70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Prawda nas zaboli. O „Wściekłym psie” Wojciecha Tochmana

Pod koniec ubiegłego roku dostaliśmy do rąk kolejny zbiór reportaży Wojciecha Tochmana. Składa się nań dziewięć różnych historii, z których pierwsza i ostatnia stanowią klamrę spinającą całość: to samo zdarzenie opowiedziane zostaje w różny sposób i z różnej perspektywy.

Podobnie jak większość książek Tochmana także i ta traktuje przede wszystkim o cierpieniu. Pod względem formy Wściekły pies najbardziej przypomina chyba dawniejszy zbiór Schodów się nie pali: różne historie, różni ludzie, różne sytuacje graniczne. O ile jednak tam znajdowaliśmy wiele świadectw ujawniającej się w obliczu cierpienia ludzkiej siły, tutaj znajdujemy więcej opowieści o ludzkiej słabości. Nie tyle słabości samych cierpiących, choć to także, co ludzi ich otaczających. Szukając prawdy o ludziach i wydarzeniach,  autor stara się wejrzeć do wnętrza pojedynczego człowieka, a jednocześnie skruszyć nieludzką maskę, jaką przywdziewa społeczność w odruchu samoobrony przed poczuciem odpowiedzialności za wyrządzone zło, za niewyświadczone dobro, przed empatią dla niezawinionego cierpienia. Hanna Krall, która jako reporterka nie zapuszczała się raczej w zakamarki duszy, zauważa: „[…] reportaż jest coraz bardziej zachłanny i wchodzi w rewiry zastrzeżone dotychczas dla literatury pięknej. Okazuje się, że o mrocznych sekretach duszy można również pisać reportaże. Nie wyobrażałam sobie nigdy, że można pisać o tym, o czym piszą Wojtek Tochman czy Mariusz Szczygieł. Oni poszerzają granice gatunku”[1]. To poszerzanie granic nie jest jednak bezduszną inwazją w czyjeś wewnętrzne życie. Tochman podchodzi do swoich bohaterów jak zwykle z wielkim taktem, a jeśli odważa się zajrzeć w ludzkie wnętrze to po to, żeby pomóc – sobie i nam – dojść do Prawdy.

Tochman pokazuje w swoich tekstach, że prawda może wyzwalać, lecz jednocześnie musi boleć. Dlatego ludzie się jej boją. Bywa niewygodna.

Ksiądz, czynny homoseksualista zakażony wirusem HIV, bohater tytułowej opowieści Wściekły pies, cierpi z powodu niemożności ujawnienia prawdy o podwójnym życiu, jakie prowadzi. Nie mając nikogo bliskiego, komu mógłby się zwierzyć z wewnętrznego rozdarcia, w wyobrażonej homilii zwierza się parafianom: „Ja nikogo takiego nie mam. Ja do was przychodzę. / Czasem się boję. Śni mi się pies, warczy, pianę toczy z pyska. A ja bez ruchu. Zbity. / Nie potrzebuję waszej litości. Ani waszego zrozumienia. Chciałabym tylko, żebyście pozwolili mi być między wami. / Jestem sam. Pies patrzy i czeka”. Czym jest wściekły pies, szykujący się do ataku? Może to groźba napiętnowania, jakie czekałaby księdza, gdyby ujawnił swoją prawdę. Może społeczność, która gotowa jest w każdej chwili wybuchnąć nienawiścią. A może  śmierć. Niekoniecznie fizyczna, bo przecież stygmatyzacja oznaczałaby konieczność odejścia z duszpasterstwa, co dla duchownego i teologa byłoby równoznaczne z unicestwieniem. O tym, że spowiedź, którą czytamy, nigdy nie doszła do skutku, dowiadujemy się dopiero na końcu. Ksiądz milczy i najprawdopodobniej będzie milczał nadal, niosąc samotnie ciężar własnej skrywanej prawdy. Na zewnątrz pozostanie takim, jakim chcą go widzieć wierni. Dla zilustrowania tej obopólnej hipokryzji, Tochman sięga po retoryczne narzędzie dla swego pisarstwa typowe:  pozornie przyjmuje punkt widzenia, który krytykuje. Tutaj wciela się w rolę księdza antycypującego reakcję ludzi na jego krzyk rozpaczy: „Lepiej nie zadawać sobie pytania, czy w i wokół na jest homoseksualny ksiądz. / Jest! / Interia.pl, czateria, gay, tysiąc dwustu gejów online. […] Ciekawość narasta, jest podniecenie, lęk. Jest seks. / A potem przychodzi pustka. Smutek./ Mówicie: dość? Po co w sprawę tak głęboko wnikać? Czemu miałoby to służyć? / Prawdzie!” Ksiądz wie, że mówiąc to wszystko, naraziłby się na społeczne potępienie. Ale najbardziej boi się tego, że jego świadectwo zachwiałoby  wiarą słuchaczy: „nie kamienia w waszych dłoniach się lękam. Wstydzę się, że was gorszę. I boję się tego. Że mnie słuchacie i myślicie: wszystko, w co wierzyliśmy, nie ma żadnego sensu. Kościół jest bez sensu i Pan Bóg jest bez sensu. A przecież tak nie jest. I grzesznik w Kościele, nawet jeśli jest księdzem, swój wielki sens ma. I moje cierpienie też”.

Sensu cierpienia szukają wszyscy bohaterowie Tochmana. I często to poszukiwanie zazębia się z kwestiami wiary. Najdramatyczniejszy przykład znajdujemy w reportażu Mojżeszowy krzak otwierającym cały zbiór. Tak samo jak tekst końcowy (Amen), opowiada o wypadku autokaru wiozącego maturzystów na pielgrzymkę: wielu zginęło z płonącym pojeździe, a wielu straciło zdrowie. Tekst pisany jest z punktu widzenia ofiar, które przeżyły, głównie młodej katechetki i jednego z maturzystów. Jej głębokie przekonanie o sensowności niewytłumaczalnych po ludzku strasznych wydarzeń i jego zwątpienie, a potem powrót do wiary (wewnętrzną przemianę symbolicznie ilustruje gest zdjęcia i włożenia medalika), a także głęboki spokój matki dziewczynki zmarłej wiele dni po wypadku („Z naszego cierpienia, córeczko, musi by jakieś dobro”) zestawiona zostaje z przerażającą w swoim cynizmie wypowiedzą księdza prowadzącego inną autobusową pielgrzymkę, której uczestnicy byli milczącymi świadkiem rozgrywającej się na szosie tragedii. Z bezduszności własnego zaniechania ksiądz usprawiedliwia się Bogiem i odpowiedzialnością. Zdanie: „To była pielgrzymka, to, co się stało, trzeba rozpatrywać w kategoriach wiary” brzmi jak kpina zarówno z wiary i Boga, jak i z powagi sytuacji. Fakt, że ta wypowiedź dźwięczy w naszych uszach fałszywie, to chyba znak, że dostrzegamy straszną hipokryzję tkwiącą w tym samousprawiedliwieniu. Moralną dwuznaczność asekurowania się religią i Bogiem ilustrują zacytowane przez Tochmana słowa nauczycielki porównującej pożar autobusu do obrazu biblijnego mojżeszowego krzewu.

Cierpienie niezawinione jest niepojęte i jako takie domaga się racjonalizacji. Ale ta racjonalizacja może obrócić się przeciw niewinnemu.

W reportażu Amen, pisanym z punktu widzenia rodzin ofiar wypadku, Tochman pokazuje, w jaki sposób ludzka małość przekształca pytanie o przyczyny cierpienia w pragnienie zemsty. Zjednoczeni w nienawiści rodzice zabitych dzieci, niczym tytułowy dla całego tomu wściekły pies, walczą o nieupamiętnianie kierowców,  uznając ich za zabójców. Kierowcy także zginęli, ale na tablicy poświęconej zabitym ich nazwiska się nie znajdą, ich rodzinom odmówi się współudziału w żałobie. Jedynym, który nie feruje wyroków, jest ocalały, lecz poważnie okaleczony chłopak: żyjąc jakby w zawieszeniu między światem żywych a umarłych, nikogo nie oskarża, a ze swojego oddalenia zdaje się widzieć więcej. „Nie winię nikogo […], ale w każdym mógłbym znaleźć winę. […] Rodzice moich spalonych koleżanek myślą, że skoro byłą niesprawiedliwość i skoro było zło, to musi być kara”.

Człowiek cierpiący zawsze jest sam. Ludzie nie lubią zetknięcia z cierpieniem, a cierpiący często skazani są na zupełną izolację. Czasami właśnie ta samotność jest dodatkowym źródłem cierpienia. Samotna jest matka zaginionej przed laty i nigdy nie odnalezionej dziewczynki z reportażu Zażalenie. Samotny jest ksiądz-homoseksualista. Samotny jest Kuba, „ocalały pielgrzym” z reportażu Amen: zdrowym kolegom przypomina ich własne traumatyczne przeżycia, od których chcieliby uciec, a rodzicom ofiar przypomina o ich własnych zmarłych dzieciach. Samotny jest depresyjny syn Zdzisława Beksińskiego z tekstu Leży we mnie martwy anioł i uwięziony w swym ciele turetyk (Więzień). Samotna jest wreszcie bohaterka tekstu Atmosfera miłości, walcząca o wyrok dla miejscowego proboszcza-pedofila. Jej historia, w sposób chyba jeszcze bardziej dramatyczny niż Mojżeszowy krzak i Amen,obnaża okrucieństwo społecznego napiętnowania. Samotność Aliny P. jest bezgraniczna: ci, którzy powinni zjednoczyć się z nią we wspólnym froncie dochodzenia prawdy, stają po przeciwnej stronie, jednocząc się z krzywdzicielem. Nie wiemy, czy kilku cichych sprawiedliwych zdołała ocalić prawdę, zanim ziejąca nienawiścią większość, ten wściekły pies, rozszarpie swoją ofiarę. Anonimowy list wzywający Alinę P do odwołania zeznań i wychowania dzieci w „atmosferze miłości” brzmi podobnie fałszywie i cynicznie, jak słowa księdza z Mojżeszowego krzaka. Przecież właśnie jesteśmy świadkami tego, jak „atmosfera miłości” zabija człowieka. Także i tutaj Tochman obnaża ludzkie zakłamanie, pokazując, w jaki sposób zmanipulowany zostaje sam język.

Człowiek manipuluje i faktami, i słowami, aby wykreować „prawdę” wygodną dla siebie, a tę niewygodną – pominąć. Nikt nie chciał pamiętać o tym, że na „mojżeszowy krzak”, płonący autobus, bezczynnie patrzyli ludzie z sąsiedniego autobusu. Nikt nie chce uznać, że kierowca sam stał się ofiarą wypadku, który – najprawdopodobniej niechcący – spowodował. Prawdę medialną ukształtowały prywatne interesy.

Bohaterka Atmosfery miłości także nie liczy na to, że jej prawda zwycięży: „Bo w tutejszej wsi prawda nie jest tak ważna, jak ważne jest to, co ludzie mówią”. Przekroczenie granicy tego, co nie chce dać się uzewnętrznić, odkrycie tego, co skrywane, dotarcie do Prawdy – oto zadanie dla dobrego reportera. Ale dotrzeć do prawdy to znaczy wstrząsnąć czytelnikiem, pokazać mu zakłamanie, w którym być może sam tkwi. Tochman jest świadom, że to co pisze, nie jest dla ludzi przyjemne. W rozmowie z Mają Jaszewską mówi: „[…] mnie się wydaje, że wielu ludzi nie chce mnie czytać.[…] Boją się, że zburzę ich spokój. Może to nie jest normalne, ale mnie to burzenie spokoju jakoś ekscytuje”[2].

Prawda i cierpienie to chyba dwa słowa klucze do Tochmanowego pisarstwa. Ujawnienie prawdy, a czasem przeciwnie: jej skrywanie, staje się powodem cierpienia. A jaka jest prawda o samym cierpieniu? Niektórzy bohaterowie okazują w cierpieniu wielką dzielność. Inni – przeciwnie. Reportaże Więzień, o chorym na zespół Tourette’a, i Leży we mnie martwy anioł, o Tomaszu Beksińskim, pokazują, jak cierpienie może stać się celem życia i narzędziem terroru dla najbliższych. Turetyk, któremu nasilone tiki nie pozwalają na normalne funkcjonowanie, dla własnej wygody wcale nie stara się nad nimi zapanować, tkwiąc uparcie w więzieniu ciała i domu. Tomasz Beksiński, z własnego wyboru zamknięty w swojej mrocznej „krypcie”, pozwala się obsługiwać rodzicom, żyjącym w ciągłej obawie przed jego zapowiedzianym samobójstwem. Obaj mężczyźni cierpią i Tochman wcale ich cierpienia nie podważa. Pokazuje tylko okrucieństwo samego cierpiącego. Tak jest także w wypadku zbiorowego cierpienia rodziców z reportażu Amen.

Spośród dziewięciu składających się na tę książkę reportaży właściwie tylko jeden ma wydźwięk optymistyczny. Paradoksalnie, to także jest opowieść o ludzkiej tragedii: historia „człowieka, który powstał z torów”, po tym jak w niewiadomych okolicznościach doznał urazu i stracił pamięć, tracąc zarazem dom, pracę i tożsamość. To historia o odbudowywaniu tego, co utracone, o budowaniu siebie na nowo. Dzięki pomocy ludzi dobrych, człowiek, który utracił wszystko, nauczył się żyć na nowo i znalazł sens istnienia.  Pytanie, którego nie możemy sobie nie zadać, jest dramatyczne: czy żeby spojrzenie nabrało światła potrzebna jest aż utrata pamięci? Czy warunkiem szczęścia jest odcięcie od prawdy? A jeśli tak, to czy smutek jest jedynym możliwym i usprawiedliwionym, jedynym ludzkim spojrzeniem na świat? To, o co przede wszystkim chodzi Tochmanowi w całym jego pisarstwie, chyba najlepiej wyraził on sam, relacjonując wymianę zdań do jakiej doszło podczas spotkania z francuskimi czytelnikami. Pewna kobieta zapytała wtedy Tochmana, czemu jego pisarstwo jest takie pesymistyczne: „Coś jej powiedziałem na okrągło, grzecznie. Ale najchętniej powiedziałbym jej wprost: „«Piszę także po to, by choć na chwilę z pani twarzy zniknął ten uśmiech»”[3].


[1] J. Antczak, Reporterka. Rozmowy z Hanną Krall, Warszawa 2007, s. 52.

[2] W co wierzę? Rozmowy Mai Jaszewskiej, Kraków 2007, s. 134.

[3] Ibid, s. 135


Wojciech Tochman, Wściekły pies, Wydawnictwo Znak, 2007, s. 168.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata