70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Samotność

Wprawdzie to w samotności rodzą się myśli i idee, tam dopiero przebiega twórczość, ale też nie ma takiej bzdury, której by nie zdołał wymyślić umysł całkowicie samotny pozbawiony kontaktów, dyskusji i sporu z innymi, niezależnymi odeń umysłami.

„Samotność! – cóż po ludziach, czym śpiewak dla ludzi?” – każdy chyba zna ten wers z III części „Dziadów” Mickiewicza, chociaż – prawdę powiedziawszy – nie znaczy on wiele. Ale już ten sam wieszcz w innym swoim utworze pisze: „Samotności! Do ciebie biegnę jak do wody z codziennych życia upałów”. Trochę starszy odeń Goethe powiada: „Samotność jest dla mego serca radosnym balsamem”. Wtóruje im chociażby Borys Pasternak w Doktorze Żiwago,  pisząc, że „prawdy szukają tylko samotnicy” albo Władysław Tatarkiewicz: „Samotność jest przyjemnością dla tych, którzy jej pragną i męką dla tych, co są do niej zmuszeni”. Czyżby samotność była nie tylko pustką, odosobnieniem, brakiem kontaktów, ale ostoją, w której można się chronić od „codziennych życia upałów”? Jednak, gdy zapiszemy to słowo w wyszukiwarce internetowej, otrzymujemy rezultaty trywialne: serwisy randkowe, poszukiwania partnera albo przynajmniej kolesia do pogadania, mailowe sabaty singli niby zadowolonych ze swego stanu, ale rozpaczliwie poszukujących porozumienia z kimkolwiek, zalew rzewnych blogów dziewczyn, które właśnie straciły chłopaka (albo na odwrót) i teraz wyją do księżyca. Z tego punktu widzenia sprawa jest jasna: samotność to życiowa klęska, bycie w parze lub grupie to sukces. Tak jak w starej ludowej śpiewce: „święty Prokopie daj każdej po chłopie”. I po sprawie: wszyscy będą szczęśliwi. Przeciwieństwem samotności jest tłum kibiców wyjących na stadionie z radości: nasi górą! Tylko rzadko kiedy ten tłum rozchodzi się bez rękoczynów i na pewno nigdy taki tłum niczego wartościowego nie wymyśli. Podobnie, dlaczego tak wiele samotności w małżeństwie, skoro ten przysłowiowy św. Prokop okazał się łaskawy i mamy partnera do końca życia? Tak jak w innych ludzkich sprawach, prawda (zwykle gorzka) zaczyna się dopiero wtedy, gdy kończą się zbożne happy endy popularnych bajeczek (obojętnie czy z ekranu, czy dziecinnej czytanki): „żyli długo i szczęśliwie”. Dopiero wtedy zaczyna być ciekawie, a nieraz strasznie; dopiero wtedy zaczyna się życie.

Zgroza samotności

„Pop-samotność”, o której wspomniałem powyżej, jest dolegliwością (choć na ogół przejściową i nie całkiem serio) dla osamotnionego, ale nade wszystko jest dobrze się sprzedającym towarem masowej rozrywki. Literackim (choć zwykle pożal się Boże) tworzywem piosenek, książkowych i ekranowych romansideł oraz podobnego acz pokupnego chłamu. Wynika z intelektualnego lenistwa, płytkości spojrzenia i niezrozumienia ludzkiej kondycji. Przecież nawet najprostszy i dostępny każdemu z nią kontakt poucza, że rodziny się i umieramy samotni, a czyjakolwiek obecność – choć może osłodzić cierpienia – nie uwolni nas ani od płaczu pieluch, ani od rozpaczy całunu. Przed sądem Bożym – obojętnie, jaką religię wyznajemy – też staniemy sami, chociaż już sąd ludzki pozwala na adwokata, świadków i szeroką ławę oskarżonych – zwykle obwiniających się nawzajem. Może samotność – wbrew ckliwym zawodzeniom, jakimi uprzyjemniamy sobie codzienność – jest niezbywalną cechą naszego bytowania w świecie; wtedy należałoby nie tylko na nią narzekać, ale próbować z nią się oswoić, zmierzyć, a może nawet – polubić? Może – tak jak pisał Joseph Conrad w Lordzie Jimie – „samotność jest ciężkim i nieodzownym warunkiem istnienia”?

Ale przecież – prócz tej malutkiej pop-samotności z popkultury, prócz tej egzystencjalnej samotności narodzin i śmierci, prócz etycznej samotności ludzkiego sumienia – jest też samotność ostateczna i niezawiniona, która budzi zgrozę. Jest to samotność Odrzuconego. Ofiara pop-samotności straciła właśnie chłopaka lub dziewczynę, odwrócił się od niej aktualny kumpel, ale wkrótce inny partner okaże się jej przychylny, choć w międzyczasie popłyną łzy. Nawet gdy opuścił ją małżonek, to za mało, by uznać się za odrzuconego, choć niejednemu się tak wydaje w chwili pop-rozpaczy. Prawdziwie odrzucony nie jest akceptowany przez nikogo, lecz przepędzany przez każdego, jak trędowaty z opowiadania Wieża Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, który został wydalony z miasta w obawie przed zarazą, więc odtąd do końca życia musi cierpieć i umierać w opuszczeniu. Choć wiemy już co to jest trąd i prawie zwalczyliśmy go jako chorobę, wciąż napotykamy takich trędowatych i wciąż ich od siebie odpychamy. Takie odrzucenie jest tożsame z pogardą, a może i z nienawiścią, choć odrzucający będą prawić o możliwości zakażenia, narażeniu dobrych obyczajów na zepsucie lub wystawieniu na szwank interesów państwa. Biblijna opowieść o miłosiernym Samarytaninie jest w istocie opowieścią o tej samej samotności Odrzuconego, która budzi zgrozę. Przecież ranny, którego ów Samarytanin przykładnie opatrzył, długo leżał i cierpiał przy drodze, którą przechodzili lub przejeżdżali inni – obojętni, nieczuli, pogardliwi. Nawet Hiob w swoim cierpieniu nie był odrzucony, bo odwiedzili go przyjaciele, choć pomóc mu nie mogli. Zgrozę budzi nie tyle samotność, nie tyle cierpienie, ile obojętność i pogarda innych, szczęśliwszych ludzi. Przecież każdy z nas – i to na pewno nie raz jeden – znalazł się w sytuacji tych obojętnych i śpieszących za swymi sprawami przechodniów, których szczęśliwie wyręczył ów Samarytanin. Ale skąd pewność, że akurat taki poczciwiec za mną kroczy i zrobi to, co do mnie należało? Tak samo, gdy mamy do czynienia z cierpiącym, jak i z odmieńcem; obcym rasowo, skrzywionym mentalnie, bezdomnym. Jeśli cierpliwość Odrzuconego wystawiona jest na straszną próbę, to jeszcze straszniejszej poddane są sumienia odrzucających; tylko, że ci mają zawsze mnóstwo usprawiedliwień. Miał rację Jan Paweł II, kiedy prosił: „Czujesz się osamotniony? Postaraj się odwiedzić kogoś, kto jest jeszcze bardziej samotny”. To jest jednocześnie sposób na przełamanie trywialnej pop-samotności. Ale jakże on trudny, czasem wymagający zaparcia się samego siebie

Jednak ta codzienna pop-samotność z piosenki i telewizyjnego serialu wcale nie musi być trywialna. Poczucie osamotnienia jest subiektywne; nie da się go zmierzyć stanem cywilnym, wiekiem, liczbą i intensywnością kontaktów. Gdy towarzyszy mu niska samoocena, obawa przed odrzuceniem, a przynajmniej zlekceważeniem, nieumiejętność komunikowania się z innymi ludźmi, wtedy powoli przeradza się w stan trwały. Im trudniej znaleźć drogę do innego człowieka, tym większa obawa przed następną próbą. Inni zaczynają traktować taką osobę jak niezbyt normalną, trudnego we współżyciu odmieńca. Pojawia się lęk przed ludźmi, poczucie winy, depresja, zamknięcie w sobie, wycofanie społeczne. Samotność przestaje być „pop”, staje się destrukcyjna, chroniczna, stopniowo okazuje się stylem życia. Na końcu jest posępne stwierdzenie z innego tekstu Gustawa Herlinga-Grudzińskiego: „Boże, daj mi samotność, bo nienawidzę ludzi!” Tutaj znowu znaleźliśmy się na tym samym gruncie zgrozy, co w przypadku wyklętego trędowatego albo ofiary porzuconej na gościńcu, po którym jednak nie przechadza się żadem miłosierny Samarytanin.

Samotność, siostra buntu

Lęk przed samotnością towarzyszy człowiekowi od jego prapoczątków. Rozumiał to Stworzyciel, kiedy dał Adamowi towarzyszkę. Ale – jak przewrotnie zauważa Paulo Coelho – „Grzech pierworodny nie polegał na tym, że Ewa zjadła jabłko, tylko że podzieliła się z Adamem, aby ze swoim odkryciem nie czuć się samotna”. Ale może – pomimo tego lęku – skoro samotność prześladuje nas od urodzenia aż po grób, warto trochę się do niej zbliżyć, choćby przez analizę jej przeciwieństwa: szczęścia. Jest ono w dzisiejszych czasach nie tylko najbardziej pożądaną wartością, ale i najlepiej sprzedającym się towarem: wręcz nie wypada być nieszczęśliwym, to w złym tonie. Jeśli nie jesteś szczęśliwy, tu i teraz, natychmiast, to znaczy że twoje życie jest nieudane. Jeśli nie odnosisz sukcesów – nie istniejesz. Jeśli nie odczuwasz orgazmów jak z poradnika seksualnego, znaczy że nie kochasz. Więc jeśli nie masz i nie odczuwasz, to przynajmniej udawaj! Ale nawet takie „pop-szczęście” w ostatecznym rachunku przeżywamy samotnie. To ja jestem szczęśliwy. O tobie mogę tylko domniemywać. Nie ma w istocie szczęścia we dwoje, nawet w erotyce, która przecież z samej istoty jest parzysta. Tymczasem orgazm przeżywam ja, choć wiem, że ty jesteś do tego niezbędny(a). Z twego zachowania wnioskuję że jesteś ze mną, ale nie mam sposobu, by przyłączyć się do twoich nerwów, wejść w twoją skórę. Dlatego szczęście jest tylko moje i samolubne. Nikt nie jest tak wielkim egoistą, jak człowiek akurat u szczytu szczęścia. Radujemy się, kiedy zdobyliśmy Everest, ale to mnie przepełnia wzruszenie, a o was – towarzysze wspinaczki – tylko wnioskuję. Więc jeśli tak, to ani rozkrzyczany i rozradowany tłum nie jest synonimem szczęścia, ani samotność jego przeciwieństwem. „Żyjemy tak jak śnimy – samotnie” – pisze w Jądrze ciemności wspomniany tu już wielki samotnik Joseph Conrad. „Samotność jest niezależnością, życzyłem jej sobie i zdobyłem ją po długich latach. Była ona zimna, o tak, ale była też cicha, prawdziwie cicha i wielka podobnie jak zimne, ciche przestworza, po których wędrują gwiazdy” – pisze inny wielki samotnik literatury Hermann Hesse.

Więc chociaż się samotności boimy, to jesteśmy skazani na życie z nią i w niej, samotnie przychodzimy na świat i odchodzimy zeń, samotnie rozprawiamy się ze swoim sumieniem, samotnie stajemy przed Bogiem. Nawet ci, którzy doświadczają tylko pop-samotności i pop-szczęścia; oni także przez cale życie niosą na grzbiecie to swoje schronienie, jak ślimak muszlę. Bo samotność jest także cichą ostoją, gdzie możemy – jak ranne zwierzę – schronić się po zadanych ciosach, nabrać sił, uporządkować myśli. Dotyczy to nawet tych – powiązanych ze światem tysiącem nici, rodziną, obowiązkami i podległością służbową – dla których samotność nie może być już niezależnością jak dla Hessego; dla nich zawsze może pozostać schronieniem. Bez tego schronienia człowiek nie mógłby żyć, nawet gdy na nie narzeka. „Dopiero w samotności człowiek jest naprawdę sobą” – pisze Ortega y Gasset i po stokroć ma rację. Z tego punktu widzenia każdy, kto aspiruje do sprawowania niepodzielnej władzy nad ludźmi – obojętnie czy to dyktator, czy machina reklamy i rynku – powinien dążyć do tego, by w poddanym jego władzy społeczeństwie jak najmniej było samotności, a jak najwięcej tłumu. W tłumie człowiek zatraca indywidualność i porzuca myślenie – wykrzykuje slogany, których potem będzie żałował, albo kupuje błyskotki modne, lecz niepotrzebne. W samotności ma szansę stać się myślącym obywatelem.

Nawet temu, kto goni za pop-szczęściem i jak dziecko boi się pop-samotności jest ona dana i jest ona potrzebna, choć sam o tym nie wie. Natomiast człowiek myślący nie tylko o tym wie, ale potrzebuje samotności jak powietrza, co tak trafnie zauważył cytowany hiszpański filozof. Tylko w niej rodzą się pomysły i idee, tylko ona jest przestrzenią dla twórczości, która dopiero kiedy przyoblecze swój kształt, zostanie z tej samotności wydobyta i skierowana do ludzi; będzie tam żyć albo zostanie odrzucona.

Artur Miller nazwał samotność „siostrą buntu” i też miał rację. Nie tylko dlatego, że człowiek osamotniony buntuje się przeciwko innym i przeciwko swojej sytuacji, buntuje się długo i uporczywie, nim się ostatecznie z nią pogodzi i zamknie jak zatrzaśnięte wieko skrzyni. Także dlatego, że idee rewolucyjne, reformatorskie też tam się rodzą, bo samotność jest nie tylko schronieniem, ale i kolebką. Można powiedzieć, że wszystko co ważne, co potem podchwytywały gwarne tłumy, co zmieniło i przeorało świat, rodziło się naprzód w samotności. Myślący obywatel może się zbuntować, cząstka tłumu może tylko uczestniczyć w zniszczeniu, jak kamień w lawinie. „Samotności, jakaś ty przeludniona!” – kpi Stanisław Jerzy Lec, mając raczej na myśli powszechną pop-samotność z sentymentalnej piosenki, ale dotyczy to samotności we wszystkich jej wymiarach.

Samotność jako siła

Okrutne w języku polskim słowo „samotność” ma w angielszczyźnie dwa różne odcienie. Jeden zawiera się w słowie „loneliness” i oznacza smutną, czasami dramatyczną izolację, osamotnienie, porzucenie, które budzi żal, a nieraz nawet zgrozę. Drugiemu odpowiada słowo „solitude” i dotyczy raczej „wyniosłego odosobnienia”, siły ducha, niezależności, niepokorności, przedsiębiorczości i odpowiedzialności za swój los. Bardzo to anglosaskie, a może nawet amerykańskie, ale warto o tym pamiętać także i u nas. Człowiek w swoim „solitude” nie musi być samotny uczuciowo, rodzinnie czy towarzysko, ale jest autonomiczny i niezależny. Bez lęku i uników bierze sprawy w swoje ręce, sam boryka się z narzucanym mu przez okoliczności losem, sam rozlicza się z Bogiem, jeśli weń wierzy, a na pewno z własnym sumieniem. Jest odpowiedzialny, gotów przyjąć ciążące na nim konsekwencje swoich czynów; nigdy nie powie: to nie ja, to społeczeństwo lub kolesie nakłonili mnie do złego! Nie idzie za modą i głupawymi podszeptami, sam wybiera i jest temu wyborowi wierny. Ludzie dalekowzroczni zawsze to widzieli i szanowali niezależnie od swoich korzeni. „Kruki trzymają się razem, orzeł szybuje sam” – pisał Atto Melani, francuski pisarz, szpieg i dyplomata z przełomu XVII i XVIII wieku.

Ale w tym odosobnieniu, gdzie „człowiek jest naprawdę sobą”, ukryto także pułapkę. Wprawdzie to w samotności rodzą się myśli i idee, tam dopiero przebiega twórczość, ale też nie ma takiej bzdury, której by nie zdołał wymyślić umysł całkowicie samotny pozbawiony kontaktów, dyskusji i sporu z innymi, niezależnymi odeń umysłami. Dlatego nauka jest uprawiana na uniwersytecie, nie w pustelni.

Człowiek w swoim „solitude” nie jest pustelnikiem, choć świadomy wybór życia pustelniczego też jest jedną z jego możliwych opcji. Takie życie nie ma nic wspólnego z pop-samotnością, jest świadomym odrzuceniem pokusy stada i zatraty tam własnej indywidualności, własnych pragnień i własnych nadziei. W samotności nie tylko rodzą się myśli, ale i siła, także siła sumienia. W takim odosobnieniu, a może raczej zdystansowaniu jest oczywiście miejsce na miłość, a nawet tam właśnie może ona prawdziwie rozkwitnąć. „Miłość jest czuwaniem nad cudzą samotnością” – jak pięknie formułuje to Rainer Maria Rilke

Nie każdy potrafi zdobyć się na taki dystans i taką niezależność. Ludzie chcą być w tłumie, wyglądać tak jak inni, myśleć tak jak popularni idole, przeżywać swoje pop-szczęście według wzorów z kolorowych czasopism. To zrozumiałe, nie trzeba od każdego wymagać zbyt wiele. Wtedy niech chociaż pamiętają o tak oczywistym wezwaniu Jana Pawła II z jednej z jego pielgrzymek do Polski: „Starajmy się tak postępować i tak żyć, by nikomu w naszej Ojczyźnie nie brakowało dachu nad głową i chleba na stole, by nikt nie czuł się samotny, pozostawiony bez opieki”. Ale żeby tak żyć i o to dbać, trzeba byłoby świadomie przeciwstawić się przynajmniej części tego, co popularne, modne i przyjemne. I jakież to uciążliwe

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata