70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Aktualizowanie przeszłości to sprawa niezwykle delikatna. Świadczą o tym różne efekty przedsięwzięć podejmowanych zapewne w dobrej wierze, ale raniących, uznawanych za skandal przez osoby dysponujące realną osobistą pamięcią, jak było, albo tylko bardziej wrażliwe na grę symboli i ich wymowę. Mnie na przykład osobiście bardzo rażą próby „rekonstrukcji” wydarzeń w rodzaju pochodu przebierańców, ucieleśniających skazanych i siepaczy. Nie chcę też, by ktoś wkładał opaski z gwiazdą Dawida – to zbyt dosłowne, zbyt też przerażający dosłownością widok. Sprzeczny z tryumfem tego znaku z jego użyciem w Marszu Żywych (ale bez nawiązania do barw na opaskach – narzędziach dyskryminacji).

*

Marzec i kwiecień. Miesiące rocznic, które nie przestają być ważne, choć ich treść jakby przesuwa się z miejsca na miejsce nieco inne, uwyraźnia się, choć jednocześnie traci żywszą dawniej naoczność. Różnie obchodzą nas rozmaite kolejno nagłaśniane rocznice. Wybieramy coś do obejrzenia i zbadania właśnie teraz, podczas gdy odkładamy do lamusa inne pamiętne wydarzenia, przy czym w lamusie brak już miejsca; stosy coraz wyżej się piętrzą, strych zapchany, piwnice pełne po sklepienie.

Jest problem nadmiaru rocznic, dni i czasów, gdy wypada coś wydobyć, odkurzyć, opisać, wylansować, nie mówiąc o „złożeniu hołdu”.

*

Wypada?… Nie, tym się już nie kieruję. W obchodzeniu rocznic jest dla mnie coś z powinności, ale nie wobec oficjalnego porządku. Rocznicy muszą potrzebować, wręcz żądać, przede wszystkim umarli, przede wszystkim ci z nich, którzy nie do końca odeszli, wciąż niepokojący pamięć. Niepogrzebani, a także ci, których szczątki są nie tam, gdzie miały spocząć. Albo z innego powodu pamięć o nich jest niepokojąca, czy też przeciwnie – unosi nas, pociesza, upewnia.

*

Pierwowzór rocznic. Nieczęsto tak o tym myślimy, ale to przecież Pesach, Pascha. Chrześcijańska Wielkanoc wyrosła bezpośrednio na żydowskim wspominaniu ratunku, którego udzielił Haszem. To jest wspominanie wspominań – radosne, ale i dramatyczne, łączące pamięć śmierci z pamięcią o życiu ocalonym, które mamy z tego źródła. Źródła, o którym zapomniawszy, nie bylibyśmy już sobą.

Wspominanie paschalne zawieszone jest na kosmicznej wskazówce – wiosennej pełni księżyca, która przypada w marcu lub kwietniu.

Są rocznice z dokładnie wyznaczoną przez historię stałą kalendarzową datą – jak rocznica śmierci czy urodzin albo innych wydarzeń mających znany, określony początek lub finał. Z drugiej strony marzec cały jest rocznicą „Marca” (który trwał znacznie dłużej), a sierpień – „Sierpniem”. Rocznica Katynia, której w tym roku poświęcono dzień 13 kwietnia, jest raczej umowna. Rocznica wybuchu Powstania w Getcie to w kalendarzu 18 kwietnia albo co roku powracające Święto Pesach, z którym się to wydarzenie wiąże.

*

Umowność dat to nie to samo co umowność rocznic jako takich. Umawiamy się w kwestii daty, może i nazwy święta, utrwalają się i zanikają zwyczaje decydujące, że dla upamiętnienia trzeba uczynić to lub tamto: złożyć kwiaty w tym czy innym miejscu, zapalić znicze albo świece w oknach, wziąć udział w nabożeństwie albo koncercie. Im żywsza rocznica, tym więcej sposobów upamiętnienia.

Obok rocznic wspólnych, publicznych są oczywiście ważne rocznice prywatne, rodzinne, też tworzące tradycję wzbogacającą życie, spajającą razem tych, których łączy. Wprowadza się w tę wspólnotę nowe, dalsze osoby, dorastające dzieci, pozyskanych przyjaciół.

Analogia ze świętem Pesach wskazuje, że w obchodzeniu rocznic jest coś poza umownością. Coś – bardzo wiele! To, co w ten sposób wspólnie wspominamy, musi być wielką, poważną sprawą, ściśle zrośniętą z naszą tożsamością. Od niepamiętnych czasów jest to pamiętne albo na przykład od lat trzech stało się konstytutywne. Tak na przykład nasza rodzina obchodzi jeszcze stosunkowo niedawną rocznicę śmierci kochanej przez wszystkich matki, babci, prababci. Co roku gromadzi się w kościele, a potem na radosnym kinderbalu całe, coraz liczniejsze plemię jej potomków. Dzieje się tak na jej życzenie – była taka, iż wiedziała, że będzie nam z tym dobrze.

Nasza rodzinna rocznica podobna jest do rocznicy śmierci Jana Pawła II. Obie nie są w gruncie rzeczy żałobne, obie świętują pamięć o osobach dobroczyńców, pogodną zwłaszcza wtedy, gdy wiara upewnia, że w jakiś sposób oni są nadal przy nas czy nad nami albo w nas przez przyjęte dziedzictwo i obiecaną łączność w Bogu, ich i naszym.

Zupełnie inne, choć przecież także konstytutywne są rocznice, których wiodącym motywem jest protest – protest przeciw wymazaniu z pamięci, przeciw zbrodni, która miała przekreślić istnienie, przekreślić obecność i kontakt. Taka jest rocznica katyńska, rocznice pogromów, wydarzeń kieleckich, Jedwabnego. To też konstytutywne – czujemy się potomkami ofiar, bierzemy w siebie ich dziedzictwo, godzimy się żyć w cieniu ich śmierci, potwierdzamy, że byli i że dołączamy do tych, których dotyka żałoba.

Rocznice tego typu są trudne. Jednych łączą, innych, kojarzonych ze sprawcami, odpychają, piętnują. Czy może być inaczej? Czy rocznicę wydarzenia wołającego o pomstę do nieba można uczynić konstytutywną dla otwartej, wszechobejmującej rodziny ludzkiej? Taki zwrot przewyższa siły natury. Może nastąpić dzięki obchodzeniu rocznicy jako dnia pokuty. Pokutowania i szacunku dla pokuty musimy się jeszcze uczyć.

*

Pokuta i obchodzenie rocznic – te elementy tradycji i kultury, życia wewnętrznego, mają wspólny grunt.

Sens pokuty rysuje się wyraźniej, gdy uznać, że przeszłość można poniekąd naprawić przez to, co czynimy teraz, że w łańcuch konsekwencji można stąd, z tu i teraz, włączyć nowy element, że liczy się – wobec kogo? – obecny dzisiejszy żal i praca dla „zadośćuczynienia”. W kierunku zadośćuczynienia, bo nigdy nic nie naprawi śmierci. Tylko według wiary jedną dobrowolną śmiercią Jezusa wszelka śmierć została już pokonana, choć się to dopiero okaże, jeszcze pozostajemy w żałobie bliższej lub dalszej od nadziei.

Czy pokuta zupełnie nie ma sensu poza wiarą? Wiara udziela pokucie pewnej bardzo pocieszającej faktyczności – przez pokutę wzywamy Boga, który może wszystko, może stworzyć nowe serce, nową uleczoną przeszłość. Gdy jesteśmy obdarzeni wybaczeniem, gdy sami wybaczamy, uczestniczymy w nowej, lepszej przeszłości. Pragnienie, by przeszłość  była inna, może oczywiście istnieć poza wiarą. Pokutowanie może z tego pragnienia wyrastać, może być kołataniem bez liczenia, że jest ktoś, kto otworzy.

Albo inaczej: przeszłość pozostaje niezmiennie przerażająca, ale pokuta naprawia jednak choć samą teraźniejszość, tamta przeszłość bardziej się kończy, skoro za nią pokutujemy?

Tak czy owak, myślę, że wierzący i niewierzący mogą, mogliby wspólnie obchodzić rocznice pokutne, czyniąc, co wypada, dla upamiętnienia ofiar i dla dobra dziś zagrożonych krzywdą.

Z drugiej strony – nie lękajmy się śmiało wierzyć, że upamiętniając rocznice, wchodzimy na duchowy most zbliżający nas do przeszłych wydarzeń aż po szczególne uczestniczenie przez pamięć w tym, co raz na zawsze stało się kiedyś, a jednak jest nam dostępne.

Krok

W warszawskim „Radiu Józef” działa program rozmów z osobami dążącymi do uwolnienia się od uzależnień – od alkoholu, narkotyków, hazardu, seksu… Rozmowy te w zasadzie opierają się na „Dwunastu krokach” przyjętych w środowiskach Anonimowych Alkoholików. Inną wersję takiego programu można znaleźć w „Antyradiu”, kiedyś dawniej były takie audycje w Tok FM. Słuchałam ich; teraz częściej trafiam na audycję w „Radiu Józef”. Kontakt z „Anonimowymi…”, z tego typu wspólnotą-korporacją wzajemnej pomocy, wart jest wysiłku, w formie radiowej wymaga tylko skupienia. I właśnie skupienia uczy. A właściwie czegoś więcej niż zwykłe skupienie.

Zrozumiałam to niedawno jeszcze raz, może już naprawdę? Nic nie zwalnia od obowiązku wracania do wszystkich dwunastu kroków i odkrywania ich tak, jakbyśmy jeszcze nie próbowali żadnego z nich postawić.

Uzależnienie wykrzywia stosunek do rzeczywistości – w tym do przeżywania czasu. Niespokojnie czeka się na to, od czego jesteśmy uzależnieni. Zaspokojenie zniewalającej potrzeby wynikającej z uzależnienia nie przynosi spokoju, przeżywa się stratę, zniszczenie, złe konsekwencje, upokorzenia i zarazem trwanie potrzeby. Jak to wskazują zwierzenia uzależnionych – w tym stanie człowiek nie żyje chwilą obecną. Czas mija, znika, nie pozostawiając śladu w pamięci.

Wchodzenie w abstynencję, to powrót do życia TU I TERAZ. Krok po kroku: teraz – przez czas ograniczony do minut czy godziny – teraz NIE, teraz mogę żyć poza uzależnieniem, bez tego, czemu ulegam, teraz nie piję, nie ćpam, nie gram… Nie chcę stracić tego bezcennego stanu teraz, podejmuję kolejną decyzję na teraz, witam nową teraźniejszość, bez tego, czego teraz nie chcę… W czym się teraz nie pogrążam. Nie myślę ani o przeszłości, ani o przyszłości nie do zniesienia, tylko o tym, że teraz NIE.

To zapamiętałam z fascynującej audycji – świadectwo, jak dokonuje się cud uwolnienia, jak się w kimś dokonał i taka sekwencja może się w kimś innym powtórzyć.

Teraz NIE tamto, teraz TAK wobec chwili.

Potem słuchaczka dziękowała za to świadectwo wyzwolenia i za opis życia chwilą obecną: ile się w takim życiu mieści, jak jest intensywne. Nie znaczy to, że wypełnione samym szczęściem, lecz że prawdziwe także w przeżywaniu bólu. Nie odkładane na później, nie uzależnione od tego, aby… Już będące życiem teraz.

Przyłączam się do podziękowania tej słuchaczki. Jak ona czuję aktualność tej metody wyzwalania się, także w sytuacji, gdy niby nie ma uzależnień, nie ma ich od trucizn czy totalnie niszczących czynności, a jednak ulegam pokusie czekania na ucieczkę, życia nie teraz.

Rozpacz i strach w stawaniu przed utratą. Czy dwanaście kroków, jakaś ich analogia, to nie jest ścieżka dla zagrożonych utratą – zdrowia, funkcji dla życia istotnych, samego życia? Na to też odpowiedź: teraz NIE, teraz nie tracisz, teraz masz to i tyle, teraz żyjesz, żyj tym. Jak to jest wiele. Teraz to, a nie żadne czekania.

Wolność od tego, co się wydarzy? Koniec z uzależnieniem od tego, co być może, albo na pewno. Teraz. Może i o to właśnie chodzi?

Coś wiosennego

Zmrok zmieszany z mżawką wypełnia przestrzeń między nie do końca rozpostartymi liśćmi. Tam też ptaki, niewidoczne, chyba że zarysują się na tle nieba. Słychać ich zmieszane głosy, nawoływania, piosenki powtarzane w kółko, choć coraz ciemniej.

Z mokrej dolinki, gdzie mała tafla wody, pięknie zestrojony chór żab. Nie potrzebują gwiazd ani księżyca zza chmur. Wystarcza poświata przenikająca mokry zmierzch. Od lasu powiew nasycony żywicą i zapachem milionów pąków otwierających się we mgle.

Gospodarze opowiadali, że w okolicy przechadza się pięć łosi.

Milenkowce podlaskie, w kwietniu

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata