70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Szok i bezradność. Co począć z Chinami?

Nie lubię sformułowania „zachodni punkt widzenia”, bo sugeruje ono że my, ludzie Zachodu, czegoś nie rozumiemy – albo nie mamy racji, albo, w najlepszym razie, mamy wyłącznie subiektywną, „zachodnią rację”, podczas gdy chiński reżim ma swoją własną – co najmniej równoprawną.

Konflikt między reżimem chińskim a światem przebiega na innej płaszczyźnie. On zagraża nie tylko światu zachodniemu, ale w pierwszej kolejności, już teraz, samemu narodowi chińskiemu. Nie jest to więc konflikt cywilizacji, tylko konflikt ogólnoświatowego systemu podstawowych wartości z elitą władzy uznającą tylko jedną wartość: przemoc.

Kłopot z Chinami wynika z ich wielkości i historii

Dziś, w przededniu fatalnej olimpiady w kraju brutalnej przemocy, znaczna część mediów i opinii publicznej świata interesuje się stanem łamania praw człowieka w Chinach. A przecież są inne reżimy podobnie, lub nawet bardziej, brutalne: Korea Północna, Wietnam, Birma, Arabia Saudyjska, Sudan… Wymieniać można długo. Wspomnę tylko, że spośród nieco ponad 200 państw świata, w 150 powszechnie stosowane są tortury.

Jednak Chiny komunistyczne w tym kręgu zła zajmują specjalne miejsce, bo pretendują do roli jednej z największych potęg gospodarczych, politycznych i militarnych świata. Wprawdzie mit przegonienia Zachodu przez ChRL wynika tylko z pewnego złudzenia, fascynacji tylko jednym wskaźnikiem gospodarczym (PKB), to jednak kraj ten już jest na tyle znaczącą siłą, że wszyscy muszą się z nim liczyć. To prawda, że nawet jeśli PKB Chin przekroczy PKB USA, to Chiny Ameryką ciągle nie będą. Będą tylko bardzo dużym zacofanym krajem, którego produkt krajowy jest funkcją wielkości populacji, a nie nowoczesności gospodarki. Do tego, by produkcja ChRL była równa amerykańskiej wystarczy, by statystyczny Chińczyk produkował ¼ tego, co Amerykanin.

Wbrew pozorom, zalew chińskich towarów jest wynikiem słabości ich wewnętrznego rynku, a nie potęgi. Chiński konsument-producent jest biedny, więc wytwarza tanio i niewiele kupuje. W efekcie ogromna część chińskiej produkcji trafia na eksport, podczas gdy kraje bogate produkują w znacznej części na rynek wewnętrzny. Z kolei widoczna wyraźnie masa produktów chińskich na zagranicznych rynkach buduje mit większej potęgi Chin, niż jest rzeczywiście.

A to wrażenie potężnego sojusznika dodaje pewności siebie najbardziej paskudnym reżimom świata – Korei Północnej, Birmie, Iranowi, ludobójcom z Darfuru i innym. To jest tak, jak w starym dowcipie o egzaminie zająca – zdawał kiepsko, ale promotorem był niedźwiedź. Dokąd za tymi reżimami stoi choćby mglisty cień potęgi Chin, mogą się one czuć bezpiecznie, bo nikt się nie kwapi do ich obalenia (w domyśle – konfliktu z Chinami). Chiny, przez swoją wielkość, są więc promotorem zła w wielu innych krajach i także dlatego łamanie praw człowieka nie jest tylko ich wewnętrzną sprawą.

Inna część problemu, to nikłe szanse na powstanie zorganizowanej opozycji na dużą skalę w kraju, który ma ponad 1.300 milionów ludności. W Polsce lat 70. poważnym problemem dla władzy był opozycja licząca w porywach kilkaset osób. W Chinach krwawo stłumiony bunt chłopski z udziałem 10 tysięcy ludzi zasługuje najwyżej na wzmiankę w prasie lokalnej oraz adnotację w CIA World Report, że takich buntów jest rocznie ok. 1800… i nic z tego nie wynika.

I tu przechodzimy do drugiej części problemu, tej wynikającej z historii. Zacznijmy od tego, że kilka tysięcy lat państwa chińskiego, to ciąg ludowych powstań, niektórych na ogromną skalę i z żadnym skutkiem (np. w czasie 25 lat walk powstania Tajpingów i pochodnych tego buntu kolejnych powstań zginęło 70 milionów ludzi, a władza ani drgnęła). Nawet, jeśli ludowe powstania obalały cesarzy, to nie znając innych wzorców władzy, wynosiły nowych tyranów, wcale nie lepszych. W historycznej świadomości Chińczyków zakorzeniona jest świadomość beznadziejności buntu i jest to przekonanie pracowicie hołubione przez każdą kolejną władzę.

Efekt jest taki, że kolejne bunty zostają otorbione, osamotnione w morzu strachu i obojętności. Z badań historycznych wiemy, że studencki bunt 1989 roku (Tiananmen) miał ok. 5 milionów uczestników w wielu miastach Chin. Potęga – powie Europejczyk. Ale spójrzmy krytycznie – to znaczy, że 1.295 milionów ludzi go nie poparło! Dlaczego? Ogromna część z nich nie wierzyła w sukces. Na ten stan świadomości nakłada się doświadczenie historii najnowszej – 30 lat rządów Mao Zedonga. Historycy dyskutują, czy wymordowano 68, czy 80, czy 200 milionów ludzi. Jak by nie liczyć, ten naród przeżył czasy niewyobrażalnych dla nas zbrodni i ten naród wie, do czego jest zdolna jego władza. „Nawet jeśli zginie 500 milionów Chińczyków, zostanie wystarczająco dużo, by zbudować komunizm” – mawiał Mao Zedong.

Dziś dochodzi do swoistego klinczu świadomości. Z jednej strony poczucie bezradności wobec potęgi władzy, a z drugiej zadowolenie z poprawy bytu materialnego ostatnich lat.

Psychologia społeczna zna pojęcie racjonalizacji myślenia o własnym postępowaniu, jako mechanizmu obronnego przed poczuciem poniżenia. Zamiast czuć się zeszmaconym, pozbawionym godności niewolnikiem, czyż nie lepiej zostać nacjonalistą i podreperować się dumą z potęgi państwa, które mnie gnębi? A przy tym cieszyć się chwilą, z tego że żyje się nieco lżej? Oczywiście, że tak jest łatwiej i aparat propagandy KPCh doskonale ten mechanizm wykorzystuje. Stąd lansowana „azjatycka koncepcja praw człowieka – prawo do wyżywienia i ubrania oraz do dumy z siły i stabilności państwa”. Może nam się to nie podobać, ale do bardzo wielu ludzi w Chinach ten chwyt propagandowy przemawia.

I tu mamy odpowiedź na pytanie: dlaczego, poza wzrostem gospodarczym, Chiny się nie reformują, nie ma demokratyzacji, nie ma poprawy przestrzegania praw człowieka… To bardzo proste: władza nie chce, społeczeństwo się nie domaga, a świat nie naciska.

Bezradność państw

Według młodzieżowej koncepcji rozwiązywania problemów, należy skończyć z polityczną hipokryzją, przestać z Chinami rozmawiać, handlować i dyskutować, nałożyć sankcje i zmusić władze ChRL do reform. Nie jest to jednak takie proste. Po pierwsze, żaden demokratyczny kraj nie może swoim obywatelom biznesmenom zabronić robić interesów tak, jak chcą i gdzie chcą. Prezydent USA, który nałożyłby poważne sankcje na Chiny, bardzo szybko przestałby być prezydentem. Wyborcy wybaczą prezydentowi Monikę Levinsky, ale nie wybaczą ograniczenia wolności handlu. A to dlatego, że wbrew młodzieżowemu mitowi, w Chinach nie inwestują tylko „koncerny”, ale przede wszystkim ogromna masa małych i bardzo małych zachodnich przedsiębiorstw. Ze sprzedaży chińskich towarów żyje ogromna liczba małych sklepików. Myślę, że łącznie w zachodnich demokracjach może to być nawet kilkadziesiąt milionów ludzi. Dlatego każdy przywódca zachodniej demokracji ma powyższy problem.

Drugi problem to nieskuteczność embarga, czy bojkotu. Staram się nie kupować chińskich produktów, a jednocześnie sam niedawno kupiłem piłę łańcuchową za 150 złotych i dopiero po rozpakowaniu w domu, zauważyłem że jest chińska. Zatrzymajmy się na chwilę na tym przykładzie. Jak ma polityk powiedzieć polskiemu konsumentowi, że nie będzie piły za 150 złotych, tylko za 500, trampek za 20 złotych, tylko za 120, itd.? Wszyscy jesteśmy uwikłani w handel z Chinami, bo świadomie, lub nieświadomie, oszczędzamy na nim znaczną część budżetów domowych. A z drugiej strony, Chiny mają setkę sposobów na to, byśmy nie wiedzieli, że kupujemy produkty chińskie. Cała masa produktów chińskich trafia na nasze rynki jako wyroby zachodnich marek. Gdy kupujemy produkty firm Nike, Reebok, Adidas, Puma. Matel, Makita, Isuzu… do głowy nie przychodzi nam, że mogły powstać w Chinach. Gdy kupujemy komputer, nie wiemy, że ma chińską kartę graficzną i obudowę, tylko kupujemy go jako całość.

Podobny problem mają państwa. W dzisiejszej gospodarce nie da się podzielić produktów na ściśle amerykańskie, niemieckie, francuskie, czy chińskie, bo każdy bardziej złożony produkt, tak jak ten komputer, zawiera części i materiały pochodzące z różnych krajów. Dziś gospodarka jest międzynarodowa i nie da się powrócić do gospodarki ściśle narodowej z tej samej przyczyny, z której dzisiejszy człowiek nie może powrócić do lasu. Można wydać z siebie ideologiczny okrzyk: „nie kupujmy produktów chińskich”, tylko praktycznie, jak to zrobić?

Bezradność polityków

Ale jest problem jeszcze większy. Każdy odpowiedzialny polityk, taki który myśli dalej niż do najbliższych wyborów, musi rozumieć, że narastanie potęgi Chin takich, jakie są, Chin które się nie reformują, stanowi w dalszej perspektywie ogromne niebezpieczeństwo dla wolnego świata. Taka jest logika historii, że każde totalitarne imperium, gdy staje się potężne, zaczyna zagrażać nie tylko najbliższym sąsiadom, ale i wszystkim. Taki polityk musi wiedzieć, że jeśli teraz nie spowodujemy ewolucji Chin w kierunku demokracji i praworządności, to za 20, może 30 lat staniemy w obliczu niebezpieczeństwa toczenia z tym krajem wojny. Aby do tego dojść, nie trzeba być wielkim prorokiem. Wystarczy pewna znajomość historii. Po prostu nie będzie innego sposobu powstrzymania potężnego imperium zła dążącego do władzy nad światem, no chyba, że uśmiecha nam się świat zdominowany przez Chiny rządzone terrorem, z powszechnym stosowaniem tortur, drakońskimi wyrokami i obozami pracy. Nie miejmy złudzeń, że taki kraj będzie na zewnątrz bardziej łagodny.

A jakie są realia? ChRL może już dziś powołać pod broń ok. 220 milionów żołnierzy rezerwy, ma 1,5 miliona żołnierzy zawodowych, 7 tysięcy czołgów, 2775 samolotów bojowych i 11 tysięcy dział. Powie ktoś, że tego sprzętu nie jest zbyt wiele, jak na taki kraj. Ale nie jest też mało, a w ciągu ostatnich kilku lat te stany zwiększyły się o blisko 30 procent. Chiny komunistyczne zbroją się dziś na potęgę a mają ogromne rezerwy pieniędzy i własny niemały już przemysł. Mają też broń atomową (prawdopodobnie ok. 400 głowic) i rakiety balistyczne (na razie niewiele, ale przybywa). W dodatku coraz wyraźniej zaczyna się kroić sojusz sił antydemokratycznych, jako przeciwwaga dla Zachodu (Chiny, Rosja, Iran, Korea Północna, Wenezuela). Ja bym wypowiedzi chińskiego przywódcy na spotkaniu z Hugo Chavezem, że „Zachód jest niepotrzebny”, nie lekceważył, choć do praktycznej realizacji takiego sojuszu jest jeszcze daleko.

No dobrze, powiedzmy że wiemy, iż naszym żywotnym interesem jest doprowadzenie do zmian w Chinach, bo Chiny demokratyczne nie będą nikomu zagrażać. Tylko jak to zrobić? Gdybym znał odpowiedź na to pytanie, to bym zasłużył na Nobla. Niestety, jeśli pominąć projekty naiwne i oderwane od rzeczywistości, to dziś nikt nie ma dobrego pomysłu. Pozostaje więc czekać na jakieś spektakularne wydarzenie, które zmieni sytuację tak, że coś będzie można realnie zrobić. Czy należy czekać bezczynnie, to osobne kwestia, o której dalej.

Niespełnione złudzenia

Jeszcze do niedawna upatrywano nadziei w zastopowaniu rozwoju Chin. Mówiono: „Chiny w końcu muszą przestać się rozwijać i wtedy nastąpi bunt społeczeństwa, którego apetyty konsumpcyjne są już bardzo rozbudzone”. Tymczasem chiński rozwój gospodarczy w szybkim tempie trwa już grubo ponad 20 lat i wcale nie widać, by się kończył. Oczywiście tę stopę wzrostu na poziomie 11 procent należy miedzy mity włożyć, realnie jest 6-7 procent, ale w tak długim czasie to i tak wzrost ogromny.

Obecnie niektórzy widzą nadzieję na spowolnienie wzrostu Chin w rosnących cenach paliw i surowców. Nie jest to całkiem bez sensu, bo Amerykanin, a nawet Polak, benzynę po 3 dolary za litr jednak kupi (choć przeklnie pod nosem), a dla wielu Chińczyków może to być kłopot nie do przełamania. Bo rosnące ceny paliw i surowców biją w pierwszej kolejności w społeczeństwa biedne. Może być jednak i tak, że ceny produktów chińskich i płace Chińczyków, wzrosną, ale ceny produktów zachodnich wzrosną jeszcze bardziej, dystans się utrzyma, nadal będzie warto inwestować w Chinach i sprzedawać na Zachodzie. W każdym razie, na nagłą rewolucję w Chinach bym nie liczył. Nic na to nie wskazuje.

Inną złudną nadzieją były rachuby na rozwój klasy średniej, która ponoć miała zacząć mieć aspiracje demokratyczne. To był pomysł całkowicie oderwany od rzeczywistości. Mamy liczne przykłady z historii na to, że wzrost gospodarczy i wzrost stopy życiowej wcale nie powodują automatycznie dążeń demokratycznych. Nie ma takiego zjawiska. Przypomnę przykład hitlerowskich Niemiec, gdzie wzrost gospodarczy i wzrost dobrobytu były jeszcze szybsze niż w Chinach, a do żadnej demokracji to nie doprowadziło, wręcz odwrotnie. Bogata klasa średnia jest też w Emiratach Arabskich, Arabii Saudyjskiej, Rosji, nawet w Iranie. I co? Gdzie ta demokracja?

Klasa średnia w Chinach już jest i ma się dobrze. Jest ściśle skorumpowana z aparatem władzy, oligarchiczna i nie che obalać systemu, bo z niego żyje. Po prostu w takim państwie może powstawać tylko klasa średnia korupcyjnie powiązana układami z aparatem władzy. Żadna inna nie ma szans. Podstawą funkcjonowania lokalnych elit w tym społeczeństwie jest guanxi – zamknięty krąg koneksji, w ramach którego nikt nie może drugiemu odmówić przysługi. Biznesmen z tego kręgu dostaje kredyt od dyrektora banku z guanxi i go nie spłaca, bo jego i dyrektora nie dadzą ruszyć skoligaceni sekretarz, policjant i sędzia, zaś biznesmen im z tego kredytu oczywiście odpali działkę. Tak funkcjonuje w Chinach klasa średnia, która wedle zachodnich nadziei miała  dążyć do demokracji. Po co?

A jednak można coś zrobić

Jedyną w tej chwili skuteczną metodą wywierania nacisku na Chiny, że strony innych państw, jest wprowadzanie tego kraju do międzynarodowych organizacji, takich jak np. WTO i stawianie im warunków (np. liberalizacji handlu, wymienialności waluty, uczciwej konkurencji, dyscypliny kredytowej itp.). Takie warunki muszą stopniowo spowodować zmiany w systemie prawnym i w konsekwencji spowodować większe otwarcie na świat, a dalej zmiany społeczne. Jest tylko jedno zastrzeżenie: spełniania tych warunków należy twardo wymagać i nie robić bez ich spełnienia kolejnego kroku. Metodą na Chiny nie jest ich izolowanie, tylko prowadzenie twardych, nieustępliwych negocjacji w kwestiach szczegółowych. Na tym tle fatalnym krokiem było przyznanie Pekinowi olimpiady. MKOL przyznał olimpiadę warunkowo, a warunkiem była poprawa przestrzegania praw człowieka. Tymczasem Chiny warunku nie spełniły a MKOL przeszedł nad tym do porządku dziennego, jakby nigdy nic. Władze chińskie utwierdzono w konfucjańskiej koncepcji umowy międzynarodowej: umowa z Chinami obowiązuje tylko drugą stronę, a Chin, jako centrum świata (Państwo Środka), nie obowiązuje.

Wolny świat, reprezentowany przez MKOL, dał Chinom fatalną lekcję: jesteście tak silni, że możecie umowy z nami ignorować, a my i tak wam damy, co chcecie. Jeżeli wciąganie Chin do WTO, WHO i innych podobnych organizacji ma przebiegać w ten sposób, to skutek będzie odwrotny. Zamiast łagodzenia reżimu, jego umocnienie. A chyba nie o to nam chodzi.

Komuniści chińscy tkwią po uszy w mentalności konfucjańskiej, choć się od niej odżegnują. Tyle tylko, że Syna Niebios zastąpił Komitet Centralny. W tej tradycji lojalność obowiązuje tylko poddanego ale nigdy nie władcę. A Chiny to centrum wszelkiej cywilizacji, Państwo Środka. Tak się dosłownie to państwo nazywa. Dlatego pierwszym krokiem do wpływania na Chiny jest wymuszenie na nich przestrzegania umów międzynarodowych. Na tym polu nie wolno ustępować. Do tego potrzebna jest jednak wola polityczna. I tu zaczyna się rola opinii publicznej.

Co może zrobić szary człowiek

Otóż może dużo. W systemie demokratycznym opinia publiczna jest potęgą, z którą politycy muszą się liczyć. Opinia publiczna i media mogą wymusić na politykach prowadzenie twardej polityki wobec Chin, podobnej do tej, jaką Ronald Reagan prowadził wobec ZSRR (jak widać, skutecznie). Ale aby Zachód mógł cokolwiek wobec Chin zrobić, musi najpierw zrozumieć, czym ten kraj jest.

Za czasów Mao w Chinach dokonywały się potworne zbrodnie, ludzie ginęli jak muchy z głodu, a zachodnie elity wychwalały chińską rewolucję. Panowało przekonanie, że komuniści chińscy mają wielką zasługę: „uwolnili Chiny o odwiecznej klęski głodu”. O sztucznie wywołanym głodzie po kampanii Tygrys Robi Wielki Skok Naprzód, w latach 1958-60, gdy zmarło z głodu od 42 do 64 milionów ludzi (największa klęska głodu w historii świata), czołowy sinolog amerykański, John Fairbank, doradca prezydentów, pisał: „dało się zauważyć pewne oznaki niedożywienia, ale zmarłych z głodu nie było widać na poboczach dróg”. W tym samym czasie, gdy głodujący zamieniali się dziećmi, by nie zjadać własnych, a za jedzenie kory z drzew („naruszenie własności państwowej”) groziła kara śmierci, aktorka Shirley Maclaine mówiła: „najlepsze co przytrafiło się Chinom, to rządy Mao”. Wszak, wedle propagandy, nie był to głód, tylko „Kampania Uzupełniania Jadłospisu Warzywami i Brukwią”. W snobistycznych kręgach lewicującej inteligencji Zachodu powstawały wówczas partie maoistyczne i czytano „myśli Mao” (czyli kompletny bełkot, tylko egzotyczny).

Taki stan świadomości nie był przypadkowy. Chiny były krajem ściśle izolowanym, zamkniętym. Nieliczne relacje, jakie docierały na zewnątrz, pochodziły głównie od kilku dziennikarzy kolaborantów i z książki Edgara Snowa „Czerwona gwiazda nad Chinami” – panegiryku na cześć Mao i komunizmu, którego maszynopis i tak Mao osobiście ocenzurował. Nieliczni cudzoziemcy, którzy docierali do Chin, mogli rozmawiać tylko z wybranymi osobami. Pozostałym za taką konwersację groziła kula w łeb.

Jeszcze gdy pod koniec lat 70. XX wieku Chiny zaczęły się otwierać na świat, ich obraz w wyobraźni Zachodu niewiele się zmieniał. Nawet w Polsce, kraju tak krytycznym wobec komunizmu, mało kto wiedział o zbrodniach w ChRL. Jeszcze na początku lat 90. o łamaniu praw człowieka w Chinach pisywały w prasie 3 osoby: Bogusław Stanisławski, Adam Kozieł i ja. Byliśmy przy tym zaciekle atakowani przez środowisko sinologiczne, którego czołowi przedstawiciele potrafili nawet twierdzić, że „na placu Tiananmen nikt nie zginął”, a ciała widoczne na filmach, to nie są zabici, tylko ludzie, którzy „padli na ziemię, bo słyszeli strzały”.

Jeszcze w połowie lat 90. Jerzy Jaskiernia jeździł do Chin, gdzie w wiezieniu „Beijing 1” więźniowie przygrywali mu na skrzypkach, a on chciał „wymieniać doświadczenia” między prokuratorami Polski i Chin. W tym samym czasie, Leszek Kubicki, jako minister sprawiedliwości, chciał podpisywać z Chinami umowę o ekstradycji.

Dziś obraz Chin w świadomości ludzi zachodu jest już zupełnie inny. Żaden zachodni inteligent nie wymachuje już książeczką Mao. Nawet kręgi młodzieżowo-lewackie przekierowały się na uwielbianie innego zbrodniarza: Ernesto „Che” Guevary (przy Mao to detalista). Można powiedzieć, że poszczególne akcje obrońców praw człowieka są nieskuteczne (bojkot produktów chińskich, bojkot olimpiady, itp.), ale w sumie udało się uświadomić zachodniej opinii publicznej, czym jest ten reżim, jak bardzo jest brutalny i nieludzki.

I to jest odpowiedź na pytanie, co może zrobić szary człowiek. Może brać udział w protestach i przez to wywierać presję na polityków własnego kraju, po to, by ci, wzorem naszych rządzących w czasie ostatniej wizyty Hu Jintao w Polsce (2007 rok), nie „zapomnieli” porozmawiać o prawach człowieka. I jest też istotne zadanie dla mediów. Trzeba nieustannie demaskować kłamstwa chińskich komunistów, bo ich propaganda nad tym stale pracuje.

Kolejność działań jest taka: my, zwykli ludzie, demonstrujemy przeciw łamaniu praw człowieka, prasa o tym pisze, politycy są pod presją i naciskają na Chiny. My, dziennikarze, informujemy, jaka jest prawda o tym kraju. Politycy też muszą się z tym liczyć. Więc róbmy swoje, może to coś da.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata