70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kilka myśli w kwestii Europy i powstawania nowych państw

Unia Europejska musi zacząć wypracować sobie system instytucjonalny, który zlikwiduje istniejące obecnie napięcie na styku „Europa – naród – region”, czyniąc z nich piękny konsonans, dzięki któremu nie będą powstawać nowe granice wzdłuż rzekomo „etnicznych” państw, a stare będą coraz bardziej się zacierać i zamazywać.

Od czasu upadku Muru Berlińskiego state building stanowi jeden z modnych tematów polityki zagranicznej. Wszystko zaczęło się od rozpadu Związku Radzieckiego, na swój sposób będącego postnowoczesnym imperium – przedłużeniem państwa rosyjskich carów.  Hélène Carrière d’Encausse, ekspert od problematyki rosyjskiej i autorka zasługującej na uwagę pracy L’Empire éclaté, przewidziała taki bieg wypadków już w latach 70. XX wieku – przy czym jej prognozy spotkały się z łagodną kpiną. A potem od 1989 roku sprawy zaczęły toczyć się dokładnie tak, jak przewidywała francuska rusolog: kolejne republiki jedna po drugiej odłączały się od (byłego) Związku Radzieckiego i ogłaszały niepodległość. Na mapie politycznej pojawił się szereg nowych „państw”, które nigdy wcześniej nie aspirowałyby do niezależnego bytu państwowego: między innymi Uzbekistan, Kazachstan, Tadżykistan. Powołano do życia twór o nazwie Wspólnota Niepodległych Państw. Kilka innych państw przejawiało podobne aspiracje – w najwyższym stopniu Czeczenia – ale nie zostały dopuszczone do wspólnotowego grona. Od ponad dziesięciu lat Czeczenia jest areną krwawej wojny niepodległościowej, którą świat stara się wyprzeć z pamięci. Dalej, niewiadomą pozostają dążenia niepodległościowe kilku niewielkich republik i kaukaskich grup etnicznych, które są zdecydowane na secesję, między innymi Południowa Osetia czy Górny Karabach – by wymienić tylko kilka przykładów, właśnie z regionu, który współcześnie bywa określany jako frozen conflict-zone. „Państwo dla każdej grupy etnicznej” – tak zdaje się brzmieć dewiza, która pozwala dążyć do państwowości, będącej wyrazem nowo uzyskanego poczucia własnej wartości, bądź via nacjonalizm dochodzić swych praw do istnienia.

Jest to zrozumiałe, często bowiem (czy nawet niemal zawsze) sprawa dotyczy regionu uciskanego przez centralistyczne państwo. Nierzadko wielowiekowy ucisk czy naruszanie praw mniejszości skutkuje regionalnym uniezależnieniem czy powstaniem nowego państwa. Imperia stanowią finalny model w epoce szybko postępującej globalizacji, w której mniejsze państwa mają coraz mniej swobody kształtowania, coraz mniej skutecznie są w stanie bronić własnych interesów; w epoce wielonarodowych państw coraz bardziej sterujących ku nowej wielobiegunowości, gdzie stoją naprzeciw siebie regionalne bloki szukające wzajemnej równowagi swych interesów czy toczące multilateralnie pertraktacje (Stany Zjednoczone i Unia Europejska, Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej i Unia Afrykańska), gdzie – krótko mówiąc – liczą się tylko ci, którzy są duzi i wpływowi. Czy „niewielkie państwo” będzie mogło powstać, czy też nie, zależy głównie od protekcji przynajmniej jednego z wielkich mocarstw, gotowego wesprzeć je w jego dążeniach i wziąć je pod swe opiekuńcze skrzydła: „Kosowo i Palestyna – tak, Czeczenia i Tybet – nie”, jak można by to nieomal polemicznie sformułować w obliczu niedawnych wydarzeń w Chinach. Jak zrozumieć i wyjaśnić te dwie, w zasadzie przeciwstawne tendencje?

Nowa tendencja, którą z niejaką przesadą można by określić jako tendencję do „segregacji etnicznej”, nie ogranicza się jedynie do obszarów dawnego Związku Radzieckiego czy też do zjawiska, które zapewne mogłoby, pod wpływem wydarzeń w Tybecie, lotem błyskawicy rozciągnąć się na Chiny. Właśnie dlatego chiński rząd z takim lękiem odnosi się do niepokojów w Tybecie, które zapewne mogłyby wzbudzić dążenia niepodległościowe w Imperium Środka.

Również Europa od pewnego czasu jest areną gorączkowego state building. Na początku lat 90. Czechosłowacja podzieliła się na Republikę Czeską i Słowację; w tym samym okresie Jugosławia zaczęła się rozpadać na coraz liczniejsze republiki – mające w mniejszym czy większym stopniu etniczny charakter. Najnowszym przykładem jest tutaj Kosowo, które przed dwoma miesiącami ogłosiło niepodległość, uznawaną pod presją i protekcją świata państw międzynarodowych. Było to najlepsze z wielu złych rozwiązań w absolutnie zagmatwanej sytuacji, w której powrót do dawnego stanu nie był już możliwy. Każdy dzień pokazuje jednak coraz wyraźniej, że przyjęte rozwiązanie jest nader problematyczne. Czy w Kosowie rzeczywiście zapanuje trwały pokój, czy nowe państwo rzeczywiście dowiedzie zdolności do funkcjonowania: wszystko to będzie musiało się jeszcze okazać. Jeśli sprawa faktycznie tak się zakończy – na co mamy nadzieję – to tylko pod parasolem Unii Europejskiej i pod warunkiem, że inne państwa zachodnich Bałkanów również uzyskają jasną perspektywę szybkiej akcesji, resp. że perspektywa ta niebawem się sprecyzuje. Najnowsze wydarzenia w Serbii po wyborach są na szczęście dość obiecujące.

W tym krótkim artykule nie zamierzam szczegółowo komentować polityki wobec Kosowa ani spekulować, czy reakcja łańcuchowa, jaką wyzwoliło ogłoszenie jego niepodległości, doprowadzi do proklamowania Republiki Serbskiej. Chcę się jedynie zastanowić, jak powstawanie coraz liczniejszych i coraz mniejszych terytorialnie państw – zwykle na obszarze wyznaczanym przez granice etniczne – wpłynie na kształt Europy czy Unii Europejskiej i w jakim stosunku pozostaje ono do europejskiego projektu. Odpowiedź w tej ostatniej kwestii brzmi: w stosunku antytetycznym! Unia Europejska u swych ideowych źródeł była projektem ponadnarodowym, miała stanowić niejako antypody państwa narodowego. Pod względem dynamiki instytucjonalnej chodziło (i chodzi) o ograniczenie suwerenności poszczególnych członków (między innymi dzięki wspólnej walucie, dzięki strukturze Europejskiego Banku Centralnego, którego decyzje zapadają głosami większości, i jego Radzie Ogólnej, której skład łamie zasadę „reprezentacji narodowej”) – z korzyścią dla wszystkich, ponieważ wpływ licznych państw jest większy, gdy mówią one właśnie jednym głosem. Albo też, by pozostać przy euro: ponieważ jedna, duża i silna waluta jest stabilniejsza od wielu małych. Właśnie euro jednoznacznie uwidacznia nam skuteczność tej zasady.

Jak więc ta ponadnarodowa idea, której fundamentalny element stanowią podejmowanie decyzji głosami większości oraz przełamanie zasady „reprezentacji narodowej” (co notabene od 2014 roku będzie dotyczyło także składu Komisji Europejskiej, w której nie będzie obowiązywała już zasada, że każdy kraj członkowski UE ma swojego komisarza), daje się pogodzić z kiełkowaniem coraz to nowych jednostek narodowych, forsujących komponenty narodowe? Problem, jaki rzuca się tutaj w oczy, polega wszak na tym właśnie, że nowe państwa, ukonstytuowawszy się jako „naród”, są niejako naduprzywilejowane w systemie instytucjonalnym Unii Europejskiej: otrzymują głos w Radzie Ogólnej, ponadto miejsce w Komisji Europejskiej oraz fotele w Parlamencie Europejskim. Z niejaką przesadą można powiedzieć, że system instytucjonalny Unii Europejskiej zachęca do tworzenia państw na obszarach wyznaczanych przez (rzekomo) narodowe granice!

Graczami, którzy pod tym względem czują się poszkodowani – a przynajmniej przegrani – są duże jednostki regionalne w dużych państwach członkowskich Unii Europejskiej, niemające bezpośredniej reprezentacji w jej systemie, skutkiem czego muszą via „rząd centralny” zabiegać o głos na forum Unii, czego przykładem niemiecka Bawaria, brytyjska Szkocja czy hiszpańska Katalonia. Bawaria i Szkocja są większe od Cypru, Malty czy Kosowa, mają też większy budżet i produkt narodowy brutto, ale są pozbawione swej bezpośredniej reprezentacji w Brukseli. Niezadowolenie z tej sytuacji coraz głośniej daje o sobie znać. Lecz to jeszcze nie wszystko: przed kilkoma tygodniami poważnie dyskutowano o podziale Belgii na Walonię i Flandrię, któremu zdołano zapobiec, zapewne jedynie na jakiś czas. Co prawda podział kraju prawdopodobnie zostałby przyjęty z dezaprobatą, ale ostatecznie jednak ze zrozumieniem. Co zdumiewające, Jim Murphy, stojący na czele brytyjskiego ministerstwa ds. Europy, oświadczył, że nie miałby problemów z uznaniem dwu ministerstw spraw zagranicznych Belgii – po podziale kraju musiałyby wszak powstać także dwa „państwa” –  podczas gdy wielka organizacja, jaką jest Unia Europejska, nie może mieć swego ministra spraw zagranicznych, ponieważ nie jest państwem. Wątpliwe, by taką logiką udało się nam zapewnić Unii Europejskiej sukces w zglobalizowanym świecie wielkich bloków mocarstwowych! Być może, nadszedł czas, by postawić pytanie o nasze pojęcie „narodu”.

Czy więc jesteśmy na najlepszej drodze, by zagubić piękny, ponadnarodowy projekt Unii Europejskiej, który u początków motywowała walka z rakiem nacjonalizmu – z rakiem, który toczył europejski kontynent i skutkował wieloma wojnami? Rzecz jasna, w dzisiejszych czasach otwartą kwestią nie jest już wojna czy pokój na europejskim kontynencie, lecz zagrożenie, jakie ów kiełkujący regionalizm, uciekający się do niepodległości i państwowości, stanowi dla współczesnego systemu instytucjonalnego Unii Europejskiej.

W ostatnich latach Unia Europejska, utrzymująca równowagę między dużymi i mniejszymi państwami członkowskimi, wyraźnie przechyliła się w kierunku mniejszych. Sytuacja ta nie tylko umocniła regionalne dążenia autonomizacyjne w części dużych państw członkowskich; przede wszystkim uczyniła też ich politykę na forum Unii Europejskiej znacznie bardziej „narodową”: nietrudno byłoby wykazać, że polityka unijna Francji i Wielkiej Brytanii, a zwłaszcza Niemiec w ostatnim czasie jest bardziej „narodowa”, mniej zaś „integracjonistyczna”. Polska, która należy do dużych krajów członkowskich, w ostatnich latach była niestety – z punktu widzenia europejskich dążeń integracyjnych – totalnym niewypałem, jeśli można użyć tak ostrego sformułowania; na szczęście, obecnie sytuacja jest coraz lepsza. Uciekanie się do nacjonalizmu ma dwojaką postać: małe regiony czy grupy etniczne uciekają się do niepodległości i państwowości, chcąc dzięki jej ukonstytuowaniu zyskać jako „naród”; duże państwa członkowskie natomiast uciekają się do coraz bardziej narodowego stylu w swej europolityce i coraz mniej się przejmują mniejszymi: konsekwencją są takie pomysły, jak EU Big Three czy UE-6. Wszyscy Europejczycy będą się musieli zastanowić, czy chcą takiej ewolucji i czy byłaby to dobra zmiana!

Jeśli chcemy dokonać nad tą kwestią poważnej refleksji, to dozwolone muszą być następujące pytania: czy możliwe, że nasze pojęcie „państwa narodowego” jest anachroniczne? czy możliwe, że Ernest Renan, sławny historyk francuski, miał rację, gdy pisał: „Narodem są ci, którzy mają wspólne spojrzenie na przyszłość”? czy nie odnosi się to również do nas, Europejczyków?

Nie można nic zarzucić powstawaniu nowych państw. Mniejsze państwa czy dążące do niezależności regiony nie powinny jednak zapominać, że mogą istnieć czy mieć takie dążenia jedynie dlatego, że Unia Europejska rozciąga nad nimi swój parasol. Jest ona wałem ochronnym, niejako eliksirem życia swych mniejszych członków, którzy mogą mieć znaczący wpływ na politykę międzynarodową już tylko dzięki i poprzez UE. Cena, jaką trzeba za to zapłacić, jest ceną instytucjonalną; można by powiedzieć: niechby każdy miał swoje „państwo”; ale nie każdy swego komisarza, swego posła czy swój głos w Radzie. Traktat Lizboński jeszcze nie obowiązuje; trudno nie wyczuć, że mamy przed sobą – jeśli poważnie myślimy o europejskim projekcie – wielką reformę instytucjonalną Unii Europejskiej. Chodzi o reformę, dzięki której ponownie rozbłyśnie ponadnarodowa idea unii; reformę, która rozciągnie zasadę podejmowania decyzji głosami większości na centralne sfery życia, między innymi na unijną politykę zagraniczną, i przełamie zasadę „reprezentacji narodowej” w unijnych instytucjach (nie tylko w Komisji Europejskiej, lecz także między innymi w Trybunale Europejskim) – aby Unia nie uległa rozbiciu skutkiem braku równowagi między dużymi i mniejszymi państwami członkowskim; reformie, dzięki której – dlaczego nie mielibyśmy stawiać sobie takich celów – jeden europarlamentarzysta będzie reprezentantem miliona euroobywateli, a granice okręgów wyborczych będą przebiegały „ponadnarodowo”, tak iż zasada polityczności stanie ponad zasadą narodowości.

Zapewnić Unii nową równowagę, znajdującą swe odbicie także w jej instytucjach, pomiędzy trzema płaszczyznami – europejską, narodową i regionalną: oto wielkie zadanie przyszłości. Już dziś można zacząć się zastanawiać, głośno i otwarcie, czy „naród” nie jest najsłabszym ogniwem tej triady; czy wielu spraw, między innymi polityki zewnętrznej, nie powinniśmy forsowniej prowadzić na europejskiej płaszczyźnie, podczas gdy innymi, między polityką strukturalną, lepiej można by zarządzać regionalnie.

Wielka teza mogłaby brzmieć: Europa, z punktu widzenia ostatnich z grubsza400 lat, była dekompozycją imperiów (cesarstwo rzymskiego narodu niemieckiego, Habsburgowie, królestwo Francji), które w wielowiekowym procesie dzieliły się na coraz liczniejsze „narody” (a w przypadku niemieckiego cesarstwa: scaliły się w jeden!); ta dekompozycja obecnie przekształca się w europejską re‑kompozycję: scalenie państw w jedną europejską potęgę, w której – i tu zasadnicza różnica w porównaniu z dawniejszymi dążeniami – ogromną rolę odgrywają (i są gwarantowane) prawa mniejszości, aż po prawo do niepodległego bytu państwowego. W tym sensie: „Niech żyje Kosowo!”. Ale nie wolno zapominać, że krok ku autonomii narodowej winien być jedynie etapem wstępnym supranacjonalizmu. Unia Europejska musi wypracować sobie system instytucjonalny, który zlikwiduje istniejące obecnie napięcie na styku „Europa – naród – region”, czyniąc z nich piękny konsonans, dzięki któremu nie będą powstawać nowe granice wzdłuż rzekomo „etnicznych” państw, a stare będą coraz bardziej się zacierać i zamazywać.

Tłumaczył: Grzegorz Sowiński

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata