|

TEMAT MIESIĄCA:
Kazus bałkański. Europa między suwerennością
a samostanowieniem
Kilka myśli w kwestii
Europy i powstawania
nowych państw (fragment)
ULRIKE GUÉROT
Unia Europejska musi wypracować sobie system
instytucjonalny, który zlikwiduje istniejące obecnie
napięcie na styku „Europa – naród – region”,
czyniąc z nich piękny konsonans, dzięki któremu
nie będą powstawać nowe granice wzdłuż rzekomo
„etnicznych” państw, a stare będą coraz bardziej
się zacierać i zamazywać.
Od czasu upadku muru berlińskiego state building stanowi jeden
z modnych tematów polityki zagranicznej. Wszystko zaczęło
się od rozpadu Związku Radzieckiego, na swój sposób będącego
postnowoczesnym imperium – przedłużeniem państwa rosyjskich
carów. Hélène Carrière d’Encausse, ekspert od problematyki rosyjskiej
i autorka zasługującej na uwagę pracy L’Empire éclaté, przewidziała
taki bieg wypadków już w latach 70. XX wieku – przy
czym jej prognozy spotkały się z łagodną kpiną. A potem od 1989
roku sprawy zaczęły toczyć się dokładnie tak, jak przewidywała
francuska rusolog: kolejne republiki jedna po drugiej odłączały się
od (byłego) Związku Radzieckiego i ogłaszały niepodległość. Na
mapie politycznej pojawiło się kilka nowych „państw”, które nigdy
wcześniej nie aspirowałyby do statusu niezależnego bytu państwowego:
między innymi Uzbekistan, Kazachstan, Tadżykistan. Powołano do życia twór o nazwie Wspólnota Niepodległych Państw.
Kilka innych krajów przejawiało podobne aspiracje – w najwyższym
stopniu Czeczenia – ale nie zostały dopuszczone do wspólnotowego
grona. Od ponad dziesięciu lat Czeczenia jest areną
krwawej wojny niepodległościowej, którą świat stara się wyprzeć
z pamięci. Dalej, niewiadomą pozostają dążenia niepodległościowe
kilku niewielkich republik i kaukaskich grup etnicznych, które
są zdecydowane na secesję, między innymi Południowej Osetii
czy Górnego Karabachu – by wymienić tylko kilka przykładów,
właśnie z regionu, który współcześnie bywa określany jako frozen
conflict zone. „Państwo dla każdej grupy etnicznej” – tak zdaje się
brzmieć dewiza, która pozwala dążyć do państwowości, będącej
wyrazem nowo uzyskanego poczucia własnej wartości, bądź via
nacjonalizm dochodzić swych praw do istnienia.
Jest to zrozumiałe, często bowiem (czy nawet niemal zawsze)
sprawa dotyczy regionu uciskanego przez centralistyczne państwo.
Nierzadko wielowiekowy ucisk czy naruszanie praw mniejszości
skutkuje regionalnym uniezależnieniem czy powstaniem nowego
państwa. Imperia stanowią finalny model w epoce szybko postępującej
globalizacji, w której mniejsze państwa mają coraz mniej swobody
kształtowania, coraz mniej skutecznie są w stanie bronić własnych
interesów; w epoce wielonarodowych państw coraz bardziej sterujących
ku nowej wielobiegunowości, gdzie stoją naprzeciw siebie regionalne
bloki szukające wzajemnej równowagi swych interesów czy
toczące multilateralnie pertraktacje (Stany Zjednoczone i Unia Europejska,
Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej i Unia
Afrykańska), gdzie – krótko mówiąc – liczą się tylko ci, którzy są duzi
i wpływowi. Czy „niewielkie państwo” będzie mogło powstać czy
też nie, zależy głównie od protekcji przynajmniej jednego z wielkich
mocarstw, gotowego wesprzeć je w jego dążeniach i wziąć je pod swe
opiekuńcze skrzydła: „Kosowo i Palestyna – tak, Czeczenia i Tybet
– nie”, jak można by to nieomal polemicznie sformułować w obliczu
niedawnych wydarzeń w Chinach. Jak zrozumieć i wyjaśnić te dwie,
w zasadzie przeciwstawne tendencje?
Nowa tendencja, którą z niejaką przesadą można by określić
jako tendencję do „segregacji etnicznej”, nie ogranicza się jedynie do obszarów dawnego Związku Radzieckiego czy też do zjawiska,
które zapewne mogłoby, pod wpływem wydarzeń w Tybecie, lotem
błyskawicy rozciągnąć się na Chiny. Właśnie dlatego chiński
rząd z takim lękiem odnosi się do niepokojów w Tybecie, które zapewne
mogłyby wzbudzić dążenia niepodległościowe w Imperium
Środka.
Również Europa od pewnego czasu jest areną gorączkowego
state building. Na początku lat 90. Czechosłowacja podzieliła się
na Republikę Czeską i Słowację; w tym samym okresie Jugosławia
zaczęła się rozpadać na coraz liczniejsze republiki – mające
w mniejszym czy większym stopniu etniczny charakter. Najnowszym
przykładem jest tutaj Kosowo, które przed dwoma miesiącami
ogłosiło niepodległość, uznawaną pod presją i protekcją świata
państw wielonarodowych. Było to najlepsze z wielu złych rozwiązań
w absolutnie zagmatwanej sytuacji, w której powrót do dawnego
stanu nie był już możliwy. Każdy dzień pokazuje jednak coraz
wyraźniej, że przyjęte rozwiązanie jest nader problematyczne. Czy
w Kosowie rzeczywiście zapanuje trwały pokój, czy nowe państwo
rzeczywiście dowiedzie zdolności do funkcjonowania: wszystko to
będzie musiało się jeszcze okazać. Jeśli sprawa faktycznie tak się
zakończy – na co mamy nadzieję – to tylko pod parasolem Unii
Europejskiej i pod warunkiem, że inne państwa zachodnich Bałkanów
również uzyskają jasną perspektywę szybkiej akcesji, resp. że
perspektywa ta niebawem się sprecyzuje. Najnowsze wydarzenia
w Serbii po wyborach są na szczęście dość obiecujące.
Więcej na łamach majowego „Znaku”
Zamów numer
ULRIKE GUÉROT, dr politologii, publicystka. Wykładała na uniwersytetach
w Niemczech, we Francji i w Stanach Zjednoczonych. Związana
z berlińską siedzibą Fundacji Marshalla i instytutem badawczym
Niemieckiego Towarzystwa Spraw Zagranicznych w Berlinie. Obecnie
pracuje w European Council on Foreign Relations.
POCZĄTEK STRONY |