70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wtajemniczenie w miłość

Mało który filozof tak bardzo przeżył swoją filozofię jak Søren Kierkegaard. Jeanne Hersch, uczennica Karla Jaspersa, uważała, że myśl duńskiego filozofa (podobnie jak Fryderyka Nietzschego) wyrosła z jego życia. Akcentowanie wiarygodności i autentyczności tego, co wyrażał, odraza do retoryki, zamiłowanie do zakamuflowanej samokrytyki to tylko niektóre cechy filozofii egzystencjalnej Sokratesa z Kopenhagi.

Antoni Szwed, znawca i tłumacz jego dzieł, również ostatnio wydanych w języku polskim Czynów miłości… (Kjerlighedens Gjerninger…), uważa Kierkegaarda za „miłośnika miłości i najgłębszego filozofa miłości w całej historii filozofii”. Zaskakująca pozornie interpretacja, zwłaszcza że ów „miłośnik miłości” w dość okrutny sposób odtrącił miłość w swoim życiu. Wiele napisano na ten temat, zdarzyli się tacy, którzy czytali dzieła duńskiego myśliciela przez pryzmat psychoanalizy, ale również i tacy, którzy z ironią widzieli w Kierkegaardzie mężczyznę wolącego wiecznie pragnąć niż posiadać. Trudno jednoznacznie stwierdzić, co było przyczyną odrzucenia przez niego odwzajemnionej miłości do kobiety. Może jego miłość była zbyt gwałtowną namiętnością niosącą zapomnienie kochających się o Bogu, o czym świadczyć mogą jego słowa: „Bo w Boskim sensie nawet najszczęśliwsza miłość pomiędzy człowiekiem a człowiekiem ma jeszcze jedno niebezpieczeństwo, o którym nie myśli wyłącznie ludzkie ujęcie miłości, niebezpieczeństwo, że ziemska miłość mogłaby stać się tak gwałtowna, że Boski stosunek zostałby zakłócony”. Niecały rok po zaręczynach Kierkegaard odesłał Reginie Olsen obrączkę, po czym zapisał: „Przesłanie jedwabnego sznura oznacza na wschodzie karę śmierci dla adresata, natomiast przesłanie obrączki u nas oznacza karę śmierci dla nadawcy”. Dziennik uwodziciela, którego bohaterem uczynił uwodziciela z wyjątkowym okrucieństwem bawiącego się uczuciami dziewczyny, napisał po części dlatego, aby Regina, która po zerwaniu na kolanach błagała go, by do niej wrócił, odeszła od niego na zawsze. Wydaje się, że mimo iż miłość pozostawiła w obojgu głębokie rany, ich rozstanie można interpretować jako odejście nie „od”, lecz „dla”, jako ten dziwny, wzbudzający śmiech świata rodzaj miłości, która potrafi odejść, jeśli wymaga tego dobro osoby ukochanej, miłości ofiary i samozaparcia, miłości, która staje się milczeniem po to, aby ukochany mógł być i pozostać sobą. Antoni Szwed zauważa, iż głębokie uczucie, jakie Kierkegaard żywił do Reginy, bez wątpienia naznaczyło całe jego życie, odciskając piętno na wszystkim, co napisał.

W 1847 roku ukazują się Czyny miłości…, w których Kierkegaard pisze, że „ograbienie siebie z miłości jest czymś najbardziej strasznym, jest wieczną zatratą, dla której nie ma rekompensaty ani w doczesności, ani w wieczności”, że to oszustwo, uwięzienie siebie w sidłach gorzkiej drwiny i zimnej zatwardziałości. O miłości pisze w dwóch znaczeniach, wprowadzając i tutaj kategorię „albo-albo”: miłości zmysłowej, erotycznej, miłości dwojga kochanków opisywanej przez poetów (Elskov) oraz miłości duchowej, chrześcijańskiej, miłości bliźniego (Kjerlighed). Jednocześnie zauważa związek między miłością człowieka a miłością Boga: „podobnie jak spokojne jezioro ma swe oparcie w ciemnym, głębokim źródle, tak ludzka miłość w zagadkowy sposób opiera się na Bogu”. Miłość to „pochłaniająca głębia”, pisze. Niemożliwością jest znaleźć jej źródło i odsłonić tajemnicę. To tak jakby promień słońca zapraszał, byśmy z jego pomocą patrzyli na cudowność świata, ale karał ślepotą, gdy chcemy odkryć jego źródło. Jeśli nawet jezioro wyschnie, źródło nie zniknie nigdy: „życie miłości jest wiecznym źródłem. To życie jest świeże i wieczne; żaden chłód nie może go ochłodzić”. Natomiast największym i najbardziej zgubnym bólem cierpienia jest to, „gdy ktoś, zamiast cieszyć się miłością w jej odsłonięciach, będzie cieszył się, gruntownie ją badając, to znaczy unicestwiając ją”.

Miłość jest „wstrząsem od podstaw”, najradośniejszym wydarzeniem w życiu człowieka, powodującym przemianę jego widzenia i odbioru rzeczywistości. Miłość to potrzeba i bycie potrzebującym. Kierkegaard zauważa, że coś tak bardzo nędznego (człowiek przecież niechętnie mówi o swoich potrzebach) może oznaczać najwyższe bogactwo. Potrzebujemy miłości tak, jak poeta ma potrzebę tworzenia poezji, tak jak dziewczyna odczuwa potrzebę kochania. „Ach, nawet najbardziej potrzebujący, który żył, jeśli miał miłość, jakże bogate było jego życie w porównaniu z tym, najbardziej biednym, tym, który przeżył życie i nigdy nie odczuwał żadnej potrzeby! Bo właśnie największym bogactwem dziewczyny jest to, że potrzebuje ukochanego; najwyższym i prawdziwym bogactwem pobożnego, że potrzebuje Boga”. Miłości nie należy się wstydzić; miłość woła o ujawnienie, wyjście z kryjówki:

nie powinieneś ukrywać widocznych emocji, gdy są prawdziwe, ponieważ to właśnie może być pozbawionym czucia czynieniem niesprawiedliwości (…). Twój przyjaciel, twoja ukochana, twoje dziecko lub ktoś, kto jest przedmiotem twojej miłości, ma prawo wyrazić ją również słowem, gdy ona rzeczywiście porusza cię w twoim wnętrzu. Uczucie nie jest twoją własnością, lecz [jest własnością] drugiego, objaw jest jego wierzytelnością, ponieważ ty w uczuciu należysz do tego, który cię porusza, i uświadamiasz sobie, że do niego należysz. Gdy serce jest pełne, nie powinieneś zazdrośnie, wyniośle, krzywdząco dla drugiego obrażać go w cichości, zaciskając wargi; powinieneś pozwolić mówić ustom z obfitości serca.

Aby „ukryte życie miłości” mogło przynieść owoc, musi najpierw ukształtować serce, uzyskać w nim „wieczne utwierdzenie”. Owoce miłości dojrzewają w „spokojnym ogniu ukrytego bólu”. Mimo ich kruchości wicher i ulewa nie są w stanie ich zniszczyć. Choć Kierkegaard przyznaje, że miłość powinna być poznawana po owocach, pisze również: „nie domagajmy się w jakichś wzajemnych relacjach miłości niecierpliwego, nieufnego, wydającego osąd, ustawicznego widzenia owoców”. Byłoby to świadectwo naszej małostkowości i nieufności. „Należy wierzyć w miłość, w przeciwnym razie nie zauważamy wcale, że ona istnieje. (…) Wierz w miłość!” – to pierwsze i ostatnie słowo, jakie można powiedzieć o miłości. Choć miłość poznaje się po owocach, to życie miłości jest czymś więcej niż konkretnym w swym ujawnieniu owocem życia. „Dlatego ostateczną, najszczęśliwszą, bezwarunkowo przekonującą wiedzą o miłości jest: sama miłość, która jest poznawana i rozpoznawana w drugim dzięki miłości”. I dalej: „Tylko ten, kto trwa w miłości, może poznać miłość, i podobnie jego miłość dostępna jest poznaniu”. W tym sensie miłość podobna jest do wiary, której istotą jest – pisze duński myśliciel – „bycie tajemnicą, bycie dla Jednostki” oraz zakochanie czyniące „człowieka pełnym tajemniczości”, która uszczęśliwia kochającego. Z nadzieją łączy ją to, że pokładając nadzieję we wszystkim, miłość „stale podtrzymuje otwartą możliwość wraz z nieskończoną inklinacją ku możliwości dobra”. Nadzieja kochającego polega na żywieniu nadziei na możliwość dobra dla ukochanego, która może oznaczać „zadośćuczynienie po upadku lub ocalenie od zatraty”. Podczas gdy rozpacz mówi coś przeciwnego, nadzieja kochającego podpowiada: „nigdy nie porzucaj egoistycznie żadnego człowieka lub nadziei dla niego, bo jeśli jednak było możliwe to, że nawet najbardziej marnotrawny syn mógł zostać ocalony; (…) jest przecież możliwe, że miłość, która stała się oziębła, znowu mogłaby zapłonąć”. Miłość nie zna rezygnacji z drugiego człowieka, choćby był najbardziej zagubiony, bo rezygnacja z niego byłaby rezygnacją z miłości. „Gdyby nie było miłości, nie byłoby także nadziei, która leżałaby jak list oczekujący na doręczenie; gdyby nie było miłości, z nadzieją byłoby jak z listem, którego treść byłaby, tak, błogosławiona, lecz nie byłoby nikogo, kto odebrałby list”.

Kierkegaard jest przekonany, że chrześcijaństwo daje najlepszą odpowiedź, czym jest miłość, co więcej, żadna doktryna czy światopogląd nie uczyły takiego trwania w miłości jak chrześcijaństwo. Podczas gdy miłość erotyczna jest „pięknym zawrotem głowy nieskończoności, jej najwyższym wyrazem jest szalona śmiałość zagadkowości”, miłość chrześcijańska jest obowiązkiem naznaczonym „elastycznością wieczności”, zabezpieczonym przed zmiennością upływu czasu, „próbą srebra”. Podczas gdy miłość erotyczna nie jest zabezpieczona przed rozpaczą, która powstaje na skutek niewłaściwego, nieproporcjonalnego odniesienia się do jednostki, miłość duchowa dzięki obowiązkowi miłowania – „Ty powinieneś kochać” – staje się prawdziwie wolna „w szczęśliwej niezależności”, jest bowiem pomaganiem drugiemu w tym, by był sobą. Miłość bliźniego to niewdzięczna praca, jednak jedynie miłując bliźniego, człowiek osiąga to, co najwyższe – staje się „naczyniem w służbie prawdy”, naczyniem w rękach Boga. Bóg jest „kategorią pośrednią” – tylko w Jego towarzystwie odkrywa się bliźniego, który jest „odciskiem wieczności – w każdym człowieku”, „znakiem wodnym” widzianym tylko w świetle wieczności. Człowiek staje się chrześcijaninem, przechodzi „prawdziwe wtajemniczenie” w miłość chrześcijańską, gdy porzuca wszelkie roszczenia wobec życia na rzecz zrozumienia, czego wymaga od niego Bóg i wieczność. Właśnie wtedy zaczyna miłować bliźniego, a miłując bliźniego, jest bliski życia – nie ma w nim dystansu wobec tego, co w tej „świętej chwili”, w tej jednej sekundzie powinien czynić. Kierkegaard pisze, że dziecko rozpoznaje się po tym, jak mówi: „mnie się chce, mnie, mnie”, a młodość, gdy krzyczy „ja, ja, ja”.

Charakterystyczną cechą dojrzałości i wtajemniczeniem w to, co wieczne, jest chęć zrozumienia, że to „ja” nic nie znaczy, jeśli nie staje się „ty”, do którego wieczność nieprzerwanie przemawia, mówiąc typowinieneś, ty powinieneś, ty powinieneś. Młodość chce być jedynym „ja” na całym świecie, dojrzałość jest zrozumieniem tego „ty” o sobie samym.

Miłość bliźniego nie wymaga od człowieka rezygnacji z kochania ukochanego – „wtedy rzeczywiście słowo >>bliźni<< byłoby największym oszustwem, jakie wymyślono, gdybyś ty, by kochając bliźniego, miał zaczynać od rezygnacji z miłowania tego, do którego masz upodobanie”. Miłość preferencji jest szkodliwa, gdy przeradza się w miłość własną i wyklucza miłość bliźniego. „Kochaj ukochanego wiernie i czule, lecz niech miłość do bliźniego będzie czymś uświęcającym w waszym pakcie zjednoczenia z Bogiem; kochaj swojego przyjaciela szczerze i z oddaniem, lecz niech twoja miłość do bliźniego będzie tym, czego uczycie się nawzajem w zażyłej przyjaźni z Bogiem”. Właśnie wtedy przyjaciele czy kochankowie dotykają wieczności i stają się „Boskimi współpracownikami” w miłości – upodabniając się do Boga. Dzieje się to jednak na mocy miłości bliźniego. Miłość bliźniego również w tym sensie jest wyższa od miłości kochanków czy przyjaciół (i w tym sensie łatwiejsza), że bliźniego nie można nigdy utracić. „W miłowaniu bliźniego trzymasz więź z Bogiem, dlatego śmierć nie może cię go pozbawić” (chciałoby się w tym miejscu zapytać, czy w miłości przyjaciół i kochających się nie można „trzymać więzi z Bogiem”?). Podczas gdy miłość erotyczna jest miłością opartą na upodobaniu, miłość bliźniego jest niezależna od tego, do którego jest kierowana – to nie bliźni utwierdza nas w tej miłości, lecz ona sama nas w niej utwierdza, dlatego jest trwała, wieczna, niepodatna na zmiany. Mimo śmierci przyjaciela czy ukochanego, mimo że człowiek często nie osiąga szczęścia ze względu na „samotność rozdzielenia”, może zachować miłość bliźniego, która jest „pocieszeniem wieczności” połykającym ból. Miłość bliźniego jest potrzebą, ale ona nie potrzebuje ludzi, aby miłować  – ona „potrzebuje miłowania ludzi”. Chrześcijaństwo jako bezstronność uczy wznieść się ponad wszelkie ziemskie zróżnicowanie i odmienność. Miłość bliźniego jest miłością z zamkniętymi oczami, miłością na ślepo: „Niestety, jeśli naprawdę masz kochać bliźniego, to ważne jest to: przede wszystkim nie patrz na niego”, bo „oko zmysłowe zawsze widzi zróżnicowania i patrzy na zróżnicowania”. Podczas gdy miłość kochanków jest miłością własną, polegającą na tym, że ukochany staje się drugim „ja”, miłość bliźniego polega na samozaparciu, na tym, że bliźni jest pierwszym „ty”. Miłość zmysłowa jest jak intermezzo do miłości duchowej. Miłość bliźniego jest „wieczną równością w miłowaniu”, bliźni to ktoś, kto jest równy ze mną przed Bogiem.

Kierkegaard jest przekonany, że największym błędem, iluzją miłości jest brak odniesienia do Boga. Miłość nie rozgrywa się tylko między dwojgiem kochających się osób. „Do stosunku miłości należy trójca: miłujący, umiłowany, miłość, ale miłość jest Bogiem. I dlatego miłowanie drugiego człowieka jest pomaganiem mu w tym, by miłował Boga, a bycie miłowanym jest byciem wspomaganym”. Dlatego chrześcijaństwo nie zna zwrotu językowego takiego jak „zerwanie” lub „rozłam”: „Ta mowa o rozłamie pomiędzy dwojgiem jest zbyt lekkomyślna; z tego pozornie wynika, jakby stosunek miłości był rzeczą pomiędzy dwojgiem, jakby w ogóle nie było trzeciego, którego to dotyczy”. Jeśli miłość jest relacją między dwojgiem, to jedno może mieć przewagę nad drugim i złamać związek. Gdy jest to relacja trójcy, a trzeci jest samą miłością, żadne z dwojga nie może „skończyć z miłością”. Co więcej, „w zerwaniu i poprzez zerwanie niewinnie cierpiący staje się jeszcze mocniejszy, jeśli również nie kończy z miłością”. Jeśli kochający mówi „ja trwam”, nie ma żadnego zerwania – to tak jakby zrywający był dopiero w połowie zdania. „Najpotężniejszym słowem, które człowiek wypowiedział, jest, gdy kochający mówi: trwam”. Cisza rozpięta między dwojgiem jest też formą rozmowy, a o ile życie jest drogą, trwanie kochającego jest – paradoksalnie – pójściem razem tą drogą. Miłość jest w stanie wszystko przetrzymać, „cierpliwie milczy – ale w zupełnej ciszy zakłada, że miłość jednak jest jeszcze obecna w drugim człowieku”. Przebaczenie łagodzi wstrząs rozstania i choć widzi grzech, odrzuca go, wymazuje siłą przebaczenia: „prawdziwe pojednanie polega na tym, że jest się tym, który ofiaruje pojednanie, a nie tym, zauważ dobrze, kto potrzebuje przebaczenia. (…) Piękna walka, piękniejsza niż kłótnia kochanka, gdy kochający musi być sam i dlatego tak bardzo, tym bardziej kochając, musi w samotności walczyć, przechodząc do pojednania! Piękne zwycięstwo, najpiękniejsze ze wszystkich zwycięstw”. Zwycięstwo dobra.

Pełne przenikliwości są refleksje Kierkegaarda nad paradoksem chrześcijaństwa wymykającym się ludzkim kategoryzacjom i rachubom. Chrześcijaństwo nie jest z tego świata: „nie chciało zrzucać władców z tronu, aby samemu zasiąść na tronie, ono w sensie zewnętrznym nigdy nie walczyło o miejsce w świecie, z którego ono nie jest (…), a jednak nieskończenie zmieniło wszystko to, co pozwoliło i pozwala trwać”. Miejscem chrześcijaństwa najwłaściwszym jest przestrzeń serca, wewnętrzność, bo jak „krew pulsuje w każdym nerwie, tak chrześcijaństwo chce przenikać wszystko poprzez relacje sumienia”. Przemiana, jaką daje chrześcijaństwo, nie jest – zdaniem duńskiego myśliciela – czymś zewnętrznym, nie tkwi w tym, co pozorne. „Chrześcijaństwo pragnie oddychać życiem wiecznym, tym, co Boskie w rodzaju ludzkim”. „Chrześcijaństwo prawdziwe jest duchem”. Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, ale ludzie przez grzech odeszli od niego, pogrążając się w otchłaniach egoizmu. Potem sam stał się człowiekiem, aby wyprowadzić człowieka w stronę ducha, w stronę prawdziwej Głębi. Poprzez swoje człowieczeństwo chciał przywrócić człowieka Bogu, wyprowadzić go z matni ego. Może w ten sposób ma dokonywać się powrót człowieka do Boga? Może na tym też polega paradoks chrześcijaństwa i jego niezrozumienie przez świat? Innym powodem niezrozumienia chrześcijaństwa jest jego sposób działania:

Boskie znaczenie chrześcijaństwa tkwi w poufałym mówieniu do każdego człowieka: „nie zajmuj się zmienianiem postaci świata lub swoim położeniem, jakbyś ty (…) zamiast być biedną sprzątaczką, być może mogła starać się o to, by nazywano cię panią, o nie, przyswój sobie treść chrześcijaństwa, a wtedy ukaże ci się punkt poza światem, z jego pomocą poruszysz niebo i ziemię, zapewne uczynisz coś jeszcze bardziej cudownego, poruszysz niebo i ziemię, tak cicho, tak łatwo, że nikt tego nie zauważy”.

Chrześcijaństwo daje perspektywę wieczności, ale jednocześnie „nie wyprowadza cię na jakieś wyższe miejsce, z którego ty oczywiście, możesz ogarnąć wzrokiem jakieś dalsze otoczenie: to jest przecież tylko ziemska nadzieja i świecka perspektywa. Nie, nadzieja chrześcijaństwa jest wiecznością, a Chrystus drogą; Jego uniżenie jest drogą, lecz również wtedy był drogą, gdy wstępował do nieba”.

Jednym z przejawów chrześcijaństwa podkreślanych przez Kierkegaarda jest miłosierdzie, które określa jako „czyn miłości, jeśli nawet niczego nie może dać i niczego nie jest w stanie uczynić”. Czynem miłosierdzia nie jest danie biednemu grosza czy setek tysięcy. Miłosierdzie mierzy się tym, w jaki sposób się daje – „w jaki sposób czyni się to wszystko i to nic”, bo miłosierdziem jest też to, gdy bezsilny pragnie pomóc, ale nic nie jest w stanie uczynić. Niezrozumienie przez świat tego, czym jest miłosierdzie, bierze się stąd, że „doczesność ma doczesne i zaaferowane pojęcie biedy, jednocześnie zmysłowe pojęcie wielkości daru i możności czynienia czegoś, by zapobiec biedzie”. Świat, który nie rozumie wieczności, mówi: „Zdobądźmy pieniądze, utwórzmy szpitale, to jest najważniejsze!”. Tymczasem wieczność kładzie nacisk na miłosierdzie: „To, że człowiek umiera, w sensie wiecznym, nie jest żadnym nieszczęściem, lecz z pewnością to, że nie było okazywane miłosierdzie”. Choć duński myśliciel akcentuje przede wszystkim wewnętrzność stosunku miłości, jego rozważania, jak zauważa Antoni Szwed, można włączyć w szeroki nurt etyki chrześcijańskiej, w której kategoria bliźniego zyskuje wymiar społeczny.

Czyny miłości… to obraz chrześcijaństwa Kierkegaarda. Chrześcijaństwa, które zdaje się mieć niewiele wspólnego z purytańskim ideałem życia religijnego przekazanym mu przez ojca. Chrześcijaństwa, w którym ostatnie słowo zawsze należy do miłości. Duński myśliciel przekonuje, że sprawdzianem chrześcijaństwa jest przede wszystkim miłość do ludzi, sama wiara nie wystarcza. To poprzez miłość człowiek upodabnia się do Boga. Miłości czystej nauczyć się można tylko od Chrystusa. To w Nim mieszkała miłość. Żaden człowiek nie jest miłością. Był nią tylko Chrystus. Jego miłość była „czystym działaniem” – nie brakiem aktywności, bezczynnością uczucia, nie hałaśliwym zaabsorbowaniem działaniem. Miłość w Chrystusie była czystym działaniem – wypełnionym dniem pracy, nocnym czuwaniem na modlitwie, ale także łzami nad grobem Łazarza, przebaczającym spojrzeniem danym Piotrowi i jawnogrzesznicy, odruchem żalu i smutku z powodu śpiących w Gethsemani uczniów.

Jego miłość była obecna w najmniejszej, jak i w największej rzeczy, ona nie kumulowała się mocniej w pojedynczych wielkich chwilach, które były codziennymi godzinami życia bez wymagania prawa; była ona na równi w każdej chwili (…). Żaden człowiek nie kochał siebie tak bardzo, jak kochał go Chrystus.

Jego miłość była miłością za darmo, miłością nie wytargowaną i nie opartą na umowie. „Być miłością jak był nią Chrystus!”, miłością trudną i odważną, bo ofiarną i nieszukającą swego, ale tylko w ten sposób stwarzającą miejsce dla Boga – Dawcy daru miłości.


Søren Kierkegaard, Czyny miłości. Kilka rozważań chrześcijańskich w postaci mów S. Kierkegaarda, przełożył, wstępem i przypisami opatrzył Antoni Szwed, Kęty, Wydawnictwo Marek Derewiecki 2008, ss. 368

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata