70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Doliczyłam się chyba z dziesięciu moich ojczyzn. Większość to te małe i to, co stanowi coś więcej niż ich sumę – to, o czym rzadko wypada mówić.

Trafiłyśmy się sobie

Starsza pani w lekko żółtych okularach. Za późno odkrywam je na tej twarzy – już nietaktownie zapytałam o numer autobusu do śródmieścia, bo ja rozkładu jazdy nie mogę odczytać. “Ja też nie” – mówi pani, która później okaże się Krystyną. Dwie stare, niedowidzące kobiety jadą razem autobusem prawie godzinę. Chwilę temu nie znały się w ogóle. Teraz mają sobie mnóstwo do powiedzenia. Szczerze, nic nie udając, jedna demonstruje drugiej – i nawzajem – co jeszcze można, czym się da cieszyć i wzbogacać, gdy się już nie może zwyczajnie czytać książek… Wystawy można oglądać dzięki pomocom optycznym, w które szczęśliwie wyposaża nas ta sama genialna terapeutka, nasza pani Grażyna, znająca się tak świetnie na ludziach, nie tylko na ich oczach, okularach i lupach. Krystyna propaguje Uniwersytet Trzeciego Wieku, ja – mój czytający głośno komputer. Rozmawiamy o chorobie, która odbiera nam sprawność siatkówki. “Znam kogoś, kto widzi dużo więcej niż ja – mówi Krystyna – ale ona siedzi w domu i czeka. Na co? Czasem daje się zaprowadzić do kościoła i na tym koniec”. Krystyna bierze udział w różnych wycieczkach krajowych i zagranicznych. Była na przykład w Izraelu. “Jak tam pięknie! My przecież widzimy świat”. “Tyle, że inaczej, bardziej impresjonistycznie” – dopowiadam za Ireną, malarką, też słabowidzącą, a jednak wciąż odnoszącą sukcesy.

Co jest aktualne

Myślę nad swoim życiem, nie nad światem w ogóle: na moim etapie, po siedemdziesiątce, ciągnie się za sobą ciężką sieć pełną tego i owego, co się wyłoniło z fal podczas długiego żeglowania. Flotsam, wśród którego mogą się kryć skarby… czy może ładunek pokutny, jak w filmie Misja.

Czy to dobre porównania? Może lepsze inne: mam taki wirtualny kufer, potężną skrzynię, w której składałam sobie ekwipunek na przyszłe okazje, na podróże tam i sam, w kierunkach dziś w znacznej mierze już skreślonych, zamkniętych, już dla mnie niedostępnych.

Dlaczego o tym piszę? Co to kogo obchodzi? Może rzeczywiście nie każdego da się zainteresować takim osobistym rozrachunkiem. A jednak jestem pewna, że ci, którzy również go dokonują, zechcą poczuć się mniej sami. Wiele da się porównać, może ktoś będzie mniej zrezygnowany pod wpływem mojego “sprawozdania” mówiącego, co przetrwało, a co nie.

Nie widzę już możliwości własnoręcznego uprawiania ogrodu, nawet niewielkiej grządki. Posadziłam dziś bratek w doniczce. Żółty bratek, z mojego ulubionego, pachnącego, gatunku. Dla dokładności reporterskiej: posadziłam aż dwa bratki, w dwóch doniczkach. Ten drugi jest żółto-fioletowy. Także pachnie, a wygląda jak coś leśnego, więcej ma w sobie pierwotności niż wielkokwiatowe cuda klombów.

Nadal podziwiam ogrody, ale z pewną melancholią, bo czując zapachy, widząc barwy wokół siebie, muszę włożyć sporo pracy w zajęcie odpowiedniej pozycji, wycelowanie lunetki tak, by stanąć oko w oko z konkretnym pstrym tulipanem. Z upodobania do ogrodów wiele mi zostało – różne gry wyobraźni, zabawa w ogrodnicze plany – ale możliwości bycia ogrodnikiem już nie mam.

Pewien kierunek zamknięty: już nie będę katechetką. Całe szczęście: mogę dalej być świadkiem tego, w co wierzę – piszę w swoim blogu “samorekolekcje” – ale to co innego. Katechetura to moim zdaniem pewnego rodzaju urząd kościelny. Ma się “misję”. Teraz nie aspiruję do tego. Jestem gdzie indziej, na jakiejś innej ścieżce. Nie chcę też być określana jako “publicystka katolicka” – to zbyt do katechetury podobne. A jednak pragnę, by moje wnuki chciały kiedyś rozmawiać ze mną o wierze.

Na razie jest tak, że dość często ktoś chce rozmawiać i przychodzi z takim tematem. Coś wtedy tłumaczę, ale nie z pozycji rzecznika wspólnoty. Natomiast do wspólnoty czasem próbuję przemawiać, nie z zewnątrz, lecz jako uczestnik – krytycznie, pytając, czasem prosząc, aby nie tak się działo, jak się dzieje.

Ekumenizm. Za rzadko teraz sięgam po to źródło inspiracji, orzeźwienia, pogłębienia wglądu w wiarę. Ale kierunek jest otwarty. Potrzebny czas, inicjatywy, okazje zagospodarowane, przez kogoś wskazane. Jak spotkania w kościele obok placu Unii Lubelskiej. Jak “Jednota” na stole.

Związki zawodowe. Mam przecież doświadczenie dość krótkie, ale intensywne, szkoleniowca powstającego związku “S”, uczestniczki nowohuckich strajków. Żal ścisnął mi serce, gdy młodzi ludzie zapytani, gdzie szukaliby pomocy w sytuacji konfliktu z pracodawcą, wymieniali nawet księdza proboszcza, ale o związku zawodowym w ogóle nie pomyśleli. To się chyba już zaczęło zmieniać – nareszcie. Byłam z wykładem w “białym miasteczku” protestujących pielęgniarek i poczułam się wśród nich od razu w pełni swojsko. Ale to tylko punktowe zetknięcie z tym, co się przede mną zamknęło w 1990 roku.

W podróż… Na jakąś zasadniczą, poważną wyprawę już nie wyruszę, choć trwa we mnie jeszcze jedno marzenie: Ziemia Święta. Czy jest szansa, bym tam była potrzebna? Bo zawsze podróżowałam na jakieś wezwanie, a nie tak sobie… Chociaż prawdą jest, że – jak mnie zapewniano na lotnisku we Frankfurcie – w dzisiejszych czasach właśnie seniorzy mogą i powinni spokojnie podróżować. Ale te wycieczki dla grup “trzeciego wieku” to coś innego niż to, co ja kiedyś uprawiałam. Autostopowe wędrówki z plecakiem już nie są praktykowane w niebezpiecznym XXI stuleciu. A moim nogom wystarcza teraz siły tylko na dźwiganie mnie bez bagażu.

Więc podróże – kierunek zamknięty? Myślę, że jednak niezupełnie. Mam w sobie moje podróże zapamiętane. Mogę odwracać ich kierunek. Wracać, gdzie byłam; do ludzi serdecznie pamiętanych. Gdy coś się gdzieś dzieje na kontynentach, których istnienie i realność sprawdziłam, mnie to obchodzi – budzi się przestraszona wyobraźnia: co tam z nimi? Mniejsza o to, że zniszczono coś, co pamiętam – ale ludzie, jak sobie z tym losem radzą? W końcu jest tak, że bardzo konkretnie obchodzi mnie cała planeta i może też planety inne, dalekie, te teraz odkrywane w innych układach. Więc wszystko otwarte. Podróżą może być wyjście nocą przed dom w Milenkowcach, nad którym Droga Mleczna i roje gwiazd.

Pamięć. Moje pamiętanie trwa. Czasem gubi mi się coś, najczęściej data, nazwisko. Kierunek nietracący aktualności, przy jakim trwam – pamiętać o ofiarach, szczególnie o tych, których istnienie miało być wymazane. W Polsce to przede wszystkim upamiętnianie obecności Żydów i Holokaustu. Zadanie ponad siły samych ocalałych Żydów. Prawie do końca wyrugowany świat żydowski w Polsce musi być pamiętany z udziałem Polaków, przez nas. Żyję w tym przekonaniu, więc chcę – jak tylko mogę – dalej przyczyniać się do istnienia i oddziaływania upamiętnień. Upamiętnienia z udziałem społeczeństwa polskiego muszą osiągać podstawowy poziom szczerości i prawdy. Dojrzewamy do uczestnictwa w żałobie. Wymaga to głębszego uświadomienia sobie, że najważniejsze jest wspólne człowieczeństwo.

A ponadto obiecałam pamiętać o zabitym w kieleckim pogromie Mojżeszu Morawcu, przechowując dedykowany jego pamięci egzemplarz Tory. To oznacza noszenie kamyka żałoby, udział w pokucie. Ta szansa mi pozostaje.

System opieki: tak to określam szerzej, wychodząc poza samą myśl o hospicjum i towarzyszeniu umierającym.

Gdy ktoś mnie pyta “skąd to się wzięło?” – wspominam księdza Heinricha Perę z ówczesnego NRD, młodego jeszcze pielęgniarza-felczera, który został katolickim kapłanem i dalej pracował wśród chronicznie chorych, głównie starców (jako specjalista od zabiegów urologicznych) i wśród umierających w latach siedemdziesiątych. Nowohucki zespół synodalny usłyszał od Heinricha, jak można i trzeba okazywać miłość chorym. Wiedziałam, o czym on mówi, dzięki przyjaźni z Ireną, dzięki jej książce o życiu w narzuconym przez chorobę bezruchu (Irena Kowalczyk, Poza granicą skargi, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974). Później dr Cicely Saunders przyniosła ideę hospicjum – na wzór jej placówki, Hospicjum św. Krzysztofa w Londynie. Myślałam swego czasu, że pięć lat wolontariatu na oddziale zakaźnym w Nowej Hucie – to już rozdział dla mnie zamknięty. Ale jednak nie – przecież później, opierając się na tym doświadczeniu, napisałam Ethos skutecznego współczucia i opublikowałam w czasopiśmie związanym z KUL: “Ethos” 1989, nr 6/7. I raz po raz kogoś odprowadzałam… bo zostałam do tego wybrana, jak niemal wczoraj, przez śp. Irenę J.

A nadto “Gazeta Wyborcza” właśnie teraz rozpoczęła akcję “Umierać po ludzku” (www.umieracpoludzku.pl). Może to oznaczać udział w czymś nowym – może bliższym rozwiązywaniu problemu nie dla jednej tylko osoby, lecz przez zmianę społeczną. Liczę, że taka zmiana i mnie się przysłuży, gdy nastanie pora.

Pisanie. Nie ma już pająka, jeśli przestanie prząść swoją nitkę. I ja też muszę pisać. Znalazłam nową możliwość: blog. Pomału buduję też świat, w którym ja autorka znikam sobie wśród postaci obdarzonych własnym życiem. Wiem, że nie będzie mnie, gdy przestanę być reporterem, gdy przestanę opowiadać świat, choćby tylko samej sobie, jak to robiłam, będąc dzieckiem.

Cóż to ja tu napisałam? Będę. Wszystko będzie we mnie wpisane, będzie się wpisywać, gdy już będę przebywać z Autorem wszystkiego.

Z dawnych tekstów

Jesteśmy z Gondwany [fragmenty]

Nie jestem z Wenus, nie jesteś z Marsa. Razem wywodzimy się z jednego żebra Adama, które w rękach Boga stało się Ewą. To jest cudowny, olśniewający mit, wspólne dziedzictwo religii abrahamicznych, jeden mit przeciw wszelkim podziałom, przeciw sortowaniu ludzi na godnych i niegodnych, by ich nosiła ziemia.

Ale już, prawie zaraz potem, wydarzyło się to z Kainem i Ablem. Syn Ewy wynalazł odpowiedź na pytanie o los brata: “Czy ja jestem jego stróżem?!”. Mit ostrzega przed tym wynalazkiem.

*

Wśród pęknięć, które wyliczył w swoim świątecznym wywiadzie dla “Gazety Wyborczej”, Ryszard Kapuściński wymienia rozwód Europy i Ameryki. Teraz Garton Ash potwierdza ten fakt własnymi celnymi spostrzeżeniami. Czytając ten świetny tekst, zaczynam podejrzewać, że nie naprawiliśmy pęknięcia Gondwany, że dryf kontynentów w przeciwnych kierunkach postępuje i daje się we znaki mimo tego wszystkiego, co zdawało się je łączyć. Ani transatlantyki, ani concorde, ani nawet SIEĆ szeroka jak świat nie zapewniły dość bliskiego kontaktu. Można jednak mieć nadzieję, że to wszystko jakoś pomaga pamiętać, że mamy wspólne mity, że jesteśmy z jednej Gondwany.

Chcę się bronić przed tym dryfem, który wbrew woli oddala mnie od Ameryki. Wracam do wspomnień, które dziś szczególnie dają mi do myślenia.

*

Scena niemal archetypalna. Wstrząs z powodu Ameryki przeżyłam, zanim w ogóle zdążyłam się tam znaleźć. W Genewie, w latach siedemdziesiątych, przy okazji jednej z pierwszych podróży ekumenicznych, w mieszkaniu Philipe’a Pottera, ówczesnego sekretarza generalnego Światowej Rady Kościołów, spotkało się kilku ewidentnie ważnych Amerykanów. Rozmawiają o jakimś niepokojącym wydarzeniu w Stanach. Wpływowi ludzie na liczących się stanowiskach zastanawiają się, co robić, jak zapobiec dalszym złym konsekwencjom owej sprawy. Teraz, po trzydziestu latach nie pamiętam, o co mogło wtedy konkretnie chodzić, ale wryła mi się w mózg powracająca jak refren konkluzja: “Nothing doing”. Ktoś nagle zauważył moją obecność i spytał: “A cóż ty o tym wszystkim myślisz?”. Miałam tylko jedną odpowiedź: “Stany chyba są podobniejsze do Polski Ludowej, niż myślałam. Bo u nas tego typu dyskusje też prowadzą do tego samego wniosku”. Na serio, na szerszą skalę, nie wierzyłam w to podobieństwo; to raczej rozmowy intelektualistów są wszędzie do siebie podobne. Może bezradni intelektualiści skolonizowali kiedyś Gondwanę, pochodząc z jakiejś wspólnej planety czy planetki? Gdy podzielił się prakontynent i gdy się jego podział na nowo silniej zaznacza, jednak nie całe plemię wątpiących i bezsilnie pytających zostało po lewej stronie szczeliny (patrząc ku równikowi).

*

To był początek. Później miałam poznać jeszcze wielu Amerykanów – ostro, radykalnie, bez pardonu krytykujących swój kraj. Głównie byli to młodzi. Nie bez trudności przyjeżdżali do Polski w ramach ekumenicznych programów “stażów na granicy” – na przykład po to, by uczyć angielskiego na obozach związanych z duszpasterstwem akademickim. Nasi pytali wtedy: “Dlaczego ci Amerykanie nienawidzą Ameryki?”. Ale to nie była nienawiść, raczej gniew, że kraj o takich możliwościach nie realizuje utopii i wcale nie zmierza w tym kierunku; żaden “dream” nie staje się rzeczywistością, chociaż marzenia oczywiście można tam swobodnie wyrażać (a nam w Polsce to prawo wtedy nie przysługiwało). Nie mieliśmy jednak poczucia, że oni, Amerykanie, są skądinąd, z diametralnie odmiennego świata. Nie byli nadmiernie dziwni, może z wyjątkiem pewnej pary młodych marksistów. Ci chcieli razem z nami studiować Marksa – świetny pomysł tak blisko Poronina, w Tischnerowskiej Łopusznej! – ten eksperyment nie mógł się udać. Duszpasterstwo akademickie w warunkach realnego socjalizmu nie stanowiło bazy odpowiedniej dla takiej nadbudowy. Ale nieporozumienie tego typu nie było specjalnością właśnie Amerykanów. Trafiali się nam także Niemcy, głównie z RFN, ale i z NRD, o podobnych egzotycznych zainteresowaniach.

Nie, to nie była amerykańskość, raczej jakieś szerzej spotykane zawężenie pola widzenia, specyficzny fundamentalizm wzbraniający słuchania innych, nakazujący trwanie przy swoim, niezależnie od wszelkich doświadczeń. Kometa Utopia posiała swój pył po całej Gondwanie.

My też nosiliśmy w sobie rozrzucony przez nią pył. Myśleliśmy, przynajmniej chwilami, że sama wolność daje wszystko. Dlaczego więc oni, Amerykanie, którzy wolność mają, nie są szczęśliwi i spokojni o swój kraj? Mówią nam w oczy, że nikt nie jest naprawdę wolny. Ich brak wolności jest inny niż nasz brak wolności, ale jest też brakiem. To już nas wściekało: jak w ogóle można to porównywać? O Jałcie nie słyszeli? Ani o Gułagu? A jeżeli ktoś, żyjąc w wolnym kraju, sam nie jest wolny, to pewnie sam jest sobie winien.

Przez Gondwanę biegła wtedy szczelina – zachodnią granicą NRD. Nie była nieprzekraczalna, ale stawała się coraz głębsza. My, z tej strony – lewej, patrząc w stronę równika – czuliśmy się światem ofiar, ofiar całkiem niewinnych lub ukaranych ponad miarę winy. Oni, ci z Zachodu, ci spośród nich na tyle niekonformistyczni, by wybrać się do nas, czuli się obciążeni odpowiedzialnością, może nie tyle za naszą ówczesną niedolę, ile za kolonializm, niewolnictwo, wytępienie Indian i los Aborygenów.

Aż tak daleka ucieczka? Nie, nie wszyscy uciekali – przecież razem z goszczącymi w Polsce bywaliśmy w Oświęcimiu. A Niemcy z Akcji Znaków Pokuty brali na siebie ciężar odpowiedzialności za zagładę Żydów i Cyganów. Wobec nas, wobec świata – odpowiedzialność za Hitlera i wojnę, ruiny i groby.

Potem razem z Anglikami i Holendrami przesiewaliśmy ruiny w Dreźnie. Coś w tym było z zabliźniania szczeliny. Ale ta szczelina wciąż istnieje, integracja Niemiec i Europy odbywa się ponad nią; po lewej stronie, patrząc w stronę równika, wciąż się powszechnie o szczelinie pamięta; trwa tu świadomość poniesionych krzywd. A po prawej? Może tam tak wiele poczucia winy naprawdę nie było, a nasi ekumeniczni partnerzy byli zupełnymi wyjątkami… A może to było, ale się zatarło, zostało zaliczone do przeszłości już obcej?

*

Doliczyłam się chyba z dziesięciu moich ojczyzn. Większość to te małe i to, co stanowi coś więcej niż ich sumę – to, o czym rzadko wypada mówić.

Wszystkie razem ojczyzny i kraje przybrane obejmuje ojczyzna planetarna. Czuję jej istnienie, bo miałam szczęście dotknąć pięciu kontynentów, każdy z nich niesie miejsca, do których wracam w myślach, i ludzi nieodwołalnie bliskich.

To jest ojczyzna najprawdziwsza, w duchu Dezyderaty – tu mam prawo być. Przez to, że jestem z Gondwany, nie mam lepszego prawa niż inni.

Wierzę, że mam jeszcze ponadto ojczyznę niewidzialną, pewną i wieczną, do której zmierzam. Ta ojczyzna obiecana nie odbiera rzeczywistości tutejszym krainom – ona daje im blask.

*

Nie wymieniłam jeszcze jednej z ojczyzn ziemskich, która też jest wciąż ważna; są chwile, gdy staje się najważniejsza. Właśnie teraz taką chwilę przeżywam. Otóż – na przekór historii XX wieku – przyszłam na świat i wychowałam się na Gondwanie i opuszczałam ją tylko na krótko, po to zresztą jedynie, by ją odrobinę reprezentować gdzieś tam, gdzie jest naprawdę inaczej, na przykład w Afryce. Nie jestem zresztą pewna, dokąd Gondwana naprawdę sięga, stare dwudziestowieczne mapy niejasno o tym świadczą. Pewne jednak było zawsze przyleganie Europy i Ameryki. Przez długi czas z Polski do Stanów, na zachodni kraniec Gondwany było prawie równie daleko (albo blisko) jak do Bonn czy Paryża. W moim odbiorze istotne pęknięcie Gondwany biegło wtedy przez Niemcy. Tu kończył się Drugi Świat, a zaczynał Pierwszy, nie zawsze tak było i mieliśmy poniekąd nadzieję, że kiedyś nastanie kolejna era, gdy to pęknięcie zniknie. Tak czy owak, pierwszy świat był jeden; Atlantyk stanowił nowe Mare Nostrum.

Coś niezwykle ważnego dzieje się teraz po drugiej stronie Mare Nostrum – Atlantyku. Odszedł Ryszard Kapuściński. Nie ma kto tak nasłuchiwać, nikt tego nie potrafi tak, jak on umiał. Ameryka jest groźna dla samej siebie. Jej zapaść może pogrążyć Gondwanę. Pozostaje mieć nadzieję, że ludzie tam, po prawej stronie, patrząc ku równikowi, nie będą powtarzać “nothing doing”. Mam wrażenie, że nie mówi tego Barack Obama; gdy to piszę – kandydat na kandydata do prezydentury. Kogo Amerykanie wybiorą? Słabo uczestniczymy w ich wyborach. Kiedyś było inaczej. Ale ja, jeśli o mnie chodzi, obecnie oficjalnie Europejka, nadal czuję swoje pochodzenie z Gondwany. Chciałabym bliskości z Ameryką. Ale innej niż ta, jaką rzekomo mamy osiągać przez implantowanie jej urządzeń wojskowych.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata