70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Obojętność

Przyuczani jesteśmy do obojętności albo do chowania własnej nietolerancji bądź resentymentów głęboko pod pancerzyk poprawności, uśmiechniętego zakłamania i przyzwolenia na wszystko bez wyrażania własnego sądu. Tymczasem tolerancja powinna być tożsama z otwartością, akceptacją drugiego człowieka i podjęciem z nim dialogu.

Niewiele dobrego można powiedzieć o obojętności. Obojętność to bierność, niechęć, nieczułość, niedbalstwo, ostatecznie tylko lenistwo; a więc, tak czy inaczej, zło, przynajmniej marność. Gani ją Pismo Święte znanymi słowami: „Znam uczynki twoje, żeś ani zimny, ani gorący. Obyś był zimny albo gorący! A tak, żeś letni, a nie gorący ani zimny, wypluję cię z ust moich”. Jeszcze bardziej znana modlitwa przypomina, że grzeszymy nie tylko myślą bądź uczynkiem, ale i zaniedbaniem. Przeciwieństwem obojętności jest gorliwość, a przynajmniej aktywność. One są godne pochwały. Tylko podejmując działanie, możemy stworzyć jakieś dobro, pomóc komuś w jego borykaniu się z losem albo nawet w nieszczęściu, zapobiec złu. Nasza cywilizacja to kultura aktywności i działania, takie też są jej święte księgi. Taka postawa stworzyła wynalazki i budowle, zorganizowała państwa, a potem obaliła opresyjne imperia. Na takiej glebie kiełkuje solidarność, która jest inną nazwą miłości w jej społecznym wymiarze. Trudno sobie wyobrazić solidarność „letnich”, obojętnych i nieczułych, tak jak nie ma solidarności bez działania. Nic więc dziwnego, że Georg Lichtenberg powiada: „Gdzie umiarkowanie jest błędem, tam obojętność zbrodnią”.

Można być obojętnym wobec wartości, na które się powołujemy, kiedy wedle nich nie postępujemy, tak jak bywa się obojętnym wobec Boga i ofiary Zbawiciela. Można być obojętnym wobec spraw publicznych albo wobec cierpienia drugiego człowieka, choć trudniej wobec własnego, bo inna nazwa obojętności to egoizm. Na taką obojętność choruje dzisiejszy świat, choć nie jest oczywiste, czy w zdecydowanie większym stopniu niż miniony. Nic więc dziwnego, że wypowiadając się dla prasy, grzmi niezmordowany profesor Władysław Bartoszewski:

Ciągle to samo: obojętność bazująca na wygodzie, że lepiej niech coś się dzieje beze mnie. Ta obojętność prowadzi do bardzo małego zaangażowania w sprawy publiczne, począwszy od działalności społecznej na poziomie samorządów, kończąc na sprawach wyborów najwyższych instancji państwa. To są rzeczy żenujące.

A Antoni Czechow pisze: „Powiadają, że filozofowie i prawdziwi mędrcy są obojętni. To nieprawda, obojętność to paraliż duszy, to przedwczesna śmierć”.

Obojętność jako proteza tolerancji

Niechwalebna próba usprawiedliwienia obojętności powinna zacząć się od tolerancji, tak pożądanej we współczesnym świecie. Skoro mam nie sprzeciwiać się postawom, wierzeniom i wartościom innym niż moje, to najlepiej, gdy będę wobec nich obojętny. Także wobec zachowań: dopóki inni nie włażą mi na głowę albo nie stosują wobec mnie fizycznej przemocy, to niech robią, co chcą. Przecież jest wolność! Wprawdzie Karl Jaspers napisał, że „obojętność jest najłagodniejszą formą nietolerancji”, ale jednocześnie okazuje się ona substytutem tolerancji, i to nie tylko użytecznym, ale politycznie poprawnym. Można oczywiście inaczej: być tolerancyjnym, a jednocześnie nie „letnim”, mocno ugruntowanym w swych przekonaniach i wartościach. Jestem tolerancyjny wobec innych, bo ich szanuję jako ludzi i nie uważam się za lepszego, ale nie stronię od wypowiadania swoich sądów, nawet kiedy tym innym one nie w smak. Taka postawa, którą kiedyś nazwałem „tolerancją silnych”, co chwila jednak wchodzi w konflikt z pożądaną poprawnością. Doświadczył tego wiele lat temu nawet Jan Paweł II, kiedy szarpali go przedstawiciele innych wyznań, bo powiedział, że katolicyzm jest najlepszą – choć nie jedyną – drogą zbawienia. A co miał powiedzieć jako katolik? Gdyby mówił buddysta, widziałby tę drogę wedle swego Oświeconego, a i samo zbawienie rozumiałby inaczej. Gdyby mówił mahometanin – widziałby ją w islamie. I tak dalej, i tak dalej… Ale byłoby lepiej, gdyby poprawnie milczał lub wybełkotał coś niezobowiązującego. Doświadczył tego włoski filozof i polityk Rocco Butiglione, kiedy nie zaakceptowano go jako komisarza europejskiego, bo nieostrożnie wyjawił swoje katolickie poglądy na małżeństwo i homoseksualizm. To samo spotkało niedawno brytyjskich małżonków, którzy wychowali ileś tam własnych dzieci, ale odmówiono im prawa do adopcji kolejnego malucha, bo powiedzieli urzędnikowi, że nie będą akceptować gejostwa. Przykładów jest całe morze i każdy dorzuci własne. Rację miał jednak Jaspers. W ten sposób przyuczani jesteśmy do obojętności albo do chowania własnej nietolerancji bądź resentymentów głęboko pod pancerzyk poprawności, uśmiechniętego zakłamania i przyzwolenia na wszystko bez wyrażania własnego sądu. Tymczasem tolerancja powinna być tożsama z otwartością, akceptacją drugiego człowieka i podjęciem z nim dialogu. Ostrożna „letniość”, wdrażana jak powyżej, jest tylko strachliwym zamknięciem. Myślę źle o Żydach, ale wiem, że mogę zostać napiętnowany jako antysemita, więc siedzę cicho albo nawet szczerzę do nich zęby w uśmiechach. Nie wydałbym córki za czarnucha, ale wyrażam ubolewanie z powodu rasistowskich zaczepek, bo wiem, że tak należy wypowiadać się publicznie. Wyznaję swoją religię, ale tego nie wyjawiam, bo wezmą mnie za mohera. W innych sprawach podobnie…

W ten sposób obojętność i zamknięcie zostają utrwalone, a nawet podniesione do rangi cnoty. „Burzliwe jest morze obojętności” – zauważa słusznie Stanisław Jerzy Lec. Stąd też, gdy jakaś burza naruszy ten nasz pancerzyk poprawności – tak jak wicher łamie parasole i szarpie płaszczami – wtedy pozostaje nam tylko strach i inwektywa. Dlatego jest ich tak wiele w naszym – pełnym fałszywej tolerancji – życiu publicznym, a tak mało dialogu.

Zgroza obojętności

Jest jednak inna jeszcze obojętność, która budzi zgrozę i przerażenie. Kant powiadał: „Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie”, znajdując w tym spokój i harmonię. Ale Pascala zatrważały „przerażające głębie wszechświata”. Żaden z nich nie wiedział jeszcze, czym jest kosmos, chociaż Kopernik już ruszył Ziemię dookoła Słońca, a Kepler wytyczył orbity planet; Newton, który sformułował prawo ciążenia, był dwadzieścia lat młodszy od Pascala. Jednak intuicja francuskiego myśliciela była trafniejsza niż filozofa z Królewca; wszak już starożytni wzywali Słońce i gwiazdy na świadków swoich cierpień, dziwiąc się, czemu nie wstrzymują swego biegu wobec rozpaczy ludzkich uniesień? Czy jest coś bardziej złowrogo obojętnego od kosmosu, gdzie ciała niebieskie tylko dlatego nie wpadają na siebie jak rozpędzone samochody, że krążą w zbyt wielkich odległościach; gdzie planeta życia taka jak Ziemia w jednej chwili wyparowałaby wraz z zamieszkującymi ją istotami w zetknięciu z milionami stopni termojądrowego wybuchu, jakim jest Słońce lub każda inna gwiazda? Jeśli wszechświat jest nieskończony albo ma rozległość kilkunastu miliardów lat świetlnych, a cywilizacje rozumne nie są w nim wyjątkiem, to ileż takich rozumnych tworów ginie w rozbłyskach supernowych albo w głębinie czarnych dziur w tym samym czasie, gdy z uniesioną głową kontemplujemy „niebo gwiaździste”?

A przecież jest to kosmos, który przenika – jak wierzymy – obecność Boga. Gdzie On jest; nawet nie wobec śmierci nieznanych nam cywilizacji pochłanianych przez termojądrowy żar – tak jak i my pewnie kiedyś zginiemy – ale tutaj, wobec bezmiaru nieszczęścia na Ziemi? Gdzie był Bóg w dniach holokaustu? Gdzie był, gdy dobijano Powstanie Warszawskie? Jak odnaleźć Go w gułagu albo w Rwandzie? Czy też 11 września 2001? Gdzie był, kiedy dwa lata temu walił się dach w katowickiej hali targowej? Gdzie był w wybuchach wulkanów, falach tsunami, pożarach, rzeziach? Reakcją Woltera na katastrofę trzęsienia ziemi w Lizbonie były – jak wiadomo – płomienne manifesty przeciw Bogu i jego kapłanom; może to pomogło samemu filozofowi, ale chyba nikomu więcej. Zagadka Bożej obojętności jest jedną z najbardziej mrocznych i niezgłębionych tajemnic bytu. Jest jeszcze gorzej, bo Bóg nie tylko milczy wobec jęków i modlitw ofiar, ale świadomie zsyła nieszczęścia na Hioba i jego anonimowych, choć milion razy zwielokrotnionych następców. Dlaczego żyjemy w świecie Hioba, nie sielanki? Czy tylko przez grzech pierworodny prarodziców? Dlaczego Bóg nie zsyła anioła – jak obiecują oleodruki – by przeprowadził dziateczki ponad przepaścią? W czasach Jezusa wali się wieża w Silom, ginie osiemnastu ludzi, ale Nauczyciel uchyla się od odpowiedzi na oczywiste pytanie „dlaczego?”. Używa tylko katastrofy jako ostrzeżenia przed grzechem. Ten sam, który zmieniał wodę w wino, pomnażał chleb, uzdrawiał chorych, podniósł z martwych Łazarza. Dlaczego? Wkrótce sam pójdzie na krzyż; tutaj jest zapewne ślad odpowiedzi.

Można powtórzyć za Leibnizem, że Bóg – w ramach praw fizyki – i tak stworzył świat najlepszy z możliwych. Można – dalej myśląc po leibnizowsku – twierdzić, że nieszczęścia, katastrofy, rzezie i masowe cierpienia są niezbędne, by objawiła się wolna, niczym nieprzymuszona ludzka dobroć i nieobojętność. W świecie sielanki nie ma nic do roboty Miłosierny Samarytanin i też milionowa rzesza jego najczęściej bezimiennych następców. Można pocieszać się pokrętnością teodycei albo równie pokrętnymi rozważaniami o Opatrzności, która przecież nie objawia się tam, gdzie najoczywiściej powinna. Można i trzeba twierdzić, że On na pewno był z ratownikami, z tymi, którzy usiłowali – narażając własne życie – zapobiec albo choćby zmniejszyć skutki. Był z tymi, którzy ocalali Żydów z holokaustu, z tymi, którzy okazali choć trochę serca łagiernikom, z tymi, co wspinali się na płonące wieże World Trade Center. Ale okrutna obojętność Boża wobec bezmiaru niezawinionego cierpienia jest faktem, z którym nie umiemy i nie będziemy sobie umieli poradzić. Obojętność, która ma wymiary kosmiczne. Czy dlatego, że – jak pisze ks. Michał Heller w swoich rozważaniach kosmologicznych – „nie interesuje Go nic mniejszego od nieskończoności”?

Nieskwapliwość

Więc jak żyć: ofiarnie angażować się w każdy ludzki ból, protestować przeciw każdej śmierci, złorzeczyć sprawcom każdej katastrofy, bezsilnie wygrażać siłom przyrody? Nie zmieni to wyniośle obojętnego porządku świata, w który trwale wpisane jest cierpienie, porządku życia, które zawsze kończy się śmiercią. A nieraz i sprawiedliwość jest daremna: znalezienie i napiętnowanie sprawców, skazanie ich na cierpienie w więzieniu nie zmniejszy bólu ofiar. Skoncentrowanie na kwestii kary może tylko zmniejszyć naszą zdolność do świadczenia pomocy.

A może inaczej: „Bóg tak chciał” – jak powiadają bezsilnie bliscy ofiar. „Przecież z cierpienia musi wyniknąć jakieś dobro” – próbują się pocieszać. Nie jest to tylko mantra bezsilnych, przytulanka zranionych. Być może jest to jedna z ważniejszych zasad budujących świat, bo jeśli cierpienie nie zrodzi najmniejszego choćby dobra, jeżeli nie wywoła współczucia – powstałą pustkę chętnie zapełni zło. W wygrażaniu „gwiaździstemu niebu”, w poszukiwaniu wśród innych ludzi winnych zawalania się kolejnych „wież w Silom” łatwo przekroczyć granice, których przekroczyć nie wolno. Kto będzie szukał winnych, ten ich zawsze w końcu znajdzie i napiętnuje; nawet pozornych. Tu właśnie pojawia się inna „dobra obojętność”, a może po prostu stoicyzm wyrażający się w rezygnacji z wygrażania, poszukiwania winnych, a nawet z zadawania tak oczywistego pytania „dlaczego?”. „Nie płacz, nie przeklinaj: zrozum” – pisze stoik Seneka.

Jest piękne i mało znane słowo, które wprowadził kiedyś ksiądz Stefan Wyszyński, późniejszy prymas Polski, w małej i zapomnianej książeczce Duch pracy ludzkiej stanowiącej podsumowanie jego przedwojennych doświadczeń z pracy wśród robotników we Włocławku. Książeczka nie jest szczególnie warta odgrzebywania, napisana jest w duchu modnego przed wojną solidaryzmu, ale zafascynowało mnie słowo „nieskwapliwość” jako określenie jednej z cnót, jakie powinien posiadać człowiek. Nieskwapliwy nie tylko nie pobiegnie za nowymi modami lub trendami, nie da się nabrać na każdą telewizyjną błyskotkę, ale powstrzyma się od pochopnych opinii i złorzeczeń. Jeśli ma coś zrobić, pomyśli wprzód dwa razy, jest jednak gotów do pomocy w ramach środków, jakimi dysponuje. Słowo daje niechętnie, ale jak już da, to dotrzyma na pewno. Stroni od pochopności, nie obiecuje gruszek na wierzbie. W skórze polityka czy menedżera woli poczekać niż podjąć działania może efektowne, lecz daremne, a pewnie i szkodliwe. Nieskwapliwemu łatwo zarzucić obojętność, konserwatyzm, kunktatorstwo, ociężałość, „letniość”, a nawet lenistwo. Ale jeśli nasz sejm coraz to wpada w okresy legislacyjnej nadgorliwości i produkuje ustawę za ustawą, a wszystkie do chrzanu, to znaczy, że cierpi na niedobór posłów nieskwapliwych.

Oczywiście lenistwo jest jedną z twarzy obojętności. Przy tym jakże pociągającą. „Ten, kto nie robi nic, ma zawsze wielu pomocników” – pisze Lew Tołstoj i ma po stokroć rację. Nadaktywność z pozoru gorliwa, a pospieszna w poczynaniach i zgubna w skutkach jest jedną z chorób naszych czasów. Nieraz lepiej jest nic nie robić niż robić byle co i byle jak. Nie musimy nazywać tego obojętnością, zbyt jest skompromitowana. Może lepiej dystansem, umiarkowaniem, nieskwapliwością…

Obojętność Diogenesa, obojętność Buddy

Obojętność bywa nie tylko czasami użyteczna, ale ma swoich bohaterów. Diogenes z Synopy, wielki kontestator, najbardziej konsekwentny z cyników, uważał, że wszelkie pożądania na próżno angażują człowieka, a szczęście płynie z wyrzeczenia się pragnień i ograniczenia potrzeb. Gdy przy beczce – gdzie mędrzec zamieszkiwał – stanął Aleksander Wielki, zdobywca i władca całego ówczesnego świata, filozof poprosił tylko: „Panie, nie zasłaniaj mi słońca”.

Można powiedzieć, że postawa Diogenesa bliska była postawie starszego o parę pokoleń Buddy, którego nauk znać jednak nie mógł. Przecież „szlachetne prawdy” Buddy sprowadzają się do ograniczenia cierpienia przez wyrzeczenie się „ja” i wykorzenienie pragnień. Nie pragniesz – nie cierpisz. Buddyzm jest właśnie nieskwapliwy: zaleca przyjaźnie odnosić się do wszystkiego, co żyje, ale angażować się w cudze cierpienie tylko wtedy, gdy można rzeczywiście mu ulżyć. Inaczej zwiększa się tylko cierpienie własne. Lepsza jest wstrzemięźliwość od głupiej aktywności. Buddyzm w ogóle nie zajmuje się konstrukcją świata, nie istnieje w nim pojęcie Opatrzności, a już na pewno daleki jest od złorzeczenia ślepym mocom natury i wymykającym się spod ludzkiej kontroli siłom cywilizacji, nie interesuje go pytanie „dlaczego?” ani poszukiwanie winnych. Życzliwa obojętność wypisana jest na uśmiechniętej twarzy licznych na Dalekim Wschodzie posągów Oświeconego, ale nie wiadomo, czy to jest uśmiech szczęścia czy lekkiej ironii. Można powiedzieć, że buddysta jest „letni”, a chrześcijanin jest wezwany do tego, by być „gorącym”, ale potępić tej „letniości” nie sposób. Wbrew biblijnemu cytatowi.

W kulturze chrześcijańskiej istnieje podobny wątek, i to nie tylko w regule zakonów ślubujących ubóstwo, ograniczenie potrzeb i kontemplację. To obojętność na pokusy i mamidła świata, takie oderwanie od wszystkich rzeczy, stworzeń i doznań, aby żyjąc i dokonując wyboru, kierować się tylko wolą Bożą – w tej mierze  oczywiście, w jakiej potrafimy ją zrozumieć. Ten wątek widać nade wszystko w duchowości św. Ignacego Loyoli.

Co z tego dla nas, zwykłych ludzi, wynika? „Pragnienie jest połową życia, obojętność jest połową śmierci” – powiada Khalil Gibran; był Libańczykiem, a więc bliskim duchowości zarówno  Wschodu, jak Zachodu. Może dlatego dobrze rozumiał nieusuwalne, a tak bolesne rozdarcie między obojętnością a pragnieniem. „Wlec się spokojnie jak ślimak i zostawiać ślad ze skromnością, starannością i w gruncie rzeczy obojętnością, z cichą rozkoszą bezimienności” – pisał Emil Cioran. Może właśnie to jest istotą nieskwapliwości.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata