70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Byzantion

Pod koniec listopada wybrałem się do Dominikanów na koncert bizantyjskiej muzyki liturgicznej; miał śpiewać najlepszy ponoć kantor na świecie.

W kościele było chłodno i ludno, na końcu prezbiterium stało pięciu ciemno ubranych mężczyzn, nadstawiano uszu, bo do nawy głównej śpiew dochodził z daleka. Mimo to wypełniał przestrzeń XIII-wiecznego, klasycznego gotyku. Głęboki, niski głos, basso continuo, był drabiną, po której wspinały się pozostałe głosy, nakładając się niekiedy na siebie, podtrzymując wzajemnie w swym dążeniu. Śpiewano pieśni z całego roku liturgicznego. Z głębi struktury harmonicznej wydobywały się często tony pastoralne. Beczały stada owiec i kóz, biegnące po górach, czuło się spiekotę dnia, majestat gwiaździstej nocy.
Śpiew bizantyjczyków zwracał się ku Stwórcy. W sposób radykalny, hymniczny zwracało się w tym śpiewie ku swemu Stwórcy całe stworzenie, cały kosmos. Była to wielka różnica w stosunku do muzyki nowożytnej. Jako muzyczny laik, w trakcie słuchania oddający się grze wyobraźni, właśnie tę różnicę próbowałem chwytać i przyswajać. Odczuwałem ją jak przypływ morza, pełnię księżyca. W porównaniu z muzyką obecną uderzało świadome samoograniczenie i wyrzeczenie dawnych kompozytorów.
Powaga i telluryczny blask melodyki wywoływały obrazy, które sobie kiedyś tam, pod wpływem lektur historycznych, uroiłem. Był to przecież śpiew zza grobu potężnego, teokratycznego imperium, którym było państwo basileusów. I to, co zostało w śpiewie liturgicznym odrzucone – ruchliwość i żywotność miejskiej, kupiecko-militarnej cywilizacji Bizancjum – wyobraźnia próbowała czynić tłem dla muzyki. Ale krótko. Niewybredne rozrywki motłochu, intrygi mnichów i eunuchów, gonitwy wokół hipodromu, walki stronnictw, okrucieństwa i akty heroiczne nie miały nic wspólnego z tymi hymnami. Śpiew i jego asceza były pozaświatowe. Czas historyczny był osądzony, pozbawiony samodzielnej wartości. Więc siedziałem sobie skupiony, żadnych obrazów nie rojąc.

Koncert urzeczywistnił pewne samorodne wyobrażenie, właściwie marzenie, które nawiedzało mnie od dzieciństwa. Nigdy nie sprecyzowane, zawsze kołysało się jak łódka na przystani, gotowa do żeglugi. Może to skłoniło mnie do wycieczki na Torcello? W czasie jesiennej bytności w Wenecji postanowiłem wybrać się razem z Klementynką do starej bizantyjskiej katedry na wyspie. Reszta rodziny krążyła po Biennale w poszukiwaniu the electric sheeps sztuki współczesnej, my wyruszyliśmy na morze.
Vaporetto warczało jak wiertło dentystyczne. Zamieranie obrotów śruby kończył gruchot i stukot. Rozbolała mnie od tego głowa, byłem przeziębiony, gorączkowałem. Ale na wyspie było spokojnie. Głosy nielicznych turystów rozpraszały się jak wołanie mew. W starej katedrze miałem znowu uczucie opuszczenia, jakie ma chyba każdy chrześcijanin w licznych w Europie świątyniach uznanych za muzea. W apsydzie ołtarzowej obejrzeliśmy Marię. Po jej obraz tu przyjechaliśmy. Czarna Maria na tle złotej mozaiki – wysoka i smukła Greczynka, która wyszła na plac w świątecznej szacie.
Weszliśmy na wieżę. Lagunę marszczył wiatr, na horyzoncie widać było maleńkie kominy i dźwigi Mestre, trzciny na atolach kładły się pod zimnym podmuchem, który parł w oczy i wyciskał łzy. Po drodze na przystań, zziębnięci, weszliśmy do małej restauracji z kominkiem, gdzie Klementynka zjadła ogromny kotlet i masę frytek, a ja gorącą zupę rybną i piwo.
– Co ci to przypomina, Klementynko?
– No wiesz… tam, gdzie byliśmy kiedyś, i gdzie na murze był odcisk ręki diabła.
Jasne. Spod Łęczycy przeniosłem się myślami do Wenecji, do bazyliki Świętego Marka. Pierwsze moje doznanie – chęć ucieczki, oburzenie, pragnienie natychmiastowej zemsty – kiedy wolno posuwałem się ku Pala d’Oro w zbitym, hałaśliwym tłumie turystów. Za drugim razem wrażenie, które weszło głębiej i napotkało wczesne zarysy świata. Przysadzistość budowli bizantyjskiej, jej chropowata przestrzenność, wygnieciona i wybrzuszona posadzka. Niskie kopuły, które jak dmuchawce albo purchate smardze trzymały się ściółki sklepienia, a które dopiero potem podwyższono, jako nie dość reprezentacyjne dla republiki, nakrywszy je rusztowaniami. Sympatia do naturalnego uduchowienia sztuki Bizancjum. Odruch, żeby tędy pójść.
Zawsze podróżujemy śladami przyjaciół. Dwaj szlachetni rycerze, których spotkałem po powrocie do kraju, wrzucili grosik do mojej skarbonki.
– Torcello… a tak. Pierwszy raz byliśmy tam z Mają w końcu lat pięćdziesiątych. Kościół był bardzo zaniedbany. Panna Maria oczywiście piękna, chociaż przyniszczona. A za ołtarzem stała woda, wyobrażasz sobie, Janku? Brudna, morska woda! W domu Bożym nie uchodzi… – Zbyszek Makowski znacząco przeciąga głoskę o za u. – Nie uchodzi. Stwierdzam to jako niedowiarek.
– Torcello? Pojechaliśmy tam z Małgosią dwa miesiące temu. Czy zauważyłeś, że oni w katedrze mieli kamienne okiennice? Pierwszy raz coś takiego widziałem… – Krescenty Maria Głazik szczegółowo opisuje okiennice, na które nie zwróciłem uwagi.

Przeczytawszy raz jeszcze, co napisałem, widzę dziwny błąd czasowy. Zdarza mi się on nie po raz pierwszy. Przecież koncert u Dominikanów, na którym byłem w listopadzie, nie mógł mnie skłonić do wycieczki na Torcello, dokąd pojechałem w październiku! Intencja, żeby do Bizancjum, istniała widocznie wcześniej i w sposób ciągły, coraz silniej oddziaływała. Koncert ją po prostu skonkretyzował w postaci obrazu złotej puszki. Stąd przeskok w czasie.

Złota puszka. Jest to wspomnienie z mojego dzieciństwa i dotyczy ono tajemnic pokoju ciotki Marty, siostry dziadka, która z nami mieszkała. Zakradałem się tam czasami, aby otworzyć drzwiczki kredensu, wyjąć puszkę, posłuchać zegara. W tej złoconej puszce ciotka Marta niczego już nie trzymała. Ale wieko dzwoniło, blacha jaśniała, środek pachniał wanilią, kardamonem, goździkami i może jeszcze czymś, co tam było, a czego już nie poznam. W pokoju ciotki Marty, szczególnie przy kredensie, panowała wielka cisza. W naszej części domu pokrzykiwano i kłócono się, czasem histerycznie, czasem patetycznie, a tam… Ciotka wolała mówić gestem, pomagać sobie uśmiechem, miała pokorę i wyrozumiałość. Źrenice jej oczu, powiększone przez grube szkła okularów, były jasnoniebieskie i gruzełkowate, jak mrożone szybki kredensu. Rano plotła swój gruby, siwy warkocz; jej narzeczony nie wrócił z wojny i, związana przysięgą, na zawsze pozostała panną. Zimą, gdy paliła ogień w kaflowym piecu naprzeciwko kredensu, cisza promieniowała opowieściami ognia. Zwieszałem głowę zasłuchany w huk ciągu w kominie, a kieliszki i puszki na półkach brzęczały, inaczej niż gdy przejeżdżał tramwaj.
Zegar – ojciec dał go malarzowi, który u nas malował kuchnię. Malarz był zbieraczem staroci i wielbicielem seledynu w drobny rzucik, wypili ćwiartkę, zawinęli zegar w zimowy płaszcz Ciotki i wynieśli go w ciemności nocy. Najpierw do fińskiego domku na Załęskiej Hałdzie, a potem Bóg wie gdzie. Zegar był bardzo stary, malowany w owoce i pejzaż, z przodu porcelanowy, z tyłu drewniany. Miał drzwiczki na haczyk, a za nimi mechanizm sprężynowy, tak prosty, że aż wzruszający. Ale przeminął bezpowrotnie. Malarz nazywał się Zimka.

Złota puszka – byzantion. To właśnie mnie oświeciło podczas koncertu Greków u Dominikanów. W obrazie tego przedmiotu zamanifestowały się uczucia zbyt złożone i niewyraźne, może zbyt drogocenne, może zbyt wczesne, żebym potrafił je nazwać.
Każdy z nas ma swój byzantion, ale nie każdy o tym pamięta. A to, co mu powierza, zostaje w nim na zawsze. Jak to się dzieje? Wszystko wynika z osobliwych właściwości byzantionu. Zegar przeminął bezpowrotnie – kiedy jego porcelanowy cyferblat pękł, stał się dla ojca bezużyteczny i zbędny. Wszystkie rzeczy przeminą, a byzantion… ogień piekielny go nie stopi, zły człowiek go nie zbezcześci, niepamięć mu nie zagrozi. Jest niewidzialny, niezniszczalny. Nie można go zamienić. Wiedz, że istnieje tylko jeden egzemplarz. Twój egzemplarz.
Wierzymy, że istnieją rzeczy niezniszczalne. Takie, które opierają się przemijaniu oraz machinacjom diabła. O rzeczach, których czas się nie ima, uczy Kościół Chrystusowy. Nasze przekonania wspierają się na fundamencie wiary – tak zwykło się mówić w mowie urzędowej Kościoła. Lecz nasza ufność nie wspiera się na mowie urzędowej, lecz na mowie dzieciństwa, czyli naszych osobistych relacjach ze Stwórcą.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata