70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Marzenia o „Wielkiej Bałkanii”

18 lutego, dzień po ogłoszeniu niepodległości przez Kosowo, w warszawskiej siedzibie fundacji PAUCI odbyła się dyskusja poświęcona możliwym konsekwencjom tego wydarzenia dla Bałkanów i innych domagających się niezależności regionów Europy.

JAN PIEKŁO: Ogłoszenie deklaracji niepodległości przez Kosowo wywołało różnorodne, często bardzo emocjonalne reakcje w świecie. Nieprzejednaną pozycję Serbii wsparła Rosja, niektóre mające własne problemy z mniejszościami narodowymi kraje Unii Europejskiej również nie zdecydowały się na uznanie Kosowa. Polska dyplomacja idąc w ślady Waszyngtonu, Berlina, Paryża i Londynu odpowiedziała na deklarację Prisztiny uznając kolejne nowe państwo, które powstało na Bałkanach.

Jakie mogą być międzynarodowe konsekwencje tej sytuacji? Czy ten niewątpliwy precedens w dziejach prawa międzynarodowego nie wywoła efektu domina i kazus Kosowa nie zachęci innych pozbawionych własnej państwowości grup etnicznych do pójścia podobną drogą? Czy nie przyczyni się do dalszej destabilizacji sytuacji na Bałkanach? A może otworzy drogę do procesu normalizacji tworząc fundamenty nowych rozwiązań trudnych problemów współczesnego świata? 

MONIKA IZYDORCZYK: Wczorajsze wydarzenia w Prisztinie nikogo nie zaskoczyły. Od czasu interwencji NATO w 1999 r. Kosowo było tzw. limbo state – znajdowało się w stanie zawieszenia. Oprócz administracji międzynarodowej – i silnych struktur przestępczości zorganizowanej – w zasadzie nie funkcjonowało tam nic. W dodatku ONZ nie bardzo wiedziała, co z Kosowem zrobić. Niektórzy politycy, prym wiedli w tym Amerykanie i Niemcy, już wcześniej obiecali kosowskim Albańczykom niepodległość. Po rozbudzeniu takich nadziei coraz trudniej było uspokoić region i wyobrazić sobie powrót serbskiej administracji do prowincji.

Z drugiej strony, większość kosowskich Albańczyków stanowią ludzie młodzi, którzy są zmęczeni ciągłą „tymczasowością” i chcą żyć we własnym państwie. Dlatego należy unikać jednoznacznych ocen i prorokowania, na przykład że Kosowo będzie państwem mafijnym. Byłoby to nieuczciwe w stosunku do tysięcy ludzi, którzy pragną pokazać światu, że dojrzeli do niepodległości i demokracji.

Jeżeli chodzi o Serbię, problem Kosowa ma charakter emocjonalny. Spośród dziesięciu milionów mieszkańców kraju dotyczy on bezpośrednio tylko około półtora miliona – są to imigranci z Kosowa wraz z rodzinami. Swoją rolę odgrywają jednak emocje zbiorowe: z jednej strony Serbowie wiążą z Kosowem swoją historię, z drugiej uważają, że wspólnota międzynarodowa potraktowała ich niesprawiedliwie, pomagając prowincji uzyskać niepodległość. W Serbii panuje resentyment i brak zaufania w stosunku do Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych spowodowany przekonaniem, że działają one jednostronnie, na korzyść kosowskich Albańczyków.

Rzeczywiście polityka Unii na Bałkanach jest czasami mało zrozumiała. Europejscy politycy biorą zwykle pod uwagę tylko najbliższe kilkanaście miesięcy; w dłuższej perspektywie uważa się, że państwa tego regionu prędzej czy później wstąpią do Unii – a w każdym razie tak się im obiecuje. Mamy zatem ponownie do czynienia z rozbudzaniem marzeń i znowu brakuje planu, jak miałaby się tam dokonywać stabilizacja.

Weźmy za przykład Macedonię. W 2001 roku, po walkach między ludnością albańską i macedońską – które, nota bene, były efektem interwencji NATO w sąsiedniej Jugosławii – podpisano tzw. porozumienie ohrydzkie gwarantujące Albańczykom, stanowiącym około jednej czwartej populacji, większość praw. Później podpisano z Macedonią Porozumienie o stabilizacji i stowarzyszeniu (SAA), obiecując rozpoczęcie rozmów o przyszłym członkostwie w Unii Europejskiej. Tymczasem w 2007 roku do rozpoczęcia rozmów nie doszło, a raport Brukseli nakazał wcześniej… rozwiązać problem nazwy kraju!

Tuż przed drugą turą wyborów prezydenckich także Serbom zaproponowano porozumienie o stowarzyszeniu. „Podpiszecie je, ale w zamian zgodzicie się na niepodległe Kosowo” – zażądano nie wprost. W Belgradzie uznano to za ingerencję w wewnętrzne sprawy kraju i kiedy kwestia porozumienia z Unią stała się tematem kampanii wyborczej, wówczas – wbrew przewidywaniom – osłabiła pozycję ubiegającego się o ponowny wybór prezydenta Borisa Tadicia. W efekcie, mimo że poparła go większość, poziom zaufania do Unii jest w dalszym ciągu niski.

Polityka Unii Europejskiej na Bałkanach powinna ulec zmianie: musi uwzględniać specyfikę regionu i lokalne powiązania. Bez znajomości historii Bałkanów trudno tam działać efektywnie.

WOJCIECH STANISŁAWSKI: Upominanie się o dobre imię Unii Europejskiej nie zawsze przychodzi mi łatwo, tym niemniej muszę w tym miejscu oddać jej sprawiedliwość. Kiedy ONZ i Unia Europejska wkraczały do Kosowa latem 1999 roku, rzeczywiście nie miały długofalowego planu działań. Jednak od strażaków zazwyczaj nie wymaga się, aby zajmowali się projektowaniem przyszłych wnętrz budynku, który właśnie gaszą. A w Kosowie trwał wtedy pożar i chodziło przede wszystkim o skuteczne przeprowadzenie interwencji humanitarnej – nie zaś o zaplanowanie ustroju.

Przy wszystkich mankamentach obecnej sytuacji największą zaletą tego, co się stało wczoraj, jest to, że wreszcie się stało, że pewien frustrujący stan zawieszenia uległ zmianie w jakimś kierunku. Jedna z niewielu rzeczy, których jesteśmy pewni, to przekonanie, że wobec niepodległości Kosowa nie istniała alternatywa. Demografia jest nieubłagana. Nie da się też długo utrzymywać prowizorium, choćby z tego powodu, że jest to kosztowne. Z drugiej strony, spróbujmy sobie przez chwilę wyobrazić Serbię, która wraca do prowincji i ponownie instaluje tam swoje siły policyjne. To jest historia, przy której Irlandia Północna wydałaby się nam rajem!

JAN PIEKŁO: Na belgradzkich ulicach bezpośrednią reakcją na niepodległość Kosowa było podpalenie ambasady amerykańskiej. W Kosowskiej Mitrowicy nieznani sprawcy obrzucili granatami placówki Unii Europejskiej i ONZ. Jaki może być dalszy bieg wydarzeń? Czy niepodległość Kosowa rozwiąże trudną sytuację na Bałkanach czy skomplikuje ją jeszcze bardziej? 

WOJCIECH STANISŁAWSKI: Kiedy myślę na przykład o wszystkich dziewiętnastowiecznych insurekcjach, dochodzę do wniosku, że podpalenie jednej z ambasad i obrzucenie kamieniami kilku innych to naprawdę stosunkowo niewielki koszt oderwania prowincji od państwa…

W partii szachów, która się teraz rozpoczyna, przewidujemy najbliższe trzy ruchy: demonstracje w Serbii, jakiś rodzaj sankcji wobec Prisztiny, które ogłosi Belgrad, oraz stopniowe uznanie Kosowa przez większość państw świata. Władze Serbii starają się „skanalizować” demonstracje, choć wiadomo, że na obrzeżach podniosłych manifestacji przewróci się jeszcze niejeden kosz na śmieci. Co do sankcji, Serbia może zrobić o wiele mniej, niżby chciała, bo w Kosowie prądu brakuje i bez nich – odcięcie zasilania z dwóch przygranicznych elektrowni niewiele tu zmieni. Pewne jest ochłodzenie relacji dyplomatycznych Serbii z wszystkimi krajami, które uznają niepodległość Kosowa, w tym prawdopodobnie również z Polską.

Jako analityk od spraw serbskich próbuję jednak przewidzieć czwarty ruch na tej szachownicy – czyli to, co w Serbii będzie się działo w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Na poziomie polityki krajowej Tomislav Nikolić, określany mianem nacjonalisty wielki przegrany lutowych wyborów prezydenckich, zgarnie „wszystkie gruszki do fartuszka”. Z przyjemnością powróci do radykalnej i odwetowej retoryki, ponieważ jest w niej najskuteczniejszy, a w dodatku wszystko gra teraz na jego korzyść. I byłoby bardzo dobrze, gdyby w najbliższych wyborach parlamentarnych jego partia wygrała większością, dajmy na to, sześćdziesięciu, nie zaś dziewięćdziesięciu procent głosów. Jest czymś bardzo przykrym, że w Serbii dokonuje się teraz powrót do języka lat 90. Nikolić powiedział, że choć do tej pory współistniały w Serbii dwa kalendarze: prawosławny i ogólnoeuropejski, od 17 lutego jest jednak jeszcze trzeci: Serbowie liczą czas od chwili utracenia Kosowa do jego ponownego odzyskania. Myślę, że to zdanie zrobi karierę.

Serbskie społeczności poza granicami kraju, przede wszystkim w Bośni i Czarnogórze, przyzwyczaiły się do tego, że ojczyzna oddaliła się od nich i że muszą sobie jakoś ułożyć życie w nowym i nie do końca własnym państwie. Od chwili, kiedy dwanaście lat temu pokój z Dayton uporządkował Bośnię, ci, którzy mówili o nietrwałości nowych granic, stanowili absolutny margines. Teraz, szczególnie w Bośni, trwa bardzo niepokojąca licytacja „na radykalizm”. Partie opozycyjne w Republice Serbskiej w Bośni próbują teraz wrócić do władzy z hasłem, że skoro możliwe jest to, co stało się w Kosowie, to również bośniaccy Serbowie powinni ogłosić niepodległość[1]. Mamy tu do czynienia zarówno z żądającymi niepodległości lokalnymi społecznościami serbskimi, jak i z Belgradem, który może tym postraszyć, jeśli uzna, że dzięki temu coś osiągnie. Dodatkowo, analitycy zwracają uwagę na albańską społeczność w Serbii właściwej, która, teoretycznie, może zażądać przyłączenia do Kosowa… Widzimy więc, że region zachodnich Bałkanów to nie tyle szachownica, ile raczej system sznurków, za które można na przemian pociągać.

Mamy jeszcze dwa inne, powiązane ze sobą poziomy analizy obecnej sytuacji: międzynarodowy i taki, który nazwałbym poziomem wyobraźni politycznej. Dyżurna fraza dziennikarzy brzmi: „Serbia to tradycyjny aliant Rosji, Rosja to tradycyjny aliant Serbii”. Z dużą przyjemnością, choć bez nadziei na zmianę staram się z tym polemizować. Ciążenie Serbii w stronę Rosji jest na swój sposób oczywiste: wynika z poczucia osamotnienia i alienacji, z tego, że we współczesnym, „dzikim” świecie nie można być samemu. I że nieprzyjaciel naszego nieprzyjaciela jest naszym przyjacielem.

O poziomie wyobraźni politycznej dziennikarze mówią najrzadziej, bo najrzadziej czytają niskonakładowe czasopisma politologiczne. Serbia jest w pewien sposób sceptyczna wobec Zachodu. Do tej pory dyskusja na ten temat była racjonalna, ale teraz tego rodzaju wątpliwości – czego bardzo się obawiam – mogą się zwulgaryzować, przemienić w pogląd reprezentowany przez proste hasło „Zachód jest zły”. Psychologicznie byłoby to uzasadnione, ale dla samej Serbii oraz jej sąsiadów będzie to katastrofą, jeśli zamieni się ona w matecznik eurosceptycyzmu, w dodatku takiego, który nie jest dyktowany przez elity polityczne, ale wypływa z poziomu ulicy – z tego, co w ostatnich dniach słyszymy we wszystkich bezradnych wypowiedziach ludzi do kamery: „Zachód nas zdradził”.

KRZYSZTOF BOBIŃSKI: Jak wiadomo, olbrzymi wpływ na wynik ostatnich wyborów parlamentarnych w Polsce miało młode pokolenie, które zagłosowało na rzecz społeczeństwa otwartego, proeuropejskiego. Mówi się, że również w Serbii Boris Tadić wygrał dzięki głosom młodych ludzi. Czy młode pokolenie ma nadzieję na lepszą przyszłość, czy jest bardziej otwarte na życie ze sobą? Jaką mamy gwarancję, że ta młodość nie przemieni się kiedyś w chęć mordowania się nawzajem? 

MONIKA IZYDORCZYK: Tadić nie wygrał wyłącznie dzięki młodym ludziom, choć rzeczywiście spory ich procent pogodził się już wcześniej z tym, że Kosowo jest „przegrane”. Na przykład zwolennicy liberalno-demokratycznej partii LDP otwarcie przekonują, że należy zapomnieć o Kosowie i zająć się integracją z Unią Europejską.

Z kolei bardzo duży wpływ na frekwencję w ostatnich wyborach miało powiązanie uczestnictwa w głosowaniu z prawem do udziału w akcji prywatyzacyjnej przedsiębiorstw państwowych. Nie mówi się o tym w mediach, ale wielu spośród tych, którzy poszli do urn, chciało uzyskać potwierdzenie oddania głosu, by później otrzymać prawo do swojej części udziałów w prywatyzowanych zakładach.

Jeżeli chodzi o niebezpieczeństwo wzrostu nastrojów eurosceptycznych, nie zgadzam się Wojciechem Stanisławskim. Takie nastroje są tam obecne od dawna – czy można sobie wyobrazić większy eurosceptycyzm od tego, który panował w 1999 roku, kiedy NATO bombardowało Serbię? Serbowie to naród wykształcony. Nie wszyscy są tam, jak się to często w prasie przedstawia, zdeklarowanymi nacjonalistami. Wielu ludzi nie tylko zna historię, ale również zdaje sobie sprawę z obecnego układu sił na arenie międzynarodowej i akceptuje fakt, że chociaż integracja z Unią nie musi być ich upragnionym celem, to Serbia nie ma innego wyjścia niż zbliżyć się do Zachodu. Integracja jest na przykład jedyną możliwością, aby swobodnie podróżować, a trzeba w tym miejscu przypomnieć, że około 70 procent młodych Serbów nigdy nie wyjechało poza granice swojego państwa!

W Kosowie – ze względu na wysoki przyrost naturalny Albańczyków –młodzi ludzie stanowią większość społeczeństwa. Słychać wśród nich głosy, że Europa może się stać alternatywą wobec dążeń tych Albańczyków, którzy chcieliby utworzenia czegoś w rodzaju „Wielkiej Albanii” czy „Wielkiego Kosowa”. Po co łączyć wszystkie tereny zamieszkane przez Albańczyków, skoro za kilka lat wszyscy, w ramach Unii Europejskiej, będą mogli współtworzyć silny region?

Dążenie Albańczyków do życia w jednym państwie jest bardzo silne. Co na to władze Kosowa? Prisztina oficjalnie twierdzi, że nie chce żadnej zmiany granic i że będzie prowadzić politykę zgodną z oczekiwaniami wspólnoty międzynarodowej. Z drugiej strony, podczas rozmów z młodymi wyraźnie można wyczuć, że wielu z nich chciałoby żyć w jednym, wspólnym państwie albańskim. Integracja z Zachodem jest więc nie tyle celem, ile środkiem do niego. Celem jest zapewnienie dobrobytu narodowi albańskiemu.

ANDRZEJ JONAS: Kto dysponuje kluczem do rozwiązania problemu Kosowa? Czy ów klucz znajduje się na Bałkanach, a więc czy rozwiązania należy szukać bezpośrednio w miejscu zdarzenia, czy też może gdzieś na zewnątrz? Czy ewentualni dysponenci tego klucza – na przykład Unia Europejska – mają świadomość jego posiadania, potrafią go zidentyfikować i chcą go użyć? Czy tym kluczem jest czas, czy może na przykład  środki materialne? 

WOJCIECH STANISŁAWSKI: Tylko dlatego, że rozmawiamy w gronie eksperckim, pozwolę sobie na śmiałe zestawienie. W żadnym razie nie próbując budować prostych paraleli między naszym dramatem Kresów i pogodzeniem się Polaków z przesunięciem granic na zachód a tym, co dzieje się w tych tygodniach na Bałkanach, muszę przyznać, że w obu wypadkach mamy do czynienia z podobnymi obolałościami. Z tym, że w Polsce, pomiędzy śpiewaniem „nie oddamy Wilna” a paryską „Kulturą”, powieściami Konwickiego i naszym obecnym – nie wydumanym, lecz rzeczywistym, postrzeganym tak również z perspektywy Wilna i Kijowa – sojuszem z Litwą i Ukrainą musiały przeminąć dwa pokolenia. Trzeba było sześćdziesięciu lat, w tym czterdziestu lat w „zamrażarce”, którą po drodze postawiły nam nad Wisłą Sowiety.

Problem polega na tym, że Serbii byłoby potrzebne prawdopodobnie również sześćdziesiąt lat, żeby, poczynając od etapu płaczu za Kosowem, doczekać momentu, w którym pojawi się ktoś, kto będzie miał odwagę powiedzieć – ale nie głosem mędrka z Zachodu, tylko rodowitego belgradczyka – „to są wspólne Bałkany, nie możemy ich dzielić na >>nasze<< i >>wasze<<”. Czas jednak biegnie coraz szybciej, żadnej „zamrażarki” tam nie ma i Serbowie codziennie dokonują wyborów: bo media, bo polityka, bo Unia… Istnieje zatem zagrożenie, że mogą być skazani na uproszczony wybór pomiędzy nierozsądnym odrzuceniem całego bagażu tradycji a nadmiernym przywiązaniem do tradycji.

O tym, że taka czasowa „zamrażarka” jest pewnym rozwiązaniem, przekonuje przykład Bośni, w której, choć czasami dzieje się źle, to jednak dzieje się spokojnie. Od dwunastu lat mamy tam do czynienia ze stanem lodowatego pokoju i jeżeli uda się przeczekać jeszcze kilka następnych lat i ostatni ludzie, którzy brali udział w wojnach lat 90. pójdą na emeryturę, zacznie dominować poczucie, że trzeba sobie jakoś ułożyć to wspólne życie w Bośni.

MONIKA IZYDORCZYK: Problem zachodnich Bałkanów może pomóc rozwiązać Unia Europejska. W jej interesie leży bowiem stabilizacja regionu położonego w jej bezpośrednim sąsiedztwie. Pracując w Kosowie w ramach misji UNMIK, miałam na miejscu możliwość obserwacji mechanizmów podejmowania decyzji politycznych. Wiem, że w wypadku Kosowa były one podejmowane w biurze łącznikowym Stanów Zjednoczonych w Prisztinie. Jeśli zdarzyło się, że kosowskie władze podjęły jakąś kontrowersyjną decyzję, natychmiast dzwonił telefon od [PROSIMY O PODANIE NAZWISKA], najwyższej rangą przedstawicielki USA w Kosowie, która nakazywała decyzję uchylić. W czasie mojego pobytu szefem UNMIK-u był Joachim Ruecker z Niemiec, którego decyzje nigdy nie były sprzeczne z interesem Niemiec… Zastępcą Ruecknera był Steven Schook ze Stanów Zjednoczonych, który w sposób aż nazbyt wyraźny realizował po prostu politykę amerykańską. Jego postępowanie w Kosowie doprowadziło w końcu do wszczęcia przeciwko niemu postępowania i usunięcia po cichu z UNMIK-u…

ANDRZEJ JONAS: Czy potrafiłaby Pani nazwać interes europejski i amerykański na Bałkanach? 

MONIKA IZYDORCZYK: W interesie amerykańskim leży utrzymanie wojskowej obecności na Bałkanach. Stany Zjednoczone mają w Kosowie bazę „Bondsteel”. Z jednej strony Amerykanie mówią o wycofaniu się stamtąd, z drugiej – ich zaangażowanie w regionie pozostaje bardzo silne. Można się domyślać, że Waszyngtonowi zależy na utrzymaniu tam pewnego wpływu na postępowanie Unii Europejskiej, zwłaszcza na jej politykę bezpieczeństwa.

Na Bałkanach istnieją silne struktury przestępczości zorganizowanej, a w związku z tym, że w krajach zachodnich mieszka i pracuje wielu Albańczyków, dla wielu stolic europejskich stanowią oni problem dla bezpieczeństwa wewnętrznego. Z opublikowanych kilka lat temu danych [PROSIMY O PODANIE ROKU, EW. BARDZIEJ AKTUALNEGO ŹRÓDŁA] wynika, że Albańczycy kontrolują 85 procent rynku heroiny w Europie.

Dochodzą do tego kwestie historyczne. W polskiej prasie ukazał się kiedyś komentarz Albanki, która twierdziła, że Albańczycy walczyli z faszyzmem. Jednak z tego, co pamiętam, w czasie II wojny światowej idea „Wielkiej Albanii” była przez Niemcy i faszystowskie Włochy wspierana. W czasach, gdy Serbia była państwem prawosławnym, bliskim Rosji, Berlin chciał zwiększyć własne wpływy na Bałkanach poprzez wsparcie aspiracji albańskich.

WOJCIECH STANISŁAWSKI: „Wielka Albania” nie jest produktem państw Osi, choć na pewno Włochy Mussoliniego eksploatowały tę ideę, budując sztuczne i marionetkowe Królestwo Albanii. Jednak Albańczycy – podobnie jak Serbowie – walczyli po wszystkich stronach tego konfliktu: były siły kolaboracyjne, albańska partyzantka niepodległościowa, albańska partyzantka komunistyczna, partyzantka komunistyczna pod wodzą Tito i jeszcze z pół tuzina innych „barw na beretach”.

„Wielka Albania” to dziedzictwo romantyzmu – podobnie jak „Wielkie Niemcy”, „Wielkie Serbołużyce” i „Wielka Polska”… Jest taka nieśmiertelna fraza Miłosza o etnografach, którzy „Przebrani w kożuch, idąc od wioski do wioski, / Chuchali na folklory itp. pierwiosnki. / Aż namnożyli dziwnych nacjonalistycznych znaków. / To był haczyk – sami wiszą na tym haku (Toast, z tomu Światło dzienne, 1953)”.

Tak się właśnie działo: etnografowie chodzili wtedy od wioski do wioski – opisuje to Krzysztof Pomian w Europie i jej narodach – a pierwsze pokolenie lokalnej inteligencji, czyli w zależności od regionu: księża, duchowni prawosławni, imamowie lub nauczyciele szkoły powszechnej, zaczynało mówić o języku, przeszłości, która musi wrócić, i o tym, że język zbrojny w bagnet równa się państwo. Potem zakreślali granice tych państw, możliwie jak najszerzej.

Jeśli na mapie Bałkanów rozrysuje się „Wielką Albanię”, „Wielką Serbię” i „Wielką Chorwację”, to okaże się, że ziemi jest dwa razy za mało! Z drugiej strony myślę, że gdyby sto lat temu w trójkącie Warszawa–Kijów–Wilno zacząć kreślić granice, efekt byłby podobny.

MONIKA IZYDORCZYK: Problem ziemi ma też swój wymiar dosłowny: Albańczycy prowadzą bowiem zorganizowaną, regularną akcję wykupywania gruntu i domów serbskich w Kosowie. Podobnie jest w sąsiedniej Macedonii. Społeczność albańska w danej wsi wybiera najpierw trzy najbardziej wpływowe lub najbogatsze rodziny macedońskie – na przykład te, które prowadzą sklepik lub kawiarnię. Proponują im kupno ich domów za półtora miliona euro, cenę dwa razy wyższą niż średnia rynkowa. W chwili, gdy rodziny macedońskie decydują się na opuszczenie wsi, pozostali Macedończycy zaczynają się sami zgłaszać do Albańczyków z propozycją sprzedaży. Jest jednak za późno na dobry interes: ci proponują im tym razem cenę o połowę niższą od rynkowej, pół miliona euro… Proszę sobie wyobrazić, że koszty i zysk z zakupu macedońskich domów są dzielone razem! Ten proces trwa od siedmiu lat, jest to powolna, ale konsekwentna strategia. 

WOJCIECH STANISŁAWSKI: Wszystkie fatalności, o których mówimy – wykup ziemi, związki klanów, nieuchronność demografii oraz przemyt – istnieją na Bałkanach od dawna. Mówiąc „tak” powstającemu właśnie państwu kosowskiemu, nie sankcjonujemy tych zjawisk. Niepodległość Kosowa nie wzmocni tych procesów, choć wioski będą nadal wykupywane, podobnie jak dzieje się to w podparyskich osiedlach Marokańczyków; tam też przecież ma miejsce wykup mieszkań, choć niekoniecznie związany z powstawaniem we Francji nowego państwa. 

JAN PIEKŁO: Nasza dyskusja o Kosowie jest istotna dla zrozumienia nie tylko wydarzeń na Bałkanach, ale również w innych częściach świata. Jedną z przyczyn naszego niepokoju jest świadomość, że z punktu widzenia prawa międzynarodowego – przyznają to nawet zwolennicy niepodległości Kosowa – ostatnie wydarzenia nie mają precedensu w historii współczesnych stosunków międzynarodowych. Doszło przecież do złamania postanowień rezolucji 1244 Rady Bezpieczeństwa ONZ, która zakłada integralność Serbii i Kosowa. Czy sytuacja, w której nie ma szans na uznanie niepodległości Kosowa przez ONZ nie wpłynie na podważenie istniejącego do tej pory porządku na świecie?

Przychodzi też na myśl pytanie oczywiste: czy teraz również Kurdowie z amerykańskiego Iraku, Katalończycy, Baskowie lub Abchazi nie zechcą pójść w ślady kosowskich Albańczyków, uznając, że w ten sposób można „wygrać” niepodległe państwo? 

WOJCIECH STANISŁAWSKI: Oczywiście: Katalończycy i Kurdowie, bez względu na subtelności prawne, będą się chwytać tego, co jest napisane wielkimi literami: „prawo do samostanowienia jest górą”. Dotychczasowa równowaga między dwoma wielkimi pryncypiami prawnymi – suwerennością i samostanowieniem – przechyliła się zdecydowanie na korzyść tego drugiego. Prawdopodobnie musiało tak się stać, skoro jeszcze większa „waga” waha się od przeszło wieku: prawa jednostki wygrywają z prawami zbiorowości.

Mniej lub bardziej trafione odwołania do sprawy Kosowa będą się pojawiać na różnych sztandarach. Jest czymś niezwykłym, że Bałkany po raz drugi rozpoczynają u progu wieku proces, który później nadaje kształt znacznej części tego wieku. Sto lat temu mieliśmy Sarajewo, teraz mamy, być może, Prisztinę.

MAGDALENA REKŚĆ: Mówi się, że w Europie Środkowej żadne granice nie będą sprawiedliwe – ale na Bałkanach wytyczenie takich granic byłoby po prostu utopią! Mieszka tam wiele „uśpionych” grup etnicznych, poszukujących własnej tożsamości i odrębności, o których nie mówi się w mediach. Mam na chociażby Romów i Goran w samym Kosowie…

WOJCIECH STANISŁAWSKI: Albo martwimy się tą romantyczną gorączką narodowościową, albo ją podsycamy. Myślę, że wszystkich rachunków krzywd na Bałkanach nie zdołamy teraz uporządkować. Natomiast tam, gdzie tego nie musimy robić, nie podsycajmy nowych marzeń o niepodległych państwach.

JAN PIEKŁO: Za bardzo istotne uważam pytanie o młode pokolenie. Nie jestem tu optymistą. W czasie wojen lat 90. spędziłem na Bałkanach pięć lat, interesując się sytuacją młodych. To właśnie wtedy młode pokolenie zostało zarażone toksycznym wirusem nienawiści – na tyle skutecznie, że jego przedstawiciele chętnie wstępowali do ochotniczych oddziałów… Pamiętam zdarzenie z Zagrzebia, w które trudno uwierzyć: powstał tam batalion ochotniczek, dziewcząt, które rekrutowały się głównie spośród grona studentek uniwersytetu. Na froncie były postrachem dla Serbów – im trudno było strzelać do kobiet.

Przypominam sobie też wieczór, który spędziłem w towarzystwie Serba z pewnej małej miejscowości w Serbii właściwej. Kiedy wypiliśmy bardzo dużo rakii i zaprzyjaźniliśmy się ze sobą, powiedział, że chce mi coś pokazać. Wyciągnął z przedpokoju zamelinowaną gdzieś tam strzelbę i powiedział: „Widzisz, to jest strzelba z II wojny światowej. I ja z niej będę strzelał do muzułmanów”.

To media wygenerowały ten pierwszy stopień nienawiści, który pozwolił nawzajem się oskarżać i doprowadzić emocje do stanu wrzenia. Potem „to już samo poszło”. Myślę, że ten niebezpieczny potencjał cały czas drzemie na Bałkanach. Widziałem w Sarajewie pokolenie wojny: młodych ludzi, którzy nauczyli się strzelać i zabijać i, szczerze mówiąc, do dziś nie bardzo potrafią robić cokolwiek innego. Praktycznie cała policja w Republice Serbskiej w Bośni to weterani tamtych walk. Ostatniego lata odwiedziłem Republikę Serbską, podsłuchiwałem rozmowy przy stolikach kawiarnianych. Tam tli się potężny rewanżyzm,  ochota „dopięcia” swojego celu…

Wiem, że zaszły tam pewne zmiany, rozmawiałem przecież ze wspaniałą młodzieżą z uniwersytetu w Belgradzie w czasie kiedy strajkowała przeciwko Miloszewiciowi. Tamci studenci wypowiadali piękne i podniosłe słowa, w które bardzo chcę wierzyć. Ale widziałem również młodych ludzi, którzy oszaleli z etnicznej nienawiści i nie było tak, że oni niechętnie szli do poboru. Dla wielu młodych Serbów służba w armii jugosłowiańskiej była wtedy zaszczytem, możliwością „wybicia się”… 

WOJCIECH STANISŁAWSKI: Spotykało się na pewno entuzjastów walk, byli również niechętni – ich często wcielano siłą do wojska. Myślę jednak, że owo zaślepienie nacjonalistyczne, taki furor ethnicus, jest kompensacją jakiegoś niedoboru psychologicznego, a źródeł problemu należy szukać w głębokiej frustracji. Serbowie czują, że odstają od innych, że nie znaleźli się w Europie: niedawno byli jej „pieścidełkiem” i szybko być nim przestali. Dlatego szukają prostej odpowiedzi: niech żyje „Wielka Serbia”. Nacjonalizm jest werbalizacją, racjonalizacją pierwotnego poczucia odsunięcia i osamotnienia. 

MARCIN  REY: Chciałbym zapytać o biznes w Serbii i Kosowie – nie o samą strukturę gospodarczą, lecz o miejscowych oligarchów. W jaki sposób wpływają oni na bieżącą politykę? Przychodzi mi na myśl porównanie z Ukrainą, w której postawa dużego biznesu oligarchicznego ze wschodniej części kraju często determinuje decyzje podejmowane w Kijowie. Są tacy, którzy twierdzą wręcz, że to oligarchowie pozwolili w 1991 roku na niepodległość Ukrainy… Czy serbscy oligarchowie myślą o dogadaniu się z Rosją? I w jaki sposób to wszystko wiąże się ze sprawą rurociągów, które przebiegają przez Bałkany? 

WOJCIECH STANISŁAWSKI: Oligarchowie „drugiego rzędu” są zapewne zainteresowani półjawnymi kontaktami gospodarczymi z Kosowem. Kilku, z rodziną Kariciów na czele, stanowi taką oligarchię pierwszego pokolenia: są krzykliwie serbscy i wspierają mniejsze partie – nawet bardziej populistyczne niż szowinistyczne. Ale również te partie, które umownie nazywamy proeuropejskimi, mają „swoich” oligarchów, którzy – choć teraz nie odzywają się głośno, nie chcąc iść przeciwko rozemocjonowanym tłumom – w przyszłości będą na pewno silnym wsparciem dla proeuropejskich dążeń Serbii. Rosja nie jest jeszcze, na szczęście, najpoważniejszym inwestorem w Serbii. Jest dopiero czwarta – oby tak zostało.

Co do rurociągów, w tej chwili toczy się gra, nie wiadomo, która z możliwości transportowania gazu i ropy zostanie ostatecznie wybrana: czy wygra „Nabucco” czy „Południowy Potok”, czy też może ich trasy będą przebiegać obok siebie[2]. Serbia może otrzymać dla siebie jedno z odgałęzień rurociągu i ciekawy politycznie kąsek: gaz dla siebie i Bośni. 

MONIKA IZYDORCZYK: W samym Kosowie inwestuje głównie diaspora albańska. Ktoś, kto ma wujka w Szwajcarii, biedny zazwyczaj nie jest. Plagą Kosowa są nielegalne budownictwo i kradzież energii elektrycznej. Problemów z prądem nie wyjaśnią tłumaczenia o niewydolności elektrowni – prawda jest taka, że Albańczycy często za ten prąd po prostu nie płacą. Kosowu daleko jest jeszcze do państwa prawa.

Większość z albańskich oligarchów w Kosowie jest po prostu powiązana z mafią. Po 1999 roku doszło w Kosowie do utworzenia nowych klanów. Kiedyś struktura klanowa była oparta na więzach rodzinnych, ale począwszy od lat 90., kiedy działalność Armii Wyzwolenia Kosowa była częściowo finansowana z handlu bronią, przemytu narkotyków i ludzi, zaczęły się tworzyć nowe klany. W tej chwili jest parę silnych rodzin, które podzieliły między siebie strefy wpływów: część specjalizuje się w przemycie kobiet, część w handlu narkotykami. I w ich interesie leży podtrzymanie stanu destabilizacji politycznej. Bo, jak to zwykle bywa, w ślad za destabilizacją idą duże pieniądze, które można zarobić półlegalnie. W związku z tym duża część biznesmenów w Kosowie opowiada się za własnym, ale słabym państwem. Obawiają się konsekwencji stabilizacji: uszczelnienia granic, kontroli finansowych oraz sprawnie działającego aparatu podatkowego. 

JAN PIEKŁO: W czasie naszej dyskusji padło jedno zabawne, ale i ważne stwierdzenie. Mianowicie Wojciech Stanisławski przejęzyczył się w pewnym momencie i powiedział coś o „Wielkiej Bałkanii”. Myślę, że w takiej „Bałkanii” cała nasza nadzieja, może kiedy ona w końcu powstanie, poradzimy sobie z wszystkimi problemami…

Dyskusja, choć nie mogła wyczerpać tematu, podjęła kilka ważnych wątków, jej uczestnicy próbowali odpowiedzieć na parę istotnych pytań. Skoro przy wsparciu zachodnich demokracji na mapie świata powstało nowe państwo, teraz powinny one uczynić wszystko, by ten eksperyment zakończył się sukcesem. Wymaga to konkretnych działań na rzecz stabilizacji w tym trudnym regionie Bałkanów, skutecznych, wspieranych odpowiednimi środkami finansowymi działań, które pozwoliłyby i Serbom, i kosowskim Albańczykom razem odnaleźć się we wspólnym domu – zjednoczonej Europie. Jej liczącym się elementem byłaby wtedy ta „Wielka Bałkania”, której społeczność potrafiła przełamać wszechobecny stereotyp etnicznej nienawiści i rozpocząć współpracę dla wspólnej lepszej przyszłości. Jeśli światowa dyplomacja wyciągnęła właściwe wnioski z tragicznych wydarzeń na Bałkanach, to są przesłanki, by móc pozostać optymistą.

 


[1] Na mocy wynegocjowanego w Dayton porozumienia pokojowego z 1995 r. Bośnia i Hercegowina jest państwem federacyjnym, składającym się z dwóch części (entities): Federacji Bośni i Hercegowiny, obejmującej głównie tereny zamieszkane przez Chorwatów i bośniackich Muzułmanów na zachodzie i południu oraz z położonej w północno-wschodniej części kraju Republiki Serbskiej, która podkreśla swą odrębność od reszty terytorium (przyp. red.).

[2] Przez Bałkany mają przebiegać trasy dwóch konkurencyjnych rurociągów: Unia Europejska współfinansuje projekt rurociągu „Nabucco”, którym będzie transportowany gaz z Iranu i Azerbejdżanu; z kolei Rosja buduje na dnie Morza Czarnego rurociąg „Południowy Potok” („South Stream”). Kwestia udziału Serbii w rosyjskim projekcie nabrała nowego wymiaru po podpisaniu w styczniu 2008 r. umowy, ma mocy której Gazprom ma przejąć większościowy pakiet udziałów w największym serbskim przedsiębiorstwie naftowym NIS (przyp. red.).

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata