70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Groza i radość komunii świętej

Indywidualne poszukiwania wyznawców czy uelastycznianie rytów sakramentalnych rozwija się obok bądź w asyście gorliwego rytualizmu, „zakonserwowanego” religijnego tradycjonalizmu. Współczesna pobożność ludowa jawi się tym samym jako forma religijności zarówno zmienna, jak i trwała, jednostkowa, jak i wspólnotowa.

Badania prowadzone w ostatnich latach wśród podkarpackich katolików wykazały, że religijność ludowa wprawdzie nie zapomina o wartości sakramentów i towarzyszących im rytów, ale też nie zachowuje ich w statycznej formie.

W odniesieniu do sakramentu komunii świętej szczególnie istotną cezurą, zarówno historyczną, jak i świadomościową, wyznaczającą początek przemian eucharystycznych, jest Sobór Watykański II. Kościół, przez wieki uprawiając „teologię strachu”, silnie podkreślał dystans i przepaść między Stwórcą a zwykłym człowiekiem, niegodnym przyjmowania Ciała i Krwi Chrystusa. Zarówno rytm mszy, jak i praktyk liturgicznych, a nawet architektura kościoła, sugerowały, że Bóg przychodzi nie tylko „przez”, ale też „do” księży; od XII wieku aż do Soboru ksiądz stał tyłem do – trwożliwie obserwujących go z ciemności naw – ludzi, w ciszy odprawiając łacińską mszę, niezrozumiałą dla zgromadzonych w kościele wiernych.

Przeświadczenie, że zwykły śmiertelnik w swej małości i słabości niegodny jest przyjmowania komunii, pociągnęło za sobą przekonanie, iż należy przystępować do stołu Pańskiego jak najrzadziej, częsty sakrament bowiem, postrzegany jako „święte dla świętych”, przystoi tylko osobom wyjątkowym. Sam Kościół zresztą rzadko wzywał niegdyś wiernych do komunii częstszej niż doroczna. Współcześnie znacznie więcej osób, korzystając ze złagodzonych przepisów, przystępuje do komunii raz w miesiącu, co niedziela, a niekiedy nawet codziennie. Niemniej jednak, jak wynika z moich obserwacji podkarpackich katolików, wierni nie tylko częściej chodzą dziś do komunii, ale też przez dłuższy czas regularnie ją przyjmują. Tu pojawia się rozdźwięk: wielu wierzących częste i systematyczne przystępowanie do komunii odbiera jako znak spowszednienia rytuału, banalizację eucharystycznego zdarzenia, w którym masowość uniemożliwia właściwe przeżycie tajemnicy połączenia z Chrystusem. Wzrost częstotliwości komunikowania nierzadko wywołuje wśród wiernych irytację: „Mówię pani, jak stoję w kościele i jak tak widzę, że tam wszyscy idą w kolejce, a ja tak sobie myślę w duchu, no grzeszę w tym momencie, ale se myślę: sami święci idą”[1]. Ci, którzy są zwolennikami rzadszego przyjmowania sakramentu, skłaniają się do przyjmowania komunii raz, dwa razy do roku – na Wielkanoc, ewentualnie jeszcze przed Bożym Narodzeniem; jak tłumaczą, wynika to z obawy, żeby „za bardzo się nie narzucać Panu Bogu”[2].

W zarysowanej powyżej ambiwalentnej postawie, przejawiającej się z jednej strony w potrzebie jak najczęstszego przyjmowania komunii, a z drugiej – w niepokoju wywoływanym zmniejszeniem dystansu między sferą Boską i ludzką, widoczne są napięcia między nowym stylem praktyk i bagażem tradycyjnej świadomości religijnej. Tym, co powstrzymuje mieszkańców wsi przed częstym komunikowaniem, jest bowiem silne przekonanie, że warunkiem zjednoczenia z Bogiem jest bardzo rygorystyczne wypełnienie przedkomunijnych przygotowań: dokonanie głębokiego rachunku sumienia (kiedyś czytanego z książeczki, dziś odmawianego własnymi słowami), wzbudzenie w sobie żalu za grzechy, przystąpienie do spowiedzi. Zgodnie z kształtującymi ludową wrażliwość religijną wierzeniami nieodpowiednie wypełnienie tych zaleceń, a co za tym, przyjęcie Ciała przez nieoczyszczoną, „sczerniałą duszę”[3], rodzi nie tylko wyrzuty sumienia, ale może pociągnąć za sobą również kary Boże, które mogą spotkać świętokradcę jeszcze długo po popełnieniu przezeń wykroczenia, nawet po śmierci. Purystyczne wypełnienie przedsakramentalnych przygotowań odbierane jest jako gwarancja sakramentalnego ukojenia.

Lęk przed końcem, wizje przestrzeni pozaświatowych, a zarazem oczekiwanie końca jako naturalnej konsekwencji grzeszności człowieka zawsze wyznaczało granice ludowej czasoprzestrzeni. Dlatego też tak istotną rolę odgrywają ciągle w religijności ludowej wszelkie ryty końca – w wypadku komunii świętej jest to przyjęcie wiatyku. W tej intencji obchodzi się wśród mieszkańców Podkarpacia „dziewięć pierwszych piątków miesiąca”; towarzysząca im spowiedź i komunia stanowią formę apotropeion – gwarancję spokojnej śmierci, którą zawsze winno poprzedzić przyjęcie ostatniego sakramentu.

Wzajemne przenikanie się i koegzystencja dawnych i nowych form pobożności uwidaczniają się m.in. w samym sposobie mówienia o doświadczaniu sakramentu. O ile przedsoborowy Kościół katolicki niemal zupełnie pomijał aspekt Mszy świętej jako uczty, kładąc główny nacisk na ofiarniczy charakter eucharystii, o tyle współczesny Kościół mocno akcentuje ów pierwszy element. Wierni mówią dziś zatem o komunii jako przynoszącym radość „pokarmie duchowym” czy „pokarmie wiary”, jednocześnie jednak ciągle pielęgnują podnoszony niegdyś przez księży zakaz gryzienia komunijnego opłatka: „Bo to jest Ciało Chrystusa i nie wolno go rozerwać w strzępki, żeby to były strzępki, tylko to musi być całość”[4]. Do tej pory też, mimo wprowadzenia w drugiej połowie XX wieku nowych przepisów kościelnych skracających wymagany czas przedkomunijnego postu do jednej godziny, znaczna większość podkarpackich katolików chodzi do komunii na czczo, przestrzegając długiego, nie zaś godzinnego postu. Przywiązanie do dawnego sposobu przygotowania do komunii wierni uzasadniają szacunkiem dla świętych postaci, inną jakością doznania.

Podobne zjawisko uwidacznia się w dyskusji na temat nowych form komunikowania. Panująca obecnie stosunkowa dowolność pozycji, w jakiej przyjmuje się sakrament, ukazuje elastyczność rytu i akcentuje indywidualny charakter spotkania z Bogiem. Możliwość przyjmowania komunii w postawie stojącej nie budzi żadnych kontrowersji, pojawiają się one natomiast w odniesieniu do nowych form komunii świętej, m.in. przyjmowania Ciała i Krwi Chrystusa pod dwiema postaciami. Reprezentatywna jest tu wypowiedź jednej z informatorek: „Ja to myślę mimo wszystko, że to jest alkohol. Mimo że wiem, że to już jest Krew, to posmak to nie jest taki, to posmak wina. I ja nigdy nie idę do tego”[5]. Niechęć mieszkańców wsi budzi również praktyka przyjmowania Najświętszego Sakramentu do ręki lub też rozdzielanie go przez osoby świeckie; podobnie jak w wypadku nieprzestrzegania postu w zmianie form rozdzielania sakramentu widzą oni umniejszenie szacunku dla prawdziwego Ciała Chrystusa.

Mimo odczuwanej przez wiernych pokory i uniżenia wobec sakramentalnych postaci, sam moment przyjęcia komunii wolny jest dziś od niegdysiejszego poczucia grozy. Bóg miłujący człowieka, oczekujący nań przy jednym stole, przez długi czas był niemal zupełnie nieobecny w ludowej wyobraźni religijnej; dziś spotkanie z Bogiem okazuje się niezwykle wzruszającym, wytęsknionym, radosnym połączeniem. Respondentki wyznają: „Ja nie mogę się doczekać przed pójściem do komunii świętej. (…) Jezu, jakbym leciała, jak idę do tej spowiedzi czy komunii. O, jak mi lżej[6]”; „Tak jak ten ojciec Pio, to ja podobnie to przeżywam”[7]; „Bóg przychodzi do takiej marnej istoty, do takiej kruszynki, do takiego piachu, prochu. To zestawienie boskości z moją osobą jest wzruszające”[8]. Ów intymny charakter komunijnego połączenia znajduje swoje przedłużenie w innym typie sakramentalnego kontaktu z Ciałem Bożym – w tradycji adoracji, która stanowi swoistą formę substytutu eucharystycznego. Nabożne przyglądanie się Ciału i Krwi Chrystusa (wystawianie Najświętszego Sakramentu, procesje eucharystyczne, nabożeństwa czterdziestogodzinne, godziny święte, adoracje wieczyste i uroczyste obchody świąt Bożego Ciała) ciągle stanowi niezwykle ważny element katolickich praktyk religijnych. Stąd też mimo powtarzanych przez Kościół nauk, zgodnie z którymi to ołtarz – ze względu na uobecniającą się na nim ofiarę Chrystusa – jest centrum świątyni i to jemu przede wszystkim należy oddawać cześć[9], dla wiernych to tabernakulum zajmuje w przestrzeni kościoła dominującą pozycję: to jemu oddawany jest najwyższy hołd, to przed nim wierni przy wejściu do kościoła oddają pokłon. Owa zauważalna również we współczesnej religijności ludowej waga przydawana „naocznemu” obcowaniu z Bogiem, nabożne karmienie się wzrokiem, wiąże się z – jak określa to Tokarska-Bakir – ludową wiarą w „wyzwolenie przez zmysły”, a zatem charakterystyczną dla przedstawicieli kultury tradycyjnej wiarą w soteriologiczny charakter samego patrzenia na święte postacie[10].

Ci rozmówcy, którzy pamiętają czasy liturgii w języku łacińskim, mówiąc o przyczynach zachodzących przemian w zakresie rytu eucharystycznego, podkreślają wagę wprowadzenia mszy w języku narodowym, a przez to – zmianę charakteru uczestnictwa w nabożeństwie: od biernego przysłuchiwania się mszy odprawianej przez kapłana do aktywnego uczestnictwa w religijnym misterium. Posoborowe wyjście Kościoła do wiernych i przeprowadzona przezeń misja ewangelizacyjna znacznie zwiększyły poziom świadomości religijnej wiernych, a edukacja religijna zmieniła stosunek wyznawców do rzeczywistości sakralnej: niegdyś odległej, groźnej, dziś coraz bliższej, łagodniejszej, bardziej miłosiernej. Zmiany w normach kościelnych przyniosły ze sobą nowe formy zachowań religijnych. Dawniej wiara w Boga i przestrzeganie praktyk religijnych były podstawą codziennej, zbiorowej moralności; w tym kontekście nakazy i przepisy kościelne, takie jak chodzenie do kościoła, przystępowanie do komunii czy spowiedzi, miały silny wydźwięk etyczny. Dzisiejsza religijność zmienia jednak swe oblicze; rozluźnieniu ulega bezpośredni związek między pobożnością i poczuciem kolektywnej powinności. Obowiązek religijny zastępuje duchowa potrzeba spotkania z Bogiem, obligatoryjnie zaś obowiązujące normy ustępują indywidualnej woli uczestniczenia. Czytana z książeczki modlitwa ustępuje miejsca prywatnej refleksji, osobistemu namysłowi czy nawet medytacji, a indywidualne przeżycie religijne zyskuje wartość szczególną, równą niemalże dogmatowi wiary. Jednocześnie „starzy bogowie nie umierają w walce z nowymi bogami”[11], elementy tradycji i świata przeszłego nie zanikają; indywidualne poszukiwania wyznawców czy uelastycznianie rytów sakramentalnych rozwija się obok bądź w asyście gorliwego rytualizmu, „zakonserwowanego” religijnego tradycjonalizmu. Współczesna pobożność ludowa jawi się tym samym jako forma religijności zarówno zmienna, jak i trwała, jednostkowa, jak i wspólnotowa.

 


[1] Kobieta, 63 lata, wykształcenie średnie, Grabownica, woj. podkarpackie, wywiad z dnia 18.04.2004.

[2] Mężczyzna, 65 lat, wykształcenie podstawowe, Jaćmierz Przedmieście, woj. podkarpackie, wywiad z dnia 21.06.2004.

[3] Kobieta, 75 lat, wykształcenie podstawowe, Niebocko, woj. podkarpackie, wywiad z dnia 22.06.2004.

[4] Mężczyna, 70 lat, Humniska, woj. podkarpackie, wywiad z dnia 25.06.2004.

[5] Kobieta, 62 lata, wykształcenie średnie, Grabownica, woj. podkarpackie, wywiad z dnia 22.06.2004.

[6] Kobieta, 62 lata, wykształcenie średnie, Grabownica, woj. podkarpackie, wywiad z dnia 22.06.2004.

[7] Kobieta, 75 lat, wykształcenie podstawowe, Niebocko, woj. podkarpackie, wywiad z dnia 22.06.2004.

[8] Kobieta, 73 lata, wykształcenie średnie, Jaćmierz, woj. podkarpackie, wywiad z dnia 23.06.2004.

[9] W. Głowa, Eucharystia. Msza święta i kult tajemnicy eucharystycznej poza Mszą świętą, Przemyśl 1997.

[10] J. Tokarska-Bakir, Wyzwolenie przez zmysły: naiwny sensualizm, docta ignorantia, [w:] tejże: Wyzwolenie przez zmysły. Tybetańskie koncepcje soteriologiczne, Warszawa 1997, s. 21-51.

[11] T. Crippen, Old and New Gods in the Modern World: Toward a Theory of Religious Transformation, „Social Forces” 1988, nr 2 (67), s. 333.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata