte Chiny różniły się od Europy mentalnością, także w dziedzinach o wiele ważniejszych.
Na przykład u nas mieliśmy do czynienia z rozdzieleniem religii i państwa. Max Weber
słusznie podkreśla, że jest to fundament cywilizacji zachodniej. Zupełnie inaczej było
w Chinach. Tam cesarz był najwyższym kapłanem. Swój oficjalny strój wkładał tylko przy
dwóch okazjach: kiedy przyjmował poselstwa z zagranicy oraz podczas religijnych obrzędów
składania ofiar. Podobnie wszyscy jego urzędnicy w prowincjach pełnili najważniejsze
funkcje kapłańskie na danym terenie. Były one nawet ważniejsze od administracyjnych.
To cesarz określał, co jest dobre, a co złe, w mistyczny sposób kształtując człowieczeństwo
w każdym ze swych poddanych. My, na Zachodzie, przyjmujemy zgodnie z tradycją
biblijną, że dusza jest tchnieniem Bożym i dlatego zakładamy jej nieśmiertelność. Stąd też
wywodzimy przyrodzoną godność człowieka. Z punktu widzenia tradycji chińskiej nie
wszyscy ludzie mają ludzką duszę. Każda istota – dziecko, szczeniak czy świniak – rodzi
się z taką samą „duszą biologiczną”, zwaną tam po. Niektórzy ludzie rozwijają się i z czasem
formują w sobie ponadto duszę racjonalną i moralną – hun. Dusza biologiczna znika
wraz z rozkładem ciała po śmierci. Natomiast ta moralna może przetrwać przez wiele
pokoleń pod warunkiem, że będzie żywiona i pozostanie pod opieką potomków. Tylko
potomków – obcy nie mogą jej „karmić”. Dlatego właśnie w Chinach tak ważne były rody:
dusza istniała tylko, jeśli żyli potomkowie danej osoby. Te „dusze moralne” mogły mieć
jeszcze różne „wymiary” – od niewielkich do „gigantów”, o ogromnych mocach, stających
się mędrcami czy nawet bóstwami. Bycie prawdziwym człowiekiem stanowiło więc
dla Chińczyka pewne zadanie. W pełnym tego słowa znaczeniu można się było nim stać
na skutek oddziaływania cesarza – jego pouczeń moralnych, kultury, którą upowszechniał,
jego mistycznego oddziaływania – oraz samodoskonalenia.
Więcej na łamach wakacyjnego „Znaku”
Zamów numer
KRZYSZTOF GAWLIKOWSKI, dr hab.,
prof. SWPS,
założyciel
Centrum Azji
i Pacyfi ku
w ISP PAN,
red. nacz.
pisma „Azja-Pacyfik”.
POCZĄTEK STRONY |