70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Dla mnie ten film stał się właściwie słuchowiskiem. I jako słuchowisko też się sprawdził. Myślę, że reżyserowi udała się rzecz trudna: pokazanie czegoś dobrego z zachowaniem barwy i charakteru, nie tylko odpowiedzi, lecz i pytań.

Drobiazgi

Więc tak: chcę, aby było, aby trwało to, co już ma swoje miejsce w moim życiu.

Na przykład: niechętnie żegnam się z czymś, co zajęło, zawłaszczyło i wypełnia jakąś porę dnia, dzień tygodnia czy miesiąc w roku. To wszystko nadaje rytmy, wśród których czuję się bezpieczna – nie muszę tak szybko się rozglądać.

Są to rzeczy ważne i drobiazgi. Trzeba się pilnować, by jednak odróżniać drobiazgi od rzeczy ważnych. Tego wymaga zasada oszczędzania kapitału żałoby. Straconym drobiazgom trzeba ten kapitał przydzielać ostrożnie, po okruchu. Prawie nie ma żałoby po rozbitym kubku, który służył trzydzieści lat. Prawie – bo jednak jest moment zasmucenia i wdzięczności – po raz ostatni – że był, taki już swojski, przez kogoś kiedyś podarowany albo znaleziony na półce pustawego sklepu.

Drobiazgi. I żałoby nie po drobiazgach, żałoby jak blizny: powolne, niepełne zarastanie ogromnych ubytków. Im się jest starszym, tym jest tego więcej. Czasem może się zdawać, że świat staje się głównie miejscem pamięci. Ale to nieprawda. Dobra pamięć odsyła też do tego, co trwa, co zobowiązuje teraz. Tak odsyła świętowana nad jej świeżym grobem pamięć o Irenie Sendlerowej. Wielka pamięć publiczna przełamująca się w bardzo osobistą.

To nie tylko zbieżność imion: Irena Grzegorczyk, Irena Jurkowska – te dwie zmarłe przyjaciółki podobnie nie należą do przeszłości i tak jak zwykły dawniej, tak i dziś posyłają mnie do roboty, do tego, co z nimi łączyło – „spróbuj jeszcze raz!”

*

Ważne rozróżnienie: rzeczy i osoby, do których ja przywykłam – i te, które przywykły do mnie. Bardzo ważna sprawa w życiu, może szczególnie na starość, gdy kurczą się możliwości i wszystko zajmuje coraz więcej czasu: w miarę możliwości nie odbierać innym tego, do czego przywykli. Podkreślam to „w miarę możliwości”. Roztropność każe w porę odzwyczajać od siebie czy może lepiej – nie od siebie, lecz od pewnych swoich usług czy form obecności. Na przykład: wiem, że już nie pójdę z wami w góry ani na całodzienny marsz przez plaże czy łąki. Wymyślę inną, małą trasę, wciąż dostępną, albo może będzie to fotel przy oknie i stołeczek dla ciebie. Nie poczytam książeczki, ale bajkę czy historyjkę wciąż mogę opowiedzieć. Albo napisać! Kubek niestety może się stłuc, ale zdarza się, że tylko traci wygodne uszko albo z obitego da się pić tylko z jednej strony.

         To jeszcze nie wymaga żałoby, tylko zmiany przyzwyczajeń.

Dwie pamiętane

Dawno, to znaczy kilka lat temu, Szymon Hołownia, tworząc nowe pismo (nazwane później „Ozon”, co miało być aluzją do elementu świeżego, górskiego powietrza), zaprojektował cykl małych reportaży o szczególnych postaciach: o ludziach, którym się udało coś dobrego, jakiś fragment życia, jakieś ambitne zamierzenie… Pamiętam, że była tam historia kobiety, która została znawczynią bursztynów i, gdy to pisano, z powodzeniem funkcjonowała jako ekspert w tym zakresie. Niestety cykl przetrwał niezbyt długo, choć pomysł był cenny.

Teraz, tej wiosny, Karol Białas z zespołem realizuje filmy o osobach, które warto pamiętać z uwagi na osiągnięcia, a pamiętane są mało albo w nie dość szerokim kręgu. Da się zrobić ciekawy film z tej serii, jeśli „dzieło” takiej osoby jest dostępne, może być z niego coś pokazane na potwierdzenie opowieści świadków, tych, co nie zapomnieli.

Oglądałam właśnie półgodzinny film Białasa, w którym ja też mówię, ale przede wszystkim mówią członkowie dominikańskiego Bractwa „Rodzina Matki Bożej Bolesnej”. Oglądam ten film w jej kręgu, oglądam, a raczej słucham go; bo w małym telewizorze niewiele potrafię zobaczyć. Czy warto zajmować się niepozornym, małym filmem? Czy wypełniona nim godzina będzie dość „różna”, godna odnotowania?

Twórca filmu, człowiek młody, podchodził do zbierania materiału z pietyzmem charakterystycznym dla tego wieku; jeśli szczerze zwracają się ku przeszłości, młodzi na ogół chcą być uważnymi świadkami, niczego nadmiernie nie upraszczać. Konwencja cyklu Nieznani, zapomniani, w którym film był pokazany 24 maja przez ITI Neovision (kanał religia.tv) oznacza, że nie można po prostu mówić o tym, co wydaje się najciekawsze – o działającej dziś grupie. To założycielki, których nie zobaczymy, mają uzmysłowić swoje dzieło: Halina Kalwaryjska i jej prawie rówieśniczka, też już zmarła, Iza Sokolnicka. Nie ma materiału wizualnego o żadnej z nich ani kawałka starego filmu. Ale jednak, dzięki uczestniczącym w filmie świadkom, oglądamy genezę „Rodziny” – wspólnota powstaje, bo są ludzie potrzebujący siebie nawzajem naprawdę po to, by być sobą. To pierwsza mocna rzecz, którą widać w grze zestawionych ze sobą wypowiedzi: „Rodzina” to grupa nie na pokaz. Nie w ramach kościelnej stylistyki nazywa się „Rodziną”. Nie ma wprawdzie szans ani zamiaru organizowania życia pod wspólnym dachem, a członkowie żyją w innych rodzinach, zwykłych, dźwigających na co dzień ciężar ich choroby – jednak to ta „rodzina”, wspólnota z wyboru, ich uskrzydla. Halina Kalwaryjska jako psycholog, potem także współczujący lekarz, zobaczyła, że są wśród pacjentów ludzie potrzebujący religijnej wspólnoty, by swoje niepełnosprawne życie uczynić pełnym i sensownym, wzbogacającym Kościół. Ciężkie, bolesne zmagania z chorobą dla swego uzasadnienia nieraz potrzebują czegoś więcej niż wątpliwej perspektywy powrotu do zdrowia. Aby walczyć, chorzy muszą wiedzieć po co i dla kogo. Taką osobą mającą wiele do dania była Iza. Obok losu lekarki z przekonania, los pacjentki, z przekonania aktywnej i ofiarnej na rzecz innych, a zarazem wybierającej życie wewnętrzne w poczuciu łączności z Bogiem.

Tak zarysował się kontur „Rodziny” i zasadnicza idea: życie wewnętrzne, w którym cierpienie znajduje sens i wartość przez łączność, współdziałanie z Chrystusem. To oczywiście nie do pojęcia poza tajemnicą chrześcijaństwa. Film zwraca uwagę na niezwykłą zbieżność między duchowością „Rodziny” a listem Jana Pawła II o zbawczym cierpieniu. Nie znalazły się w nim moje własne, pewnie zbyt śmiałe słowa o „wzajemności inspiracji” między listem a przekazem Haliny Kalwaryjskiej i w ogóle znanych Ojcu Świętemu chorych od dawna żyjących tą myślą, dalekich od cierpiętnictwa, ale pewnych zbawczej wartości tego, co łączą z Ofiarą Syna.

W filmie głosy przeplatają się – pewne, wyraźne i słabsze, nieśmiałe. Coś to mówi o „Rodzinie”, że to, co najważniejsze, wypowiada o założycielkach i o istocie przedsięwzięcia właśnie głos najbardziej naznaczony bólem, najcichszy.

Dla mnie ten film stał się właściwie słuchowiskiem. I jako słuchowisko też się sprawdził. Myślę, że reżyserowi udała się rzecz trudna: pokazanie czegoś dobrego z zachowaniem barwy i charakteru, nie tylko odpowiedzi, lecz i pytań.

*

Ten mój tekst wygląda jak pozytywna recenzja. Ale nie ma prawa nią być: jestem przecież zbyt blisko sprawy, o której w filmie mowa. Jestem jednym ze świadków. Mogę napisać coś ważniejszego niż zwykła recenzja, mogę udzielić własnego świadectwa, że autorowi filmu udało się być naszym medium – zebrać, przywołać i wyrazić cząstkę żyjącej w nas pamięci. To jest ważne, poruszające przeżycie dla nas samych. Czy dzięki temu także do innych przeniknie coś ze spuścizny Hali i Izy? Wspaniale byłoby, gdyby dane nam było dowiedzieć się o tym. To możliwe, bo ich „Rodzina” trwa i zaprasza do kontaktu.

O czytaniu, oglądaniu

Wygodnie leżąc, z zamkniętymi oczami słucham całkiem wyjątkowej niedzielnej audycji TOK FM: o książkach i czytaniu. Książek wokół mnie pełno, tylko rękę wyciągnąć. Ale akurat teraz nikt mi żadnej z nich nie otworzy – w tym istotnym sensie, w którym „otworzyć księgę” to rozpocząć wchłanianie jej zawartości, wejść w świat w niej przedstawiony, poruszać się w nim (nie potrafię poruszać się tak wewnątrz filmu, który zwykle ma, jak dla mnie, zbyt zagospodarowaną przestrzeń). Słuchanie audycji o książkach to zajęcie pobudzające tęsknotę za przebywaniem w książkach. Najdotkliwiej ją odczuwam, gdy zamykając swój radiowy kramik, Roman Kurkiewicz mówi – „idę czytać książki”. A ja mogę tylko wrócić do próby pisania zamiast czytania.

Szczęśliwie nie wszystkie książki, o których w audycji mowa, rzeczywiście pragnę czytać. Bezinteresownie cieszę się wiedzą o ich istnieniu i czytanymi fragmentami. Słucham głosów autorów; niektóre będą wracać, będę je słyszeć w myśli jako rodzaj dźwięku off, gdy ktoś będzie mi tę książkę czytać, zwłaszcza jeśli to będzie Mr Zgredek, komputerowy zrzęda, bojkotujący intonację, uparcie przekręcający niektóre słowa. Uczę się psychicznie wyłączać, ignorować Zgredka, słyszeć samą książkę, a nie jego czytanie. Piszę dla „Znaku” o różnych godzinach, różne są pory pisania, ale sens tytułu jest i ten, że różne godziny życia bywają tematem.

Słuchanie prowadzi do jeszcze innej refleksji. Wiele książek, o których Kurkiewicz opowiada, to książki o krajach, miastach, miejscach, gdzie kiedyś byłam. Słucham, ilustrując sobie tekst wspomnieniami, nie tylko widoków, lecz i zapachów, głosów, tego nienazwanego, czym napełniona jest tamtejsza cisza. To jest bardzo przyjemne. Choć czasem muszę też żałować, że oglądałam świat nie tak dokładnie jak autorzy książek o różnych jego kątach, nie z takim przejęciem. Przyglądałam się dość uważnie, ale nie z tak pełnym oddaniem widzeniu. Podróżowałam jednak jakby mimochodem, z trudem odrywając się od spraw, które mnie aż tam sprowadziły. Skupienia na sprawach wymagała uczciwość. Zdobywałam się na to skupienie, podczas gdy wokół świat nie czekał na mnie-reportera; trwał, zmieniał się – milczał lub mówił swoje bez mojej rejestracji. Dobrze, że byli i są ci inni, którzy różne miejsca obejrzeli lepiej. Dziś sądzę, że patrzenie na świat jest tak ważne, że nie należy się go wyrzekać. Jako organizator spotkań ludzi z bliska i z daleka przyjmuję zasadę, że trzeba im zostawiać szansę zobaczenia czegoś, co zapamiętają, co się w nich wpisze, może zmieni sposób widzenia i komentowania spraw.

Dla mnie to, co kiedyś zobaczyłam po drodze, i same sposoby odbywania drogi – na przykład autostopem – to ważne źródło tego, kim jestem, co potrafię, co wybieram.

Z dawnych tekstów        

Adams – Wodnikowe Wzgórze

Swego czasu Andrzej Drawicz fascynująco podzielił się z czytelnikami „Tygodnika” swoją lekturą Tolkiena. Wdzięczność za przeżycie, jakim było dla mnie czytanie jego pięknego małego eseju, skłoniła mnie do próby zrobienia podobnej reklamy innej, nieco dziwnej, nietypowej książce – myślę o Wodnikowym Wzgórzu Richarda Adamsa. Ma sens wyszukiwanie i wskazywanie książek, które da się teraz czytać. Na pewno nie przypadkiem są to często właśnie książki, które niosą w sobie coś z wartości mitu. Mitu rozumianego oczywiście tak jak chce na przykład Ricoeur – jako tekst mówiący coś niezwykle istotnego o ludzkim losie, i to w sposób nieprzekładalny na język pojęciowy: mit zawsze zawiera i wyraża więcej, niż umiemy wypowiedzieć innym, nie-mitycznym językiem.

Nic nie dorówna tradycyjnym wielkim mitom ludzkości, ale czasem udaje się komuś jakby dotknąć tej strefy rzeczy prawdziwie istotnych, sięgnąć do jej wnętrza, wzbogacając ludzkość o jeszcze jedną opowieść, w której człowiek odnajduje coś ważnego o sobie. Czegoś takiego dokonał właśnie Tolkien. Chcę zaproponować parę godzin w świecie zupełnie od tolkienowskiego odmiennym, ale moim zdaniem równie ciekawym. Na pierwszy rzut oka świat królików, w który nas Adams wprowadza, bliższy jest lekko kpiącej, ciepłej, psychologicznej mądrości Kennetha Grahame (O czym szumią wierzby) niż Tolkiena. Przychodzą też na myśl analogie z Wykładem Profesora Mmaa Themersona. Króliki tworzą jednak społeczności dalekie od termiciej specjalizacji, o wiele bardziej ludzkie. Każda z tych społeczności jest zresztą inna (panują w nich różne systemy czy reżymy). Każda posiada też coś w rodzaju „charakteru szczepowego”, ukształtowanego przez okoliczności i osobowości protagonistów. Wodnikowe Wzgórze to historia założenia nowej kolonii królików – i to kolonii wyjątkowo szczęśliwej. Nie jest to jakieś szczęście utopijne – nie, po prostu wielkim wysiłkiem, dzięki rozsądkowi, intuicji, wierze, męstwu, wytrwałości i poświęceniu ekipy założycieli, króliki mogą w swej nowej kolonii być wreszcie królikami, żyć po króliczemu na swoim, czujnie, lecz bezpiecznie.

Przyjemność obcowania z tą książką płynie z kilku źródeł. Chcę je wskazać, aby zachęcić tych, co dotąd nie próbowali czytać tego typu literatury. Pierwsza, wstępna niejako satysfakcja to uczestniczenie we wspaniałej zabawie, jaką jest dla autora wymyślanie świata królików – na przykład ich języka „leporydzkiego” (wraz z dialektami). Zdobiące książkę „leporyzmy” są tak przekonujące, że chciałoby się kupić dobry słownik tego języka! Po przeczytaniu Wzgórza niektóre leporydzkie terminy narzucają się człowiekowi w życiu codziennym. Na przykład „flera” to – w odróżnieniu od zwykłej króliczej paszy – specjalne delikatesy podrzucane przez ludzi lub ukradzione im: sałata, marchew itp. Dzikie króliki rzadko kosztują flery; w wielu koloniach jest ona ściśle zarezerwowana dla Wielkiego Królika z rodziną lub dla Ausli:

Prawie wszystkie królikarnie mają swoją Auslę, czyli pewną liczbę silnych lub sprytnych królików – wyjaśnia Adams. (…) są różne Ausle. W jednej królikarni Auslą może być oddział wojowników, gdzie indziej składa się głównie z bystrych zwiadowców lub rabusiów ogrodowych. W owym czasie w królikarni Sandleford Ausla miała charakter raczej wojskowy (chociaż, jak się to później okaże, nie tak wojskowy, jak u innych).

To tylko mała próbka uroków leporydzkiego, jest tego więcej!

Sięgnijmy jednak do głębszych źródeł zadowolenia. Otóż rzadko się zdarzają tak mądre i integralne książki o historii – o tym, jak się ona dzieje. Chciałoby się powiedzieć, że tematem Wodnikowego Wzgórza są mechanizmy historii – ale nie, właśnie nie mechanizmy, bo nie ma tu nic mechanicznego, żadnych „dziejowych konieczności”. Historia króliczych gromad jest pełna przypadków i tajemnic, tak jak rzeczywista historia ludzka – i jest też otwarta ku temu, co poza czy ponad historię wyrasta. Obejmuje czynną obecność własnych, żywych króliczych mitów – mitów komentujących i jakoś nawet kształtujących to, co się dzieje, a zarazem narastających dalej, zbierających w sobie epickie elementy bieżących wydarzeń. Te mity i wiara w nie są królikom bezwzględnie potrzebne. Bez nich są „jak drzewa w listopadzie”. O stosunku Adamsa do mitów – albo lepiej: o ich prawdziwej funkcji w rzeczywistych dziejach, nie tylko leporydzkich, bardzo wiele mówią trzy piękne i ważne epizody książki.

W ekipie przyszłych założycieli nowej kolonii na Wodnikowym Wzgórzu jest królik Mlecz szczególnie dobrze opowiadający tradycyjne opowieści, których bohaterem jest El-ahrera, „Książę o tysiącu wrogów”, protoplasta królików. Opowieści te bardzo pomagają królikom w trudach, niebezpieczeństwach i konfliktach wędrówki. Na pewnym jej etapie wędrujący pionierzy są gośćmi dostatniej, wręcz luksusowej kolonii, stale zajadającej wspaniałą flerę i – pozornie – wolnej od niebezpieczeństw. Jeden z jej prominentów, królik Pierwiosnek, proponuje, aby przybysze opowiedzieli coś ciekawego. Towarzysze z dumą słuchają Mlecza opowiadającego mit o El-ahrerze i sałacie króla Darzina. Spodziewają się wielkiego sukcesu. Ale gospodarze nie wydają się specjalnie zachwyceni.

Bardzo ładne – rzekł Pierwiosnek – Tak, bardzo ładne. Niezwykła opowieść. – Zawsze uważałem, że te tradycyjne opowiadania mają w sobie wiele wdzięku – odezwał się inny królik – zwłaszcza kiedy się je opowiada w prawdziwym stylu. – Tak … Przekonanie, oto co jest im niezbędne. Trzeba naprawdę wierzyć w El-ahrerę i w Księcia Tęczy, prawda? Reszta już idzie łatwo – powiedział Truskawek… – Niewiele opowiadamy starych bajek – rzekł Pierwiosnek. Nasze opowiadania i wiersze mówią przeważnie o naszym życiu tutaj… El-ahrera niewiele dla nas znaczy. Chociaż opowiadanie waszego przyjaciela było wręcz urocze – dodał szybko (s. 93-94, podkr. moje – HB).

Rzecz w tym, że mimo swych luksusów, mimo inwencji i artystycznych talentów jej mieszkańców, kolonia Pierwiosnka jest złym miejscem. Królików jest w niej o wiele mniej, niż w tych warunkach być powinno; nikomu nie wolno też pytać, gdzie są ci, co nagle znikli. Należy zbierać i konsumować flerę, a w wolnych chwilach można się bawić poezją (która jest piękna i smutna). Poświęcony tej kolonii rozdział nosi motto wzięte z Lotofagów Tennysona.

Kolonia na Wodnikowym Wzgórzu nie od razu ma zapewnioną przyszłość. Zależy ona od zdobycia króliczek-matek. W innej kolonii, Etrafie, jest ich nawet zbyt wiele. Ale Etrafa jest groźna. Pod srogimi rządami Królika-Generała Czyśćca walczy przeciw wszystkim, a swoich członków poddaje spartańskim ograniczeniom. Etrafańska Ausla potrafi wyśledzić każde wykroczenie, los dysydentów jest straszny. W przeddzień wyprawy jej bohater Czubak prosi Mlecza o opowiadanie, które sobie wybrał: o El-ahrerze i Czarnym Króliku z Inle. Inle to po leporydzku księżyc, lecz nie tylko: także w szerszym znaczeniu kraina ciemności, lęku i śmierci.

Jak wszyscy wiecie – opowiada Mlecz – Czarny Królik z Inle to strach i wieczny mrok. Wprawdzie to królik, ale i zimny, zły sen i można tylko prosić Pana Frysa o wybawienie od niego, teraz i na przyszłość. Kiedy sidła są zastawione, Czarny Królik wie, gdzie tkwi kołek, a kiedy tańczy łasica, Czarny Królik jest niedaleko. Wszyscy wiecie, jak niektóre króliki zdają się marnować życie wśród żartów i kradzieży, tymczasem ich głupota pochodzi od Czarnego Królika, bo to jego wola sprawia, że nie czują psa ani nie postrzegają strzelby. Czarny Królik przynosi także chorobę… Niektórzy powiadają, że Czarny Królik nas nienawidzi i pragnie naszej zguby. Prawdą jest, tak mnie przynajmniej uczono, że on również służy Panu Frysowi i wypełnia tylko swój obowiązek, aby się stało to, co być musi.

Lud El-ahrery jest w niebezpieczeństwie ostatecznym i wtedy postanawia on pójść do Czarnego Królika i ofiarować mu swoje życie w zamian za ratunek dla wszystkich królików. Opowieść o wędrówce do podziemnej krainy, o targach z budzącym grozę jej władcą, to jeden z najpiękniejszych fragmentów książki. Przeczytajcie. Tu tylko – dla zachęty – o spotkaniu El-ahrery z Dobrym Panem Frysem.

El-ahrera pobrnął wzdłuż żywopłotu do lasu i usiadł pod leszczyną ogarniając wzrokiem pole. Ściemniało się, gdy uświadomił sobie nagle, że tuż obok, wśród liści, objawił się Pan Frys.

„Czy gniewasz się, El-ahrero?” – spytał Pan Frys.

„Nie, Panie – odparł El-ahrera – nie gniewam się. Zrozumiałem jednak, że cierpienie to nie jedyna rzecz, z powodu której współczuje się kochanym istotom. Królik, co nie poznaje daru przynoszącego mu bezpieczeństwo, biedniejszy jest od ślimaka, chociaż sam o tym nie wie”.

„Mądrość, El-ahrero, przebywa na odludnych stokach gór, dokąd nikt nie przychodzi na żer, i na kamienistym brzegu, gdzie królik na próżno wykopuje jamę”…

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata