70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Europa w nowym rozdaniu

 Swoisty renesans separatyzmu w Europie, którego jesteśmy świadkami, do rozważań nad wartościami suwerenności i samostanowienia skłania przede wszystkim filozofów polityki. Do udziału w naszej ankiecie zaprosiliśmy jednak „praktyków”: naukowców, analityków i dziennikarzy – znawców tych regionów Europy, które coraz głośniej domagają się niezależności. Zapytaliśmy ich, jakie konsekwencje w stosunkach międzynarodowych przyniesie ze sobą niepodległość Kosowa. Czy prawo do samostanowienia powinno mieć pierwszeństwo wobec suwerenności państw? A także o to, jaki kształt powinna w takiej sytuacji przybrać integracyjna polityka Unii Europejskiej.

Marcin Marcinko

Nowa hierarchia wartości?

Zasada suwerenności w prawie międzynarodowym oznacza niezależność państwa od jakichkolwiek czynników zewnętrznych oraz jego samodzielność w regulowaniu spraw wewnętrznych. Jako pojęcie prawne, o którym mowa m.in. w Karcie Narodów Zjednoczonych i „Deklaracji zasad prawa międzynarodowego” z 1970 roku, suwerenność jest odpowiednikiem politycznego pojęcia niepodległości. Granicą wykonywania władzy suwerennej jest poszanowanie suwerenności innych państw, jak również przyjęte przez dane państwo normy prawnomiędzynarodowe.

Częścią ogólnej koncepcji suwerenności jest zasada integralności terytorialnej, która stoi na straży terytorialnych ram niepodległych państw. Wydaje się więc, iż zasada samostanowienia, wyrażona w „Deklaracji o przyznaniu niepodległości krajom i ludom kolonialnym” z 1960 roku oraz w Paktach Praw Człowieka z roku 1966, nadając prawo wszystkim narodom do uzyskania niepodległości, musi być sprzeczna z prawną koncepcją suwerenności. Jednak prawo do samostanowienia nie może być wykorzystywane jako instrument prawny dla podziału suwerennych państw. Wspomniana wyżej deklaracja zasad wyraźnie zakazuje powoływania się na zasadę samostanowienia, gdy prowadzi to do rozbicia lub naruszenia, w całości lub w części, integralności terytorialnej lub jedności politycznej suwerennych i niepodległych państw. Tym samym prawo do samostanowienia nie może przysługiwać mniejszościom narodowym ani nie uzasadnia prawa do secesji. Zasadę samostanowienia należy więc traktować jako podporządkowaną zasadzie integralności terytorialnej. Suwerenność byłaby zatem wartością nadrzędną nad samostanowieniem.

Niewykluczone jednak, że kazus Kosowa będzie miał istotny wkład w ewolucję zasady samostanowienia, tak że będzie się ona odnosiła w różny sposób także do przypadków secesji na obszarze państw suwerennych. Proces dekolonizacji został bowiem zakończony, nie ma też terytoriów niepodlegających niczyjej jurysdykcji (terrae nullius), na których mogłyby powstać nowe państwa. Do powstania nowych państw może dojść zatem jedynie w wyniku podziału lub likwidacji państw już istniejących. Różnorodne ruchy separatystyczne, również w Europie, mogą domagać się coraz szerszej niezależności, co w skrajnych przypadkach może doprowadzić do konfrontacji zbrojnej. Co gorsza, ocena słuszności dążeń separatystycznych nie jest łatwa, brak bowiem w prawie międzynarodowym jasnych i jednoznacznych norm określających, jakie ludy czy narody mogą być podmiotami prawa do samostanowienia. Można jednak w tym względzie kierować się przesłankami obiektywnymi, takimi jak język, historia, tradycje, religia, kultura, a także przesłanką subiektywną, jaką jest dążenie do zachowania tożsamości. Poza tym, wspomniane ludy i narody powinny zamieszkiwać określone terytorium i stanowić na nim ludność dominującą. Warto przy okazji przypomnieć, że w 1991 roku Wspólnota Europejska przyjęła wytyczne w sprawie uznania nowych państw w Europie Wschodniej i Związku Radzieckim. Przypisując szczególną rolę zasadzie samostanowienia, wytyczne były wyrazem wspólnego stanowiska członków WE dotyczącego procesu uznawania nowych państw. W wytycznych odwołano się do obiektywnych warunków uznania, podkreślając potrzebę przestrzegania zasad prawa, demokracji, praw człowieka i zwracając szczególną uwagę na wymogi odnoszące się do zagwarantowania praw mniejszościom. Moim zdaniem lepszym rozwiązaniem dla Europy jest odwoływanie się do dobrych, sprawdzonych wzorców z przeszłości niż kierowanie się w swoich osądach wymogami polityki realnej.


Dominika Ćosić

„Wiosna ludów” na Bałkanach

Proklamowanie niepodległości przez Kosowo, jak sądzę, zaowocuje na Bałkanach wzmocnieniem nastrojów nacjonalistycznych, a w dalszej perspektywie – „efektem domina”. Reakcja na secesję Kosowa będzie dwojaka: z jednej strony inne regiony zyskają argument koronny, który może je zachęcić do secesji, z drugiej strony, w państwach zagrożonych rozpadem wzmocnią się ugrupowania nacjonalistyczne. Pierwszy efekt już widać w Serbii: jest nim znaczny wzrost popularności Serbskiej Partii Radykalnej. To zarówno przejaw niezgody na oderwanie Kosowa, jak i reakcja społeczeństwa na lęk przed dalszą parcelacją Serbii, w której zresztą ciągle panuje niestabilna sytuacja. Najgorzej jest w Dolinie Preszewskiej na południu kraju: w regionie tym, zamieszkiwanym przez mniejszość albańską, od prawie 10 lat działa tzw. Wyzwoleńcza Armia Preszewa i Bujanowca. Do starć między jej bojówkami a serbską policją dochodzi regularnie, podobnie jak do porwań i zabójstw serbskich mieszkańców. Niemal równie napięta sytuacja panuje w Republice Serbskiej w Bośni, która domaga się całkowitego przecięcia więzów łączących ją z resztą kraju. W obu wypadkach miejscowi politycy powołują się na przykład Kosowa. Potencjalnym punktem zapalnym jest wciąż zachodnia Macedonia, zdominowana przez Albańczyków. W 2001 roku doszło tam do powstania zakończonego porozumieniem i przyznaniem im większej władzy. Ich oczekiwania są jednak coraz większe. Można jeszcze podać – oczywiście przy zachowaniu proporcji – przykład serbskich prowincji: Sandżaku i Wojwodiny. Proklamowanie niepodległości przez Kosowo otwiera puszkę Pandory…

Była Jugosławia jest jeszcze ciągle na etapie „wiosny ludów” – kolejne grupy etniczne upominają się o prawo do samostanowienia. Nie negując tego prawa, mam duże obawy związane z jego realizacją. O ile Chorwaci czy Słoweńcy byli w stanie zbudować struktury demokratycznego państwa, o tyle na przykład Albańczycy z Kosowa mogą mieć z tym problem. To społeczeństwo nie jest jeszcze wystarczająco dojrzałe do wzięcia na siebie pełnej odpowiedzialności i władzy. Jego struktura społeczna do tej pory opiera się na więziach klanowych, a lata komunizmu oduczyły obywateli poczucia odpowiedzialności za państwo. Takie dziedzictwo czyni kosowskich Albańczyków niezdolnymi do funkcjonowania we własnym, samodzielnym państwie. W przypadku niektórych państw bałkańskich największy problem polega na utożsamianiu samostanowienia z samowolą oraz pojmowania suwerenności jako całkowitej niezależności od wszystkich – czego efektem jest nieumiejętność współpracy z instytucjami międzynarodowymi i krajami ościennymi.

Politycy Unii Europejskiej powtarzają przy każdej okazji, że kazus Kosowa jest wyjątkowy i inne dążące do autonomii regiony nie mogą liczyć na podobne traktowanie. Bruksela powinna jednak jeszcze dobitniej podkreślić, że nie chce dalszych podziałów i że poszczególne państwa (na przykład Macedonia czy Serbia) mają szansę na wstąpienie do Unii tylko w dotychczasowym kształcie. Macedońscy Albańczycy – podobnie jak Serbowie z Republiki Serbskiej – jeśli chcą w przyszłości być obywatelami wspólnoty, powinni zrezygnować z marzeń o secesji. Jednocześnie Unia powinna być jednomyślna. W przypadku następnych secesji kraje członkowskie powinny wstrzymać się z uznawaniem nowych państw.

Niestety, politycy nie wyciągają wniosków z własnych błędów – przypomnijmy, że w 1991 roku, gdyby Niemcy wstrzymały się z uznaniem niepodległości Chorwacji (do której, swoją drogą, miała absolutne prawo) do czasu zagwarantowania praw mieszkającym tam Serbom. Siedemnaście lat później Berlin pospieszył się w przypadku Kosowa. Obawiam się, że skutki tej pochopnej decyzji mogą być dla nas wszystkich niekorzystne. Unia Europejska dysponuje przecież potężnym narzędziem, jakim jest perspektywa członkostwa i dostęp do funduszy – powinna z niego korzystać.

Unia wcale nie wydaje się być remedium na tendencje separatystyczne; wystarczy spojrzeć na sytuację w Belgii, jednym z państw założycielskich wspólnoty. Animozje walońsko-flamandzkie, zamiast słabnąć, są z czasem coraz silniejsze. Można też podać przykłady Hiszpanii i Wielkiej Brytanii. Ruchy nacjonalistyczne są często reakcją na lęk przed utratą tożsamości i odrębności. I tu upatruję niebezpieczeństwa, związanego z realizowaniem idei m.in. byłego premiera Belgii Guya Verhofstadta – powstaniem Stanów Zjednoczonych Europy. Zbyt mocno propagowana idea zunifikowanej Europy może tylko doprowadzić do wzrostu nacjonalizmów. Zdarza się, że porównuję Unię Europejską z byłą Jugosławią (toutes proportions gardées). W wypadku Jugosławii jednym z czynników, który wyzwolił nacjonalizmy, był zbyt mocno propagowany kosmopolityzm oraz zacieranie różnic narodowościowych i religijnych. Jednak po okresie dominacji nacjonalizmów, tendencji separatystycznych i tworzenia nowych granic nadchodzi etap ponownego jednoczenia. Byłe republiki jugosłowiańskie myślą teraz o zacieśnianiu współpracy gospodarczej. Europa, jeśli nie chce tworzyć nowych wewnętrznych granic, powinna się skupić na wzmacnianiu wartości, które nas łączą: dziedzictwa cywilizacji judeochrześcijańskiej.


Maciej Czerwiński

Państwa byłej Jugosławii – nieuchronność „logiki grupy”

W samej tylko byłej Jugosławii jest kilka miejsc, dla których przypadek Kosowa może być bodźcem do podjęcia działań secesyjnych: Bośnia i Hercegowina (dwie jednostki „federalne”, trzy narody „konstytucyjne”: Boszniacy, Chorwaci, Serbowie), Macedonia (dwa narody lub naród „większościowy” i „mniejszościowy”: Macedończycy, Albańczycy), Czarnogóra (Czarnogórcy, Serbowie, Albańczycy), Serbia (w Sandżaku: muzułmanie; w Wojwodinie: Serbowie, Węgrzy, Chorwaci i wiele innych nacji), Chorwacja (Chorwaci i powracający Serbowie; Włosi na Istrii). Ponadto, inaczej niż w przypadku Kosowa, brak tu jakichkolwiek granic, co – w razie pretensji do autonomii – mogłoby prowadzić do następujących po sobie roszczeń terytorialnych.

Jeśli rozważamy powstawanie nowych państw, to musimy mieć na uwadze, że obie przeciwstawiane sobie kategorie, czyli istniejąca już suwerenność państwowa i prawo do samostanowienia grup nieposiadających (jeszcze) własnego państwa, wypływają z kolektywistycznego ujmowania rzeczywistości i na korzyść obu z nich, używając odpowiednio skonstruowanego języka pojęciowego, możemy znaleźć równie dobre uzasadnienie. Przeto obie strony sporu dysponują zawsze całym archiwum „dowodów” i „faktów historycznych”, które niezbicie potwierdzają ich punkt widzenia. Zatem rozstrzyganie tego dylematu na gruncie quasi-epistemologii wydaje mi się bezproduktywne. Ów problem można by jednak przenieść na poziom aksjologiczny. Wówczas – nie oszukując słuchaczy naszego wywodu subiektywnie dobranymi faktami historycznymi – możemy sprawy postawić w następujący sposób. Otóż, wbrew oczekiwaniom niektórych ideologii o nachyleniu skrajnie indywidualistycznym, tożsamości grupowe, a przeto i same grupy społeczne – czy się to komuś podoba, czy nie – są tworami, które strukturyzują nasze myślenie o świecie, naszą wiedzę i naszą percepcję rzeczywistości. Zatem rodziny, narody, klasy i inne grupy – niezależnie, czy ujmujemy je w kategoriach organicznych, czy konstruktywistycznych – są faktem. A skoro tak jest, a więc skoro to „logika grupy” narzuca  światu swoje porządki; skoro z jakiegoś powodu grupy chcą być (i pozostać) grupami, to pojawia się zasadnicze pytanie: dlaczego w takim razie jedne grupy mają mieć prawo do samostanowienia, inne zaś mają być takiego prawa pozbawione? Bo niby dlaczego – pójdźmy tym tropem – jedna grupa ma wiedzieć lepiej, czym jest druga (jaką ma – jeśli już chcemy tak sprawę postawić – tożsamość) i co jest dla niej dobre? Często w tym kontekście, a tak właśnie było w wypadku Kosowa, obrońcy porządku zastanego powołują się na historię i na tradycję (tzw. prawo historyczne) jednej grupy – tej „starej” – i brak tradycji grupy „nowej”. Trudno mi, choćby z przyczyn etycznych, ich stanowisko zaakceptować, albowiem niektóre grupy, w tym narody, „rodzą się” czy „dojrzewają” wcześniej, inne zaś – później.

Naszkicowane powyżej idealistyczne ujęcie prawa do samostanowienia napotyka jednak na problem innego rodzaju i w tym właśnie miejscu, być może, szukałbym argumentu przeciwko temu prawu. Polityka międzynarodowa, a także wszelkie instytucje strzegące porządku międzynarodowego – co mieliśmy okazję wielokrotnie oglądać – są żenująco nieskuteczne w rozwiązywaniu nawet najbardziej prostych spraw. Można zatem przypuszczać, że nie potrafiłyby sobie poradzić z coraz to nowymi roszczeniami państwowotwórczymi, zwłaszcza zaś wtedy, gdy roszczenia te sformułowane by były w tym samym czasie. Obawiam się więc, choć oczywiście pewności nie mam, że taka sytuacja mogłoby doprowadzić do trudno wyobrażalnego chaosu. Istniejące państwa, jakie by one nie były, dają względne poczucie porządku i są gwarantem jego utrzymania.

Co się zaś granic tyczy, to przekonywałbym, ażeby tożsamości grupowe, czy ściślej: systemy ideologiczne te tożsamości konstytuujące, ujmować w kategoriach raczej dynamicznych niźli w kategoriach statycznych. Tożsamość indywidualną z kolei należałoby uznać za wypadkową wielu różnych tożsamości kolektywnych. Z tego już choćby powodu nie można chyba znoszenia granic w Unii Europejskiej ujmować w kategoriach eliminacji którejkolwiek z tożsamości, w tym wypadku – eliminacji tożsamości narodowej. Wydaje mi się zatem, że ponadnarodową politykę Unii Europejskiej należy uznać za projekt tożsamości uzupełniającej, nie zaś alternatywnej. Tak jak tożsamość lokalna współistnieje z tożsamością narodową (i z wieloma innymi tożsamościami), tak tożsamość europejska może istnieć „wzdłuż” tych już istniejących. Stąd ewentualne nowe podziały w Europie, które zawsze pociągają za sobą budowanie „nowych” granic, wcale nie muszą oznaczać – jak się to często przedstawia – odrzucenia projektu tożsamości europejskiej. W pewnym więc sensie są one do pogodzenia. Oczywiście przy założeniu, że nowy byt polityczny powstaje w porozumienia stron, zaś ewentualny konflikt nie ma charakteru militarnego. Każda wojna na długie lata zamyka możliwość integracji (nie mówiąc już kwestii najważniejszej, czyli o ofiarach ludzkich). Stąd wydaje mi się konieczne, aby Unia Europejska wypracowała jakiś model reagowania – nie tylko politycznego, ale także porządkowego czy militarnego (w pewnym sensie i z pewnymi zastrzeżeniami sprawdził się on, przy sporym udziale NATO, w Macedonii).


Roman Wieruszewski

Bośnia – Jedyną szansą integracja europejska

Zjawiska, których dotyczą postawione w ankiecie pytania, podlegają stałej ewolucji. Rozwój wydarzeń na Bałkanach zależy nie tylko od czynników lokalnych, ale przede wszystkim od polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych po tegorocznych wyborach prezydenckich, sytuacji w Unii Europejskiej po wejściu w życie Traktatu Lizbońskiego i polityki nowych władz Federacji Rosyjskiej.

Jestem zdania, że nie powinno się przeciwstawiać suwerenności zasadzie samostanowienia. Obie te wartości powinny być szanowane i przestrzegane. Obrona suwerenności nie może być pretekstem do łamania podstawowych praw człowieka. W Kosowie mieliśmy do czynienia z sytuacją utraty przez Serbię kontroli nad tym terytorium w wyniku oddziaływania wielu różnych czynników. Bezpośredni wpływ miała niewątpliwie polityka reżimu Miloszewicia, a zwłaszcza brutalne łamanie praw człowieka w Kosowie, o którym w swoich raportach dla ONZ pisał Tadeusz Mazowiecki. Trzeba również pamiętać o ciągnącej się od dziesięcioleci degradacji ekonomicznej tego regionu i wpływie procesów demograficznych. Osobiście jestem zwolennikiem takich rozwiązań, które przynoszą poprawę stanu przestrzegania praw człowieka wśród ludności na danym terenie oraz jasno wskazują podmioty odpowiedzialne za ów stan. Niepodległość Kosowa oznacza, że to władze lokalne, a nie enigmatyczna „społeczność międzynarodowa”, będą zobowiązane do ochrony praw człowieka, w tym także praw mniejszości narodowych i etnicznych. Utrzymywanie fikcji – a taką fikcją była przynależność Kosowa do Serbii – jest bardzo kosztowne i do niczego nie prowadzi.

Oczywiście, w znacznym stopniu fikcją jest również istnienie Bośni i Hercegowiny jako jednego państwa. Kazus Kosowa na pewno wpłynie na nasilenie dążeń Republiki Serbskiej w Bośni do przyłączenia się do Serbii. W Bośni de facto nadal funkcjonuje dość ścisły podział na etniczne sfery wpływów. Wydaje się, że stan obecny będzie trudno utrzymywać.  Nie wiem też ile społeczność międzynarodową kosztuje przedłużanie obecności wojskowej, policyjnej i cywilnej w tym regionie. Ów swoisty protektorat, który funkcjonuje w Bośni od czasu zawarcia w 1995 roku pokoju w Dayton, nie przyczynił się do zaniku podziałów etnicznych. Kraj jest pogrążony w kryzysie gospodarczym, panuje ogromne, sięgające 40 procent, bezrobocie, kwitnie przestępczość zorganizowana.

Jedyną szansą na zapobieżenie eskalacji działań dezintegrujących – a oprócz Bośni dotyczy to również Macedonii i niektórych rejonów w Serbii (Sandżak, Wojwodina) – jest aktywniejsza niż dotąd polityka integracji z Unią Europejską. Innymi słowy: „marchewka”. Jaki kształt winna przybrać?  Przede wszystkim należy otworzyć granice Unii dla mieszkańców regionu, przełamać poczucie izolacji i życia w „oblężonej twierdzy”. Celem szczególnej troski musi być młodzież. Znosząc granice wewnętrzne, Unia nie może otaczać się murem ochronnym, zwłaszcza takim, który oddzieliłby ją od innych narodów europejskich.  Wraz z powstawaniem nowych państw na Bałkanach tworzą się nowe granice i podziały. Nie należy się jednak ich obawiać. Jestem przekonany, że mogą one zniknąć właśnie dzięki polityce Unii.  Znamiennym przykładem są Czechy i Słowacja. Po rozpadzie tego państwa powstała granica, przez niektórych chwalona jako symbol niezależności i odrębności. Dla wielu była jednak symbolem dramatu podziału bliskich sobie ludzi. Teraz, w Unii Europejskiej, granica ta ponownie zniknęła. Jedyną szansą dla Bałkanów jest więc szybka i kompleksowa integracja z Unią Europejską. Leży ona również w najlepiej pojętym interesie wszystkich państw naszego kontynentu.


Jan Piekło

Kaukaz – Rosja użyje przykładu Kosowa

Samostanowienie winno być wartością nadrzędną ale tylko pod pewnymi warunkami gwarantującymi przestrzeganie praw człowieka, mniejszości etnicznych i religijnych oraz reguł demokracji. Te warunki są trudne do spełnienia w sytuacji politycznej południowego Kaukazu.

Rosja, która jest przeciwna niepodległości Kosowa, będzie używała jego przykładu do umocnienia własnych wpływów na Kaukazie, szantażując Zachód możliwym poparciem dla separatystycznych republik, które kontroluje na terytorium Gruzji: Osetii Południowej i Abchazji. To samo dotyczy samozwańczej Republiki Naddniestrzańskiej znajdującej się w granicach Mołdawii. Owe „zamrożone konflikty” stanowią taktyczny element szerszej polityki zagranicznej Kremla, mogący skutecznie zdestabilizować sytuację w danym regionie. Należy podkreślić, że Rosja nie ma żadnego pomysłu na rozwiązanie tych konfliktów: służą jej one wyłącznie jako sposób na zabezpieczenie swoich interesów.

Moskwa otwarcie popiera wygodne dla jej neoimperialnych interesów tendencje separatystyczne (Południowa Osetia, Abchazja, Nadniestrze, Górny Karabach). Stany Zjednoczone, próbując neutralizować wpływy Rosji, a także mając na względzie własne interesy polityczne i gospodarcze (dostęp do kaspijskiej ropy), wspierają z kolei reżimy w Tbilisi i Baku. Unia Europejska – poza deklaracjami poparcia dla sił demokratycznych w regionie – nie określiła jasno swojej polityki w stosunku do Południowego Kaukazu. Ogłoszone w ubiegłym roku założenia strategii tzw. „Synergii czarnomorskiej” stwarzają podstawy do budowania unijnej wizji politycznej w regionie Morza Czarnego, w tym i Południowego Kakukazu, który mógłby pomóc dokonać dywersyfikacji dostaw źródeł energii dla Unii.

Unia winna stanowczo przeciwstawiać się powstawaniu nowych, nie mających demokratycznej legitymacji tworów na Kaukazie – i nie tylko tam. Trudno jednak będzie forsować takie stanowisko po precedensie, którym było „wypromowanie” i uznanie niepodległego Kosowa. Rosja bowiem, w wygodnych dla siebie momentach, będzie powoływać się na kazus bałkański.

Pogodzenie ponadnarodowościowej polityki Unii Europejskiej, zmierzającej raczej do znoszenia granic z nieuniknionym budowaniem nowych w jej obecnym czy przyszłym obrębie – to dylemat, którego rozwiązanie godne jest pokojowej nagrody Nobla. Jednym z możliwych kierunków działań jest prowadzenie polityki rozszerzania Unii i likwidacji granic przy równoczesnym wzmacnianiu tożsamości i autonomii regionalnej, jako ważnego czynnika stabilizującego. W sytuacji zlikwidowanych granic, powstanie nowego państwa w obrębie Unii mogłoby się dokonać wyłącznie na zasadzie uznania nowego członu składowego – regionu. Podstawą do takiej decyzji powinien być demokratyczny proces polityczny zakończony plebiscytem.


Wojciech Lubowiecki

Wielka Brytania – Królestwo (tymczasowo?) Zjednoczone 

Tydzień przed ogłoszeniem przez Kosowo niepodległości mieszkańcy pewnego angielskiego miasteczka pierwsi złamali zasadę nienaruszalności europejskich granic, głosując za przyłączeniem się do Szkocji. W średniowieczu Berwick-upon-Tweed trzynastokrotnie przechodziło z rąk do rąk, ale od 1482 roku pozostawało we władaniu Londynu. W lutym 2008 roku w lokalnym referendum 60 procent wyborców wyraziło wolę zmiany barw narodowych.

Referendum było w istocie zorganizowaną przez media zabawą i nie miało żadnego związku z ostatnim podziałem Serbii. Uświadomiło za to, że wewnętrzne granice Zjednoczonego Królestwa, zwłaszcza angielsko-szkocka, mogą jeszcze trafić na czołówki gazet. Przecież w odtworzonym w 1999 roku parlamencie szkockim w Edynburgu najwięcej mandatów ma partia nacjonalistów – z ambicjami niepodległościowymi. Ograniczona autonomia Szkocji, obejmująca m.in. edukację, sądownictwo i opiekę zdrowotną, przyczyniła się w ostatnich latach do legitymizacji nurtu niepodległościowego, który do niedawna popierała jedynie kilkuprocentowa radykalna mniejszość. Zarządzana bezpośrednio z Edynburga służba zdrowia jest teraz obiektem zazdrości Anglików, a szkockie uniwersytety, inaczej niż na południu Wyspy, nadal są dostępne za darmo. W przeprowadzanych w Szkocji sondażach opcja secesyjna dogania dziś zwolenników unii z Anglią, choć na razie jeszcze nie przeważa…

W przeciwieństwie do bałkańskiego węzła gordyjskiego szkocki supeł można rozwiązać względnie łatwo. O ile w Kosowie chodziło o wybór mniejszego zła, o tyle Szkoci rozważają alternatywę dobrych rozwiązań. Zachowanie obecnego status quo to wybór, który wabi dotacjami z Londynu (Szkoci więcej dostają z budżetu centralnego, niż do niego wpłacają) i (malejącym) statusem światowej potęgi; niepodległość nęci uzyskaniem pełnej kontroli nad (kończącymi się) złożami ropy pod Morzem Północnym i szansą dogonienia innych północnoeuropejskich „tygrysów” w rodzaju Norwegii czy Irlandii.

Inaczej niż na Bałkanach, gdzie otwarte rany po niedawnych konfliktach pchają narody w przeciwne strony, szkoccy separatyści muszą szukać krzywd zastępczych dla podgrzania nastrojów. Stąd nagłaśnianie takich spraw jak to, że BBC wydała około 200 milionów funtów na zakup praw do transmisji wyścigów Formuły 1, a poskąpiła zaledwie 3 milionów na wyłączność pokazywania meczów szkockiej ekstraklasy. Jest to – zdaniem szkockich nacjonalistów – przykład angielskiego imperializmu kulturowego.

Szkocki ruch niepodległościowy wyróżnia się pokojowym i ewolucyjnym charakterem. Kształtuje go przekonanie – zasadne, a może naiwne – że Anglia nie przeciwstawi się wyrażonej w niepodległościowym referendum woli szkockiego narodu. Bitwa o jedność Wielkiej Brytanii toczy się więc na argumenty, a nie na noże. Nie oznacza to jednak, że proces separacji jest nie do zatrzymania, a wynik sporów przesądzony. Niemniej jednak proces ten nabiera ostatnio rozpędu, bo za Szkotami (pozostając jednak jeszcze parę kroków z tyłu) podążają jak cień Walijczycy.

Osobny temat stanowi Irlandia Północna. Tamtejszy wieloletni konflikt nie dotyczył niepodległości samego Ulsteru, tylko ewentualnego zjednoczenia całej Irlandii. Wywalczone z mozołem porozumienie pomiędzy probrytyjskimi unionistami i proirlandzkimi republikanami wróży zamrożeniem obecnego układu granic na długie dziesięciolecia. I tak Zjednoczone Królestwo pozostaje zbiorem najróżniejszych związków dominującej części Korony z pozostałymi terytoriami, które – jak wyspa Man na Morzu Irlandzkim – mogą nawet nie należeć do Unii Europejskiej. Kazus Kosowa niczego nie zmienia w wewnętrznej dynamice na Wyspach. Brytyjczycy nie szukają precedensów na Bałkanach. Zdecydowanie wolą ustanawiać je sami.


Przemysław Osiewicz

Cypr – Europejski kawałek Turcji

Sprawa Kosowa oznacza otwarcie nowego rozdziału w podejściu do idei państwowości, a zwłaszcza poszanowania integralności terytorialnej. W wypadku Cypru wiąże się z pytaniem, czy lepsze byłoby uznanie podziału wyspy czy też próba jej reintegracji za wszelką cenę. Historia dowodzi, że wszelkie projekty polityczne realizowane z pominięciem uwarunkowań społecznych, kulturowych i ekonomicznych są z góry skazane na niepowodzenie. Greków i Turków cypryjskich dzieli niemalże wszystko –  wyznanie, język, doświadczenia historyczne, obyczaje – dlatego trudno się spodziewać, by mogli zgodnie funkcjonować w ramach wspólnego państwa.

Kierownictwo Tureckiej Republiki Północnego Cypru, proklamowanej w 1983 roku i uznanej dotychczas jedynie przez Turcję, uważnie analizuje sprawę Kosowa. Niektórzy analitycy uważają, że gdyby lutowe wybory prezydenckie zakończyły się zwycięstwem dotychczasowego prezydenta Tassosa Papadopoulosa, Turcy cypryjscy mogliby wykorzystać bałkański precedens i rozpocząć intensywne zabiegi, których celem byłoby międzynarodowe uznanie ich państwa. Sukces Dimitriosa Chrostofiasa, lidera Postępowej Partii Ludzi Pracy (AKEL) i zwolennika pojednania, oddala możliwość realizacji tego scenariusza. Dążenie do uzyskania międzynarodowego uznania tureckiej części Cypru oznaczałoby teraz obarczenie miejscowych liderów politycznych odpowiedzialnością za niepowodzenie kolejnej inicjatywy pokojowej.

Z kolei władze greckiej Republiki Cypru kategorycznie odmówiły możliwości uznania Kosowa, ponieważ solidaryzują się z władzami Serbii i podkreślają znaczenie poszanowania integralności terytorialnej. Ze względu na skuteczną politykę zagraniczną kraju oraz będące jej rezultatem poparcie społeczności międzynarodowej na Cyprze można zauważyć wyraźny prymat wartości suwerenności.

Wielkie mocarstwa nie prowadzą „gry o Cypr”. Stany Zjednoczone angażują się tu głównie po to, by zawczasu zlikwidować napięcia między kluczowymi sojusznikami w ramach południowej flanki NATO – Grecją i Turcją. Z kolei Federacja Rosyjska opowiada się za kontynuowaniem procesu pokojowego, równocześnie jednak wspiera na arenie międzynarodowej Republikę Cypru. Rosjan łączy z Grekami cypryjskimi nie tylko wyznanie, ale także wspólne interesy.

Unia Europejska konsekwentnie odrzuca możliwość uznania państwa Turków cypryjskich oraz zachęca strony do dialogu i uregulowania sporu. Całe terytorium Cypru stanowi de iure część terytorium Unii. Jednak na podstawie traktatu akcesyjnego z 2003 roku stosowanie acquis communautaire na obszarze północnego Cypru zostało zawieszone do czasu rozwiązania konfliktu. Mamy więc do czynienia z sytuacją paradoksalną: Turcy cypryjscy, obywatele Unii, przebywają na obszarze, na którym nie mogą korzystać z przysługujących im praw. Jednocześnie zaś otrzymują z Brukseli fundusze na rozwój gospodarczy. W przeddzień przystąpienia Cypru do Unii Europejskiej powszechnie liczono na to, że wizja udziału w procesie integracji europejskiej wpłynie konstruktywnie na postawę członków obu społeczności. Jednak zgoda na przystąpienie jedynie greckiej części wyspy zaowocowała wyraźną zmianą układu sił. Od 2004 roku Republika Cypru wykorzystuje swoją pozycję w ramach Unii do wywierania presji na kierownictwo Turków cypryjskich, a także na rząd Turcji, który sam ma nadzieję na rozpoczęcie negocjacji akcesyjnych.

Społeczność turecka chce utrzymać własną administrację na północy wyspy, biorąc jednocześnie udział w procesie integracji europejskiej. Takie rozwiązanie zmusiłoby ją do współpracy z Grekami cypryjskimi. Ci wciąż odrzucają możliwość uznania Tureckiej Republiki Północnego Cypru, której istnienie postrzegająjako okupację części własnego terytorium oraz akt skierowany przeciwko suwerenności Republiki Cypru.


Stefan Wilkanowicz

Spotkajmy się

Co trzeba robić, aby kazus Kosowa nie miał dla Europy złych skutków? Możemy się obawiać nie tylko dalszego trwania sporu pomiędzy Serbami i Albańczykami, ale również wystąpienia „efektu domina”: zaostrzania konfliktów wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z niepodległościowymi czy autonomicznymi dążeniami grup mniejszościowych. Zjawisko to może mieć charakter procesu dekolonizacyjnego, który w niektórych krajach opóźnił się o wiele lat. Najlepiej widać to na przykładzie Rosji, gdzie imperializm carski przekształcił się w rewolucyjno-komunistyczny, a obecnie egzystuje w formie kapitalizmu nacjonalistycznego. Również dla niego rezygnacja z byłych kolonii jest trudna; wymagałaby właściwie zmiany rosyjskiej tożsamości. Dlatego też rokowania miedzy naszymi rządami są bardzo trudne i nie można się po nich wiele spodziewać.

Potrzebna jest natomiast „dyplomacja społeczna”, czyli wielka ofensywa dialogu ze strony najrozmaitszych organizacji pozarządowych i innych środowisk – nie wyłączając parafii. Jakieś „pospolite ruszenie”. Konieczne jest bowiem dążenie do nawiązywania kontaktów z jak najszerszymi kręgami Rosjan, które mogłyby stworzyć okazję do wspólnej refleksji nad problemami życia codziennego w małej i wielkiej skali. Takich, które budowałyby demokrację lokalną i szukały rozwiązań globalnych, ukazując przy tym wartości obu kultur – polskiej i rosyjskiej.

Marzy mi się też pewna szczególna ankieta, w której prosilibyśmy ludzi z różnych krajów o odpowiedzenie na trzy pytania: Co cenię najbardziej w mojej narodowej kulturze? Czego mi w niej brakuje? Skąd chcę czerpać brakujące wartości?

W przypadku Kosowa potrzebna jest przede wszystkim szeroka i obliczona na długi czas kampania informacyjno-edukacyjna, wykorzystująca każdą możliwość łączenia ludzi dobrej woli, pokazująca wszelkie, choćby najmniejsze, pozytywne doświadczenia. W pierwszym rzędzie powinna dotyczyć trzech kategorii osób: nauczycieli, dziennikarzy oraz dzieci i młodzieży.

Wiadomo, że dzieci należące do skłóconych ze sobą narodów i grup etnicznych uczone są wrogości wobec „innych”. Wiadomo również, że dziennikarze, dążąc do zwiększenia sprzedaży, słuchalności czy oglądalności, pokazują przede wszystkim konflikty i okrucieństwa. Dzieci łatwo przejmują ten język medialnej propagandy i bezkrytycznie „wchłaniają” agresywność dorosłych. Dlatego tak potrzebne są im „odtrutki”: nauczyciele nastawieni na podawanie rzetelnej wiedzy i kształcenie postaw solidarności oraz życzliwe spotkania z innymi grupami młodzieży, pozwalające na „odideologizowane”, zwykłe kontakty.

Wydaje się więc, że należałoby zacząć od dobrze przygotowanych spotkań Albańczyków (Kosowarów) i Serbów: kilkuosobowej grupy nauczycieli, analogicznej grupy licealistów oraz dziennikarzy. Być może musiałyby to być spotkania zamknięte i anonimowe. Ich celem byłoby zastanowienie się nad drogami rozwijania dialogu i współpracy oraz oddziaływania masowego, wykorzystującego Internet, radio i telewizję.

Bardzo ważnym tematem działalności informacyjno-edukacyjnej powinna być Unia Europejska, w praktyce mało znana, nierozumiana. Być może warto byłoby zaprosić do Polski grupę wpływowych dziennikarzy stamtąd, aby pokazać im nasze doświadczenia i perspektywy, jakie otwiera przynależność do Zjednoczonej Europy. Polscy rolnicy mogą tu być dobrymi  propagatorami międzynarodowej współpracy.

I wreszcie bardzo ważny problem religii. Za wszelką cenę trzeba pokazać rozwijający się „trialog” między wyznawcami chrześcijaństwa, islamu  judaizmu. Nie chodzi tu o trudną dyskusję teologiczną, lecz raczej kulturowo-społeczną, nastawioną na budowanie kultury pokoju i sprawiedliwości. Polska mogłaby być dobrym dla niej miejscem.

Kończąc te telegraficznie skrótowe rozważania, wypada przypomnieć, że najpierw musimy się zorientować w tym, co się już dzieje w interesujących nas dziedzinach dialogu i współpracy – aby nie odkrywać Ameryki, a także  oszczędzać siły i pieniądze. Mamy bowiem spore zamiłowanie do „indywidualizmu grupowego”, jakąś trudność we współpracy nawet pomiędzy zaprzyjaźnionymi środowiskami.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata