70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Teologia ma przyszłość

Pojęcie rozumienia odsyła nas do kolejnego, zdaniem ks. Woźniaka niezbywalnego, wymiaru dobrej teologii – jej wymiaru hermeneutycznego. Moim zdaniem, fragmenty dotyczące teologii jako hermeneutyki należą do najlepszych partii książki.

 

„Książka, którą prezentuję, zrodziła się z pasji i stanowi rodzaj manifestu teologicznego na początku mojej teologicznej drogi” – pierwsze zdanie książki ks. Roberta Woźniaka Przyszłość, teologia, społeczeństwo bardzo dobrze charakteryzuje całe to dzieło. Widać w tej książce pasję jej autora. Jest też ona rzeczywiście manifestem – prezentacją pewnej wizji. Od razu trzeba powiedzieć, że wizja roztaczana przez Woźniaka jest jedną z ciekawszych propozycji teologicznych, jakie pojawiły się ostatnio w Polsce. Warto nie tylko ją zauważyć, lecz również poświęcić trochę czasu i energii na głębszy nad nią namysł.

Zdaniem Roberta Woźniaka, teologia powinna mieć charakter, który umożliwiłby jej wnoszenie znaczącego wkładu w proces otwierania przed współczesnym człowiekiem lepszej przyszłości. Wydaje się, że jest to idea przewodnia całej książki. Bezpośrednie powiązanie teologii i przyszłości powinno być, przekonuje autor, cechą charakterystyczną wszelkiej chrześcijańskiej teologii. Swój sąd uzasadnia on poprzez wskazanie, że takie właśnie powiązanie (teologii i przyszłości) należało do istoty pierwotnej myśli chrześcijańskiej. Podejmowała ona wysiłek zrozumienia osoby Chrystusa, lecz czyniła to w horyzoncie przyszłości. Jak określa to teologicznym językiem Woźniak, teologia pierwotnej wspólnoty chrześcijańskiej była jednocześnie chrystologią i eschatologią: chrystologia stanowiła centrum eschatologii, zaś eschatologia horyzont chrystologii (zob. s. 20nn) – a znaczy to tyle, że myśl chrześcijańska skoncentrowana była na Chrystusie, który pojmowany był jako ostateczna przyszłość chrześcijanina, Kościoła i świata.

Przyglądając się pierwotnej, eschatologicznie zorientowanej chrystologii, Woźniak zauważa, iż sam Chrystus jawi się w niej jako wychylony ku przyszłości. Przyszłość ta nie jest jednak abstrakcyjnym „tym, czego jeszcze nie ma, a co dopiero nadejdzie”, lecz posiada rysy osobowe – przyszłością Chrystusa jest Ojciec. To odkrycie prowadzi autora do ścisłego powiązania chrystologii z nauką o Trójcy. Pisze on, że ujawnia się tu pewien paradoks, polegający na tym, że choć „Chrystus jest centrum teologii” to „odwołuje [On] nieustannie (…) poza siebie” (s. 117). Chrystocentryzm chrześcijański nie jest absolutny, lecz funkcjonalny: Chrystus jest, owszem, centrum chrześcijańskiej wiary, ale tylko jako Ten, który w najdoskonalszy, najbardziej bezpośredni sposób prowadzi człowieka poza siebie – ku Ojcu. Chrystus jest zatem rozumiany adekwatnie tylko w horyzoncie Trójcy.

Istotnym elementem teologicznej wizji ks. Woźniaka jest postulat, by teologia stanowiła swoistą harmonijną całość, zorganizowaną wokół jednej zasady. Ową zasadą ma być, zdaniem autora, właśnie prawda o Trójcy. Woźniak zdecydowanie krytykuje istniejącą praktykę uprawiania teologii rozczłonkowanej, teologii jako zbioru traktatów, które mogą stanowić autonomiczne całości. Właśnie to rozczłonkowanie uznaje on za jedną z przyczyn kulturowej i duchowej jałowości teologii w czasach nowożytnych. Woźniak postuluje zatem, by nauka o Trójcy stanowiła „gramatykę” całej teologii (s. 109nn), tj. by wszystkie tematy teologiczne były przedstawiane w sposób, który ujawnia ich odniesienie do doktryny trynitarnej. Teologia winna być, twierdzi nasz autor, swoistą syntezą o trynitarnej strukturze.

W wizji tej synteza nie przekształca się jednak w zamknięty i raz na zawsze ustalony system. Przed takim systemowym zamknięciem chronić ma teologię jej otwarcie/wrażliwość na historię. Woźniak postuluje, by śladem Bonawentury dokonać integracji wymiaru metafizycznego i historiozbawczego. Chodzi o pokazanie, że metafizyczna struktura rzeczywistości zawiera aspekt historyczny: naturę stworzenia można zrozumieć tylko wówczas, gdy uwzględni się, że jest ono procesem wyjścia od Boga i powrotu do Niego – a proces ten przybiera postać historii. W konsekwencji teologia musi być uważną obserwacją i rozważaniem działania Boga w dziejach. Choć słowo „obserwacja” nie jest tu może najszczęśliwsze, kojarzy się bowiem z dystansem. Woźniak zaś odwołuje się wyraźnie do tych koncepcji rozumu, które zakładają konieczność uczestnictwa w „przedmiocie” rozumienia.

Pojęcie rozumienia odsyła nas do kolejnego, zdaniem ks. Woźniaka niezbywalnego, wymiaru dobrej teologii – jej wymiaru hermeneutycznego. Moim zdaniem, fragmenty dotyczące teologii jako hermeneutyki należą do najlepszych partii książki. Robert Woźniak zwraca tu uwagę, że fundamentalną potrzebą człowieka jest potrzeba rozumienia, potrzeba sensu. Człowiek może sensownie budować swoją przyszłość tylko wtedy, gdy rozumie, kim jest. Teologia jawi się tutaj jako objawiona hermeneutyka – pozwala człowiekowi rozumieć siebie w świetle postaci Chrystusa. Aby teologia mogła spełniać swe hermeneutyczne zadanie, musi jednak nie tylko być powtarzaniem raz na zawsze uświęconych formuł. Musi być wrażliwa na aktualny kontekst, musi podejmować wciąż na nowo próby nowych sformułowań wiary, musi być stale otwarta na swój własny rozwój.

Teologia hermeneutyczna, wrażliwa na historię, na głos zanurzonych w niej i tworzących ją ludzi jest też, przekonuje Woźniak, teologią ekumeniczną i dokonującą inkulturacji. Postulat inkulturacji wydaje się, w świetle hermeneutycznego nachylenia teologii, oczywisty. Natomiast charakter ekumeniczny wynika zasadniczo stąd, że teologia hermeneutyczna cechuje się dystansem do słownych sformułowań wiary, koncentrując się na człowieku. Tym zaś, co dzieli różne wspólnoty, są przede wszystkim sformułowania – los człowieczy jest w swych podstawach wszystkim wspólny.

Podsumujmy zatem: teologia – rozumiana przez Roberta Woźniaka jako „poszukiwanie rozumienia w wierze, które otwiera teraźniejszość dla przyszłości” (s. 49) – winna być historyczną, hermeneutyczną i ekumeniczną syntezą, która powala człowiekowi zrozumieć sens rzeczywistości dzięki temu, że ujawnia we wszystkich podejmowanych tematach trynitarny horyzont otwierający się przed nami w Chrystusie.

Jak napisałem na początku niniejszego tekstu, wizja ta warta jest głębszego namysłu. Namysł taki może być inspirujący chyba dla każdego, kto usiłuje coraz głębiej rozumieć siebie i swoją wiarę. Namysł taki ujawnia jednak pewne ograniczenia zaprezentowanej wizji i obecne w niej niedopowiedzenia. Wiele z nich wynika zapewne stąd, że książka ks. Woźniaka jest manifestem. Manifesty rządzą się zaś swoimi prawami. Z reguły wypowiadane są z dużym przekonaniem i na dość wysokim poziomie ogólności. Niebanalne manifesty prowokują jednak do stawiania szczegółowych pytań ich autorom (diabeł bowiem, jak mówi przysłowie, tkwi w szczegółach). Poniżej przedstawię kilka pytań i uwag krytycznych, do których niebanalny manifest Roberta Woźniaka mnie sprowokował.

Po pierwsze, chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej na temat samego pojęcia przyszłości. Woźniak definiuje ją jako „dynamiczne stawanie się człowieka zgodnie z jego najbardziej wewnętrzną metafizyczno-historyczną możliwością” (s. 6). Przez takie, a nie inne ujęcie chce podkreślić, że nie chodzi mu o przyszłość jako okres fizycznie mierzonego czasu, który jest jeszcze przed nami. Analizując redukcjonistyczne, laickie eschatologie, stwierdza, iż podstawowym ich błędem było to, że „spełnienia przyszłości człowieka oczekuje się wewnątrz historii” (s. 27). Zauważmy jednak, że zarzut tu postawiony zakłada, iż przyszłość jest czymś, co może realizować się poza historią. Z chrześcijańskiego punktu widzenia jest to oczywiste – wierzymy, że naszą przyszłością jest wieczność transcendentna wobec historii. Niemniej dla współczesnego człowieka interesujące jest, jak sądzę, pytanie, w jakiej relacji owa przyszłość wieczna pozostaje do przyszłości historycznej. Ks. Woźniak wspomina, że wymienione „rodzaje” przyszłości są powiązane, jednak naturę tego związku pozostawia niewyjaśnioną. A kwestia to o tyle ważna, że on sam wielokrotnie w swej książce sugeruje, że proponowana przez niego wersja teologii ma znaczenie dla naszej społecznej, tj. historycznej przyszłości.

Tak więc chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej na temat związków teologii z historyczną przyszłością człowieka. Sądzę, że moje oczekiwania usprawiedliwione są przez tytuł książki, który łączy przyszłość, teologię i społeczeństwo. Historyczna przyszłość człowieka jest zaś, jak się zdaje, ściśle związana z przyszłością społeczeństwa. Sądzę, że dzisiaj pytanie o przyszłość społeczeństwa bardzo ściśle wiąże się z zagadnieniami związanymi z religią. Wieloreligijność oraz powiązanie religii i polityki, a także coraz szybszy rozwój nauk, stawiający pod znakiem zapytania dotychczas utrwalone granice człowieczeństwa – takie kwestie sprawiają, że, z jednej strony, ludzie zatroskani o los społeczeństwa nie mogą ignorować religijnego wymiaru życia, z drugiej zaś strony religie czeka w (niedalekiej) przyszłości zmierzenie się z zupełnie nowymi zagadnieniami. W manifeście Woźniaka nie ujawnia się wyraźna świadomość tych historyczno-społecznych problemów niedalekiej przyszłości.

Po przeczytaniu książki Roberta Woźniaka jestem zatem skłonny twierdzić, że jej tytuł mógłby brzmieć: Przyszłość i teologia. Ostatni człon tytułu – „społeczeństwo” – jest bowiem potraktowany bardzo po macoszemu. Woźniak usprawiedliwia się, co prawda, pisząc, że nie jest kompetentnym socjologiem, co powoduje, że temat społeczeństwa pojawiać się będzie na kartach jego książki tylko nie wprost. Do tego jednak, by podjąć tematykę społeczeństwa wprost, socjologiem być nie trzeba. Można to zrobić także z teologicznego punktu widzenia (pisarstwo Johna Milbanka, jednego z autorów najczęściej cytowanych przez Woźniaka, jest tego wyraźnym przykładem). Jak wspomniałem, czeka tu na nas (teologów) mnóstwo problemów. Podjęcie ich wymaga jednak znacznie głębszego namysłu nad relacją przyszłości eschatologicznej i historycznej. Trzeba też bardziej precyzyjnej analizy procesu inkulturacji niż ta obecna na kartach książki Woźniaka.

Inkulturację sprowadza bowiem ks. Woźniak zasadniczo do procesu kształtowania kultury przez Ewangelię za pomocą liturgii. Jest to podejście zdecydowanie niezadowalające. Mamy w nim do czynienia z idealizacją liturgii i powierzchownym potraktowaniem poważnych, skomplikowanych problemów. Woźniak pisze na przykład: „Nie idzie tu jednak o rozumienie inkulturacji jako adaptowania zwyczajów kościelnej liturgii do konkretnych miejscowych zwyczajów i wyobraźni z nimi związanej” (s. 96). Z inkulturacją jest, jego zdaniem, raczej tak, że „zadaniem liturgii jest budowanie kultury” (tamże). Teologii liturgii naszkicowanej przez Woźniaka nie można odmówić głębi. Gdy jednak chodzi o kwestię liturgii i inkulturacji, można odnieść wrażenie, że Robert Woźniak traktuje liturgię, jako coś (odwiecznie) gotowego, co nie jest wyrazem żadnej konkretnej kultury. Nie sądzę, by można było zgodzić się z takim ujęciem. Nie można zapomnieć, że liturgia powstała w konkretnej kulturze, tj., że to pewna konkretna kultura ukształtowała liturgię – przynajmniej jej publiczną, symboliczną stronę. Jeśli jednak tak, to w inkulturacji – wbrew twierdzeniom Woźniaka – chodzi o adaptowanie obrzędów liturgicznych do zwyczajów miejscowych kultur – inaczej Ewangelia będzie jawić się członkom tych kultur jako coś obcego i niezrozumiałego. Na podstawie tego, co ks. Woźniak napisał o liturgii, można próbować bronić praktyk europeizowania ludów obu Ameryk czy Azji przez chrześcijańskich misjonarzy. Mogli oni bowiem powiedzieć, że zmuszając Indian czy Hindusów do celebracji sakramentów na sposób praktykowany w Kościele Rzymskim, po prostu kształtują ich kultury i przepajają je Ewangelią. Nie sądzę, by taka interpretacja była zgodna z intencjami Woźniaka, ale, jak przypominają hermeneuci, tekst zyskuje autonomię wobec swego autora…

Europocentryczność jest, moim zdaniem, największą słabością Roberta Woźniaka. Jest on bardzo otwarty na rozmaite prądy filozoficzne powstałe niedawno, czy powstające obecnie w Europie – z wielka uwagą i otwartością analizuje myśl Lévinasa, Habermasa, Derridy, Mariona czy ruchu Radical Orthodoxy, próbując pokazać, że autorzy ci są, nawet wbrew pozorom, sprzymierzeńcami katolickiej teologii. Z drugiej strony w jego teologicznej wizji nie odbija się prawie w ogóle proces globalizacji i niezwykle intensywnego spotkania kultur i religii, jakiego jesteśmy świadkami. Nie sądzę, by takiego europocentryzmu można było bronić, odwołując się do zasady kontekstualności teologii i stwierdzając, że Woźniak pisze w Polsce, czyli w Europie. Czyż bowiem niezwykle intensywne spotkanie z religiami i kulturami rozwijającymi się dotychczas poza Europą nie jest teraz jednym z podstawowych doświadczeń Europejczyków, i czy właśnie to spotkanie nie określa dziś przyszłości Starego Kontynentu? Podobną hipotezę można wysunąć w stosunku do samej teologii: Sądząc z ilości interwencji rzymskiego magisterium, kwestie związane z spotkaniem religii są kluczowe dla przyszłości „świętej nauki”. Ks. Robert Woźniak, owszem, wspomina o problemach, które stawia tzw. pluralistyczna teologia religii. Rozprawia się jednak z nimi na kilku stronach. Intuicje tam zawarte są bardzo ciekawe, ale zaledwie zarysowane. Nie podejmuje w ogóle niektórych ważnych pytań, które dotyczą wprost tematyki książki. Nie zastanawia się choćby nad tym, czy teolog katolicki (chrześcijański?) może (powinien?) uwzględniać w swojej pracy doświadczenie religijne niechrześcijan i jego zapis w postaci ksiąg świętych innych religii, Nie podejmuje też zatem refleksji, jak – ewentualnie – to czynić. Czy na zasadzie podobnej do tej, jaką kierował się Akwinata, korzystając z pism Arystotelesa, a którą – jak przekonuje Woźniak – dziś powinniśmy kierować się, korzystając z myśli postmodernistycznej? A może religijny charakter tekstów, takich jak Koran czy Wedy, czyni istotną różnicę? Jaka to różnica?

Uważny czytelnik z pewnością zauważył, że większość moich uwag krytycznych dotyczy tego, czego w książce Roberta Woźniaka nie ma. Można zapytać: dlaczego dopominam się o coś, czego nie ma, czyż to, co jest, nie jest wystarczająco dobre? Otóż, jest dobre, nawet bardzo. Jednak, po pierwsze, tytuł książki i pewne wstępne uwagi autora obiecują nieco więcej, niż otrzymujemy w trakcie lektury. Po drugie, inne pytania są ściśle związane z tematyką podjętą przez ks. Roberta Woźniaka, a sądząc z jakości jego dzieła, można się od niego spodziewać bardzo ciekawych odpowiedzi. Stąd mój niedosyt. Dlatego czekam na więcej.


Robert Woźniak, Przyszłość, teologia, społeczeństwo, Wydawnictwo WAM, Kraków 2007.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata