|

TEMAT MIESIĄCA:
Kazus bałkański. Europa między suwerennością
a samostanowieniem
Marzenia
o „Wielkiej Bałkanii” (fragment)
Rozmowę z MONIKĄ IZYDORCZYK i WOJCIECHEM
STANISŁAWSKIM prowadzi Jan Piekło
18 lutego, dzień po ogłoszeniu niepodległości
przez Kosowo, w warszawskiej siedzibie
fundacji PAUCI odbyła się dyskusja poświęcona
możliwym konsekwencjom tego wydarzenia
dla Bałkanów i innych domagających się niezależności
regionów Europy. Poniżej drukujemy jej fragmenty.
JAN PIEKŁO: Ogłoszenie deklaracji niepodległości przez Kosowo
wywołało różnorodne, często bardzo emocjonalne reakcje w świecie.
Nieprzejednaną pozycję Serbii wsparła Rosja, niektóre mające własne
problemy z mniejszościami narodowymi kraje Unii Europejskiej
również nie zdecydowały się na uznanie Kosowa. Polska dyplomacja,
idąc w ślady Waszyngtonu, Berlina, Paryża i Londynu, odpowiedziała
na deklarację Prisztiny, uznając kolejne nowe państwo,
które powstało na Bałkanach.
Jakie mogą być międzynarodowe konsekwencje tej sytuacji? Czy
ten niewątpliwy precedens w dziejach prawa międzynarodowego nie
wywoła efektu domina i kazus Kosowa nie zachęci innych pozbawionych
własnej państwowości grup etnicznych do pójścia podobną
drogą? Czy nie przyczyni się do dalszej destabilizacji sytuacji na Bałkanach? A może otworzy drogę do procesu normalizacji, tworząc
fundamenty nowych rozwiązań trudnych problemów współczesnego
świata?
MONIKA IZYDORCZYK: Wczorajsze wydarzenia w Prisztinie
nikogo nie zaskoczyły. Od czasu interwencji NATO w 1999 roku
Kosowo było tzw. limbo state – znajdowało się w stanie zawieszenia.
Oprócz administracji międzynarodowej – i silnych struktur
przestępczości zorganizowanej – w zasadzie nie funkcjonowało
tam nic. W dodatku ONZ nie bardzo wiedziała, co z Kosowem
zrobić. Niektórzy politycy, prym wiedli w tym Amerykanie i Niemcy,
już wcześniej obiecali kosowskim Albańczykom niepodległość.
Po rozbudzeniu takich nadziei coraz trudniej było uspokoić region
i wyobrazić sobie powrót serbskiej administracji do prowincji.
Z drugiej strony większość kosowskich Albańczyków stanowią
ludzie młodzi, którzy są zmęczeni ciągłą „tymczasowością”
i chcą żyć we własnym państwie. Dlatego należy unikać jednoznacznych
ocen i prorokowania, na przykład że Kosowo będzie
państwem mafijnym. Byłoby to nieuczciwe w stosunku do tysięcy
ludzi, którzy pragną pokazać światu, że dojrzeli do niepodległości
i demokracji.
Jeżeli chodzi o Serbię, problem Kosowa ma charakter emocjonalny.
Spośród dziesięciu milionów mieszkańców kraju dotyczy on
bezpośrednio tylko około półtora miliona – są to imigranci z Kosowa
wraz z rodzinami. Swoją rolę odgrywają jednak emocje zbiorowe:
z jednej strony Serbowie wiążą z Kosowem swoją historię,
z drugiej – uważają, że wspólnota międzynarodowa potraktowała
ich niesprawiedliwie, pomagając prowincji uzyskać niepodległość.
W Serbii panuje resentyment i brak zaufania do Unii Europejskiej
i Stanów Zjednoczonych spowodowany przekonaniem, że działają
one jednostronnie, na korzyść kosowskich Albańczyków.
JAN PIEKŁO: Na belgradzkich ulicach bezpośrednią reakcją na niepodległość
Kosowa było podpalenie ambasady amerykańskiej. W Kosowskiej
Mitrowicy nieznani sprawcy obrzucili granatami placówki
Unii Europejskiej i ONZ. Jaki może być dalszy bieg wydarzeń? Czy
niepodległość Kosowa rozwiąże trudną sytuację na Bałkanach czy
skomplikuje ją jeszcze bardziej?
WOJCIECH STANISŁAWSKI: Kiedy myślę na przykład o wszystkich
dziewiętnastowiecznych insurekcjach, dochodzę do wniosku,
że podpalenie jednej z ambasad i obrzucenie kamieniami kilku innych
to naprawdę stosunkowo niewielki koszt oderwania prowincji
od państwa…
W partii szachów, która się teraz rozpoczyna, przewidujemy
najbliższe trzy ruchy: demonstracje w Serbii, jakiś rodzaj sankcji
wobec Prisztiny, które ogłosi Belgrad, oraz stopniowe uznanie Kosowa
przez większość państw świata. Władze Serbii starają się „skanalizować”
demonstracje, choć wiadomo, że na obrzeżach podniosłych
manifestacji przewróci się jeszcze niejeden kosz na śmieci.
Co do sankcji, Serbia może zrobić o wiele mniej, niżby chciała,
bo w Kosowie prądu brakuje i bez tych sankcji – odcięcie zasilania
z dwóch przygranicznych elektrowni niewiele tu zmieni. Pewne
jest ochłodzenie relacji dyplomatycznych Serbii z wszystkimi krajami,
które uznają niepodległość Kosowa, w tym prawdopodobnie
również z Polską.
Jako analityk od spraw serbskich próbuję jednak przewidzieć
czwarty ruch na tej szachownicy – czyli to, co w Serbii będzie się
działo w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Na poziomie polityki krajowej Tomislav Nikolić, określany mianem nacjonalisty wielki
przegrany lutowych wyborów prezydenckich, zgarnie, mówiąc
językiem pokera, całą pulę. Z przyjemnością powróci do radykalnej
i odwetowej retoryki, ponieważ jest w niej najskuteczniejszy,
a w dodatku wszystko gra teraz na jego korzyść. Byłoby bardzo dobrze,
gdyby w najbliższych wyborach parlamentarnych jego partia
zdobyła nie więcej niż sześćdziesiąt procent miejsc w parlamencie.
Inna rzecz, że słuchać hadko, jak w Serbii dokonuje się powrót
do języka lat 90. Nikolić powiedział onegdaj, że choć do tej pory
współistniały w Serbii dwa kalendarze: prawosławny i ogólnoeuropejski,
od 17 lutego jest jednak jeszcze trzeci: Serbowie liczą czas
od chwili utracenia Kosowa do jego ponownego odzyskania. Obawiam
się, że to zdanie zrobi karierę.
Więcej na łamach majowego „Znaku”
Zamów numer
MONIKA IZYDORCZYK, ur. 1977, politolog, ekspert ds. Bałkanów.
Od 2005 roku pracuje w misjach Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy
w Europie w Macedonii, Kosowie, Serbii i Czarnogórze.
JAN PIEKŁO, ur. 1952, dziennikarz, publicysta, przez wiele lat
związany z Fundacją Kultury Chrześcijańskiej „Znak”. W latach 90.
relacjonował na łamach „Tygodnika Powszechnego” wojnę w Bośni
i Hercegowinie. Wydał m.in. Epitafium dla Jugosławii (1994). Obecnie
jest dyrektorem Fundacji Współpracy Polsko-Ukraińskiej PAUCI.
WOJCIECH STANISŁAWSKI, ur. 1968, historyk, ekspert Ośrodka
Studiów Wschodnich, współpracownik „Rzeczpospolitej”. Zajmuje
się dziejami Rosji oraz analizą obszaru serbskojęzycznego na Bałkanach.
POCZĄTEK STRONY |