70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Der Kardinal

W Krakowie niemiłosiernie smażyło lipcowe słońce, kiedy przewodniczący Episkopatu Niemiec kardynał Karl Lehmann wysiadał z samolotu w Balicach. Ale naprawdę ciepło zrobiło mu się już po zachodzie słońca, kiedy w rezydencji arcybiskupów krakowskich przyszło mu wysłuchać słów gospodarza spotkania. Kardynał Dziwisz mówił: „Eminencjo, nareszcie jesteśmy sami. I wreszcie mogę powiedzieć, co mi od dawna leży na sercu. Otóż Ksiądz Kardynał nawet się nie domyśla, jakim respektem darzył go Ojciec Święty. I jeszcze jedno: decyzję o nominacji kardynalskiej Eminencji Jan Paweł II podjął sam. Wyłącznie on sam. Nikomu o tym do tej pory nie mówiłem…”.

21 stycznia 2001, Rzym. Podczas niedzielnej modlitwy ,,Anioł Pański” Papież ogłasza nazwiska nowo mianowanych purpuratów. Już po raz kolejny z rzędu godność ta omija Karla Lehmanna, od czternastu bez mała lat przewodniczącego Konferencji Episkopatu Niemiec. Nawet jeśli nowych kardynałów jest tym razem aż 37. Konsekwentnie pomijanie biskupa Moguncji nie tylko w Niemczech uchodzi za afront. Ale czyż od dwudziestu lat nie skupiają się na nim wszystkie spory niemieckiego Kościoła z Rzymem? Dlatego, kiedy tydzień później nazwisko Lehmanna niespodziewanie figuruje wśród siedmiu nominatów, ogłoszonych w ,,drugim rzucie”, sam zainteresowany wiadomość tę przyjmuje z niedowierzaniem. Jej oficjalne potwierdzenie wprawia natomiast na wpół zdechrystianizowane Niemcy w stan euforii. Uznanie i sympatia, jakimi cieszy się Karl Lehmann także wśród zlaicyzowanych rzesz Niemców, są bowiem nieporównywalne z tymi, które otaczają na przykład jego długoletniego adwersarza, kardynała Josepha Ratzingera. Nad Renem natychmiast pojawiają się pogłoski, że to wpływowi rodacy polskiego papieża skutecznie wstawili się za upokarzanym przez lata długoletnim przewodniczącym jednego z najbardziej znaczących Episkopatów świata. Przede wszystkim Alfons Nossol, niemieckojęzyczny arcybiskup Opola, cieszący się zaufaniem Papieża. Inni wymieniają profesora Władysława Bartoszewskiego. Jeszcze inni wskazują na Włochów – inteweniować miał ponoć watykański sekretarz stanu, kardynał Angelo Sodano.

Plac biskupi w Moguncji. Wąskie uliczki, dwupiętrowe kamienice z czerwonego i żółtego piaskowca. Od strony średniowiecznej katedry dochodzi dźwięk bicia w dzwony. Tu żyje i pracuje kardynał Karl Lehmann. Stąd 71-letni hierarcha przez 21 lat zarządzał niemieckim Kościołem. Ongiś czarna czupryna zupełnie już posiwiała. Pojawił się ,,pontyfikalny” brzuszek – cena pracy za biurkiem. Dlatego kiedy dziś wstaje z krzesła, pochyla się najpierw do przodu, chwytając się oburącz za kolana. I dopiero wtedy idzie. Nie, nie idzie, kuśtyka. Kolano musi iść pod nóż. Wiecznie przekładana operacja stała się nieodzowna. Pracoholik w winnicy Pana. Chociaż… Od dawna krążą anegdotki, jak to można było stawiać zakłady o to, że jeśli Lehmann wyjedzie z Moguncji do bezbożnego Berlina (5 proc. wierzących), żeby w stolicy oficjalnie zaprezentować stanowisko Kościoła w Niemczech wobec kwestii politycznych, socjalnych czy etycznych, to z całą pewnością przynajmniej na chwilę utnie sobie drzemkę podczas konferencji prasowej. Jak w zwolnionym tempie opadną mu powieki, a to, co na pierwszy rzut oka będzie wyglądało jak chwila kontemplacji, w istocie będzie krótkim ,,ucięciem komara”. Chętnie mu się to jednak wybacza. Wszak wszyscy w Niemczech wiedzą, że kilkuminutowe drzemki okupione są bardzo długim codziennym czasem pracy – do drugiej, trzeciej, czwartej w nocy.

Stąd sensacyjna wiadomość podana przez samego zainteresowanego w styczniu tego roku, że po 21 latach ze względów zdrowotnych rezygnuje z funkcji przewodniczącego Episkopatu Niemiec została przyjęta z ogromnym żalem, lecz bez niedowierzania. Zakłócenia rytmu pracy serca zawiodły go w końcu grudnia na szpitalne łóżko. „Dostrzegłem tu jednoznaczną cezurę dla swojej aktywności” – oświadczył Karl Lehmann w pisemnej rezygnacji przedłożonej wszystkim członkom Episkopatu. „Choroba zagrażająca życiu nie pozwala mi więcej na bezkompromisowe szafowanie własnymi siłami. Istotne jej symptomy pojawiały się już wcześniej. Ale te szerokim łukiem omijałem z daleka”. Oto cały Lehmann: albo się angażuje na sto procent, albo wcale. Ale tak radykalnie i bezkompromisowo obchodzi się jedynie z samym sobą. Jako kardynał i przewodniczący Episkopatu Niemiec odchodzi w glorii „budowniczego mostów”. Jako człowiek kompromisu i dialogu.

Karl Lehmann przyszedł na świat w roku 1936 w surowym pruskim Hohenzollern, niewielkiej krainie, wciśniętej między dwie dawne potęgi: Królestwo Wirtembergii i Wielkie Księstwo Badenii. Wyznaniowo Hohenzollern pozostaje na wskroś katolickie z terytorialną przynależnością do biskupstwa Rottenburg-Stuttgart w metropolii fryburskiej. Ojciec, Karl-senior, to mało zamożny wiejski nauczyciel, matka – gospodyni domowa. Pomimo pewnej surowości religijnej, choć wolnej od bigoterii, matka pozostawia synowi w wyborze drogi życiowej wolną rękę: „Jeśli chcesz zmierzyć się z wyzwaniem kapłańskim, próbuj! Jeśli nie dasz rady, zawsze jesteś w domu mile widziany”.

Pobyt we fryburskim seminarium nakłada pierwsze ograniczenia. Przykładowo: regulamin seminaryjny nie przewiduje opuszczania murów konwentu w godzinach wieczornych. A młody seminarzysta jako jedyny z kleryków chce koniecznie uczęszczać na wieczorne wykłady Martina Heideggera na miejscowym uniwersytecie. Stawiając wszystko na jedną kartę, ambitny kleryk zwraca się do rektora: „Jeśli nie będę mógł słuchać Heideggera, to wątpię, bym pozostał w seminarium”. I uzyskuje zgodę na wieczorne wyjścia. We Fryburgu nie tylko Heidegger zapładnia umysł młodego studenta. U podnóża Schwarzwaldu spotyka się po raz pierwszy z teologiczną legendą – Karlem Rahnerem. I ulega fascynacji. „Ten wielki uczony podchodził do okna, chwytał fałdę kotary do ręki, obracał nią jak dziecko na wszystkie możliwe sposoby i referował nam przy tym niesamowite prawdy wiary” – przypomni sobie po latach.

Na zdolnym seminarzyście szybko się we Fryburgu poznają. Po trzech semestrach otrzymuje propozycję kontynuowania studiów na osławionym Germanicum w Rzymie, niemieckiej kuźni teologicznej, a zarazem trampoliny dla kariery kościelnej. Kiedy przed wyjazdem przybywa z całym, choć skromnym seminaryjnym dobytkiem do rodzinnego domu, matka wita go pytaniem:

–  Wyrzucili Cię jednak?

– Tak mamo, do Rzymu.

Elitarne Germanicum stanowi mieszankę ostrej dyscypliny i szkoły respektu. Podczas wzajemnych odwiedzin alumnów drzwi od pokojów zawsze muszą pozostać otwarte. Mniej w obawie przed kontaktami homoseksualnymi, bardziej w poczuciu szacunku dla pracy drugiego. „Każdy powinien wiedzieć, że w sąsiednim pokoju jest tylko gościem”, tłumaczy po latach kardynał.

Studia filozoficzne wieńczy w Rzymie doktoratem z Heideggera, teologiczne – doktoratem z wczesnej chrystologii. I przyjmuje święcenia. Wszystkie trzy wydarzenia przypadają na czas soboru. Duch soboru i teologia Rahnera wyciskają na młodym rzymianinie swe piętno. Swojemu mistrzowi Lehmann pozostanie wierny do końca. Także wtedy, gdy pionier nowoczesnej teologii w sędziwym już wieku wytoczy ciężkie działa przeciwko konserwatyzmowi w Kościele.

O świetnie wykształconego i błyskotliwego teologa zabiegają teraz nie tylko niemieckie uniwersytety. W kolejce czeka również University of Southern California. Karl Lehmann przyjmuje jednak katedrę na uniwersytecie w Moguncji, a po trzech latach we Fryburgu. Piętnaście lat profesury! Mówi dziś o nich jako o najszczęśliwszym okresie w życiu. Ani wcześniej, ani później  nie rozkoszował się tak bardzo „królewską wolnością”. Nawet jeśli rzucił się w wir pracy naukowej. Lehmann mieszka w małej wiosce pod Fryburgiem Bryzgowijskim – to taka niemiecka Toskania, kraina skąpana słońcem i otoczona bajkowymi winnicami. Jak może, wspiera miejscowego proboszcza. Raz poprowadzi wiejską procesję Bożego Ciała, innym razem wyskoczy dlań po mleko czy jabłka. W tym czasie nawiązuje arystotelesowską przyjaźń z monachijskim kardynałem Juliusem Döpfnerem, ówczesnym przewodniczącym Episkopatu Niemiec.

W pewną lipcową sobotę 1976 roku Lehmann wsiada do auta i przyjeżdża do Monachium. W Bawarii panuje pełnia lata i obaj przyjaciele kierują swoje kroki do Ogrodu Angielskiego, wysmakowanej zielonej oazy. Döpfner zaczął właśnie swój urlop. W atmosferze pełnej odprężenia Lehmann zadaje przyjacielowi pytanie, które od lat ciśnie się mu na usta: „Czy papieżowi można powiedzieć nie?”. ,,Ciężko, bardzo ciężko. Nie są do tego przyzwyczajeni” – odpowiada Döpfner. To prawda, której Lehmann wkrótce doświadczy na własnej skórze. Szokujący dlań będzie na razie inny cios. Nazajutrz po tym spacerze w najbardziej idyllicznym zakątku Monachium kardynał Julius Döpfner umiera na progu pałacu arcybiskupów monachijskich rażony atakiem serca.

Nie tylko dzięki nawiązanym znajomościom z hierarchami Kościoła nazwisko Lehmanna pojawia się przy okazji kolejnych nominacji biskupich. Ale dopiero w 1983 roku zostaje mu powierzona diecezja w Moguncji. Same święcenia biskupie są już zwiastunem poważniejszych problemów w przyszłości. W dzień konsekracji leje jak z cebra. Lekko przemoczeni z powodu zacinającego deszczu celebransi muszą długie minuty czekać przed ołtarzem na nuncjusza. Tylko on jeden jest uprawniony do przeczytania i wręczenia papieskiej nominacji. A nuncjusz znacznie się spóźnia. Jego nowy kierowca błądzi po ulicach Moguncji, nie mogąc trafić do katedry. Kiedy wreszcie zaczyna się liturgia, okazuje się, że brak jeszcze jednego prominentnego gościa – kanclerza Kohla. Dopiero ze znacznym poślizgiem charakterystyczna sylwetka próbuje się niepostrzeżenie przemknąć z zakrystii do pierwszego rzędu. Na próżno. Masywnie zbudowany kanclerz – głośno sapiący i niezdarnie stąpający po kościelnej posadzce – przyciąga ku sobie wzrok ogółu. Nie on jest jednak winien temu, że tylko dzięki przytomności umysłu obecnego na ceremonii dziennikarza nowy biskup Moguncji zostaje wyświęcony zgodnie z rytuałem. Bowiem główny celebrans, kardynał Hermann Volk – poprzednik Lehmanna w Moguncji – po nałożeniu rąk na głowę swojego następcy zapomniał przed nim rozłożyć ewangeliarz. Dopiero na interwencję dziennikarza, który z zawodową wnikliwością na bieżąco studiuje wydrukowany program uroczystości i porównuje go z ceremonią toczącą się przed ołtarzem, uchybienie to zostaje skorygowane.

Najmłodszy, bo zaledwie 47-letni ordynariusz w RFN, dwa lata później zostaje wybrany na nowo utworzony urząd zastępcy przewodniczącego Episkopatu Niemiec. Gorzkie to doświadczenie i nijaki urząd. Przewodniczący Konferencji, koloński kardynał Höffner, nie docenia swojego zastępcy. Widać to gołym okiem. Höffner wraz z kardynałami i arcybiskupami zasiada przy prezydialnym stole, a Lehmman, jego zastępca, i najmłodszy stażem ordynariusz, zajmuje miejsce pośrodku sali plenarnej. Tuż przed sufraganami. Ale właśnie to ich głosami oraz dzięki biskupom z południa Niemiec zostaje po śmierci Höffnera wybrany nowym przewodniczącym niemieckiego episkopatu. W trzecim głosowaniu pokonuje jedynego kontrkandydata, starszego rangą monachijskiego kardynała Wettera. Upłynie sporo wody, nim Wetter „wybaczy” mu ten afront.

Także Rzym jest zaskoczony wyborem młodego biskupa. To właśnie z Rzymem przyjdzie nowemu przewodniczącemu staczać najcięższe boje. Już w 1988 roku zostaje w trybie nagłym przywołany do Watykanu. Papież domaga się wyboru przez kapitułę biskupa z komunistycznego wschodniego Berlina, Joachima Meisnera, na następcę Josepha Höffnera (Kolonia). Lehmann oponuje: „Odpowiedź kapituły będzie negatywna”. I tak relacjonuje dalszy przebieg spotkania: „Podczas rozmowy z Papieżem dołączyli: sekretarz stanu Casaroli, substytut Sodano i Ratzinger. Sodano wrzasnął na mnie. »Jeśli Ekscelencja pojedzie do Kolonii i kapituła ponownie dokona wyboru, to czy Ekscelencja gwarantuje, że wybiorą Meisnera?« »Wybór to jest wybór. Na 98 proc. spełnią życzenie Ojca Świętego. Ale 2 proc. niepewności zostaje«”. Polski papież, mianujący biskupów na całym świecie, nie jest przyzwyczajony do wyborów niemieckich ordynariuszy przez miejscowe kapituły. Lehmann raz jeszcze udaje się do Kolonii i broni gwarantowanego konkordatem prawa wolnego wyboru kolońskiego biskupa przez kapitułę. Ta postawiona pod ścianę „wybiera” Meisnera sześcioma głosami „za” przy dziesięciu wstrzymujących się. „W przyszłości musimy strzec się przed powtórką tego doświadczenia, które wielu naszych braci zraniło, a i zaszkodziło prestiżowi Ojca Świętego. Jeszcze długo będziemy zbierali potłuczone porcelanowe szkło” – pisze Karl Lehmann w liście pasterskim na Boże Narodzenie 1988 roku.

Jego wybór na drugą kadencję w 1993 roku jest czystą formalnością. Niemieckiemu Episkopatowi przewodzi bowiem człowiek, który od wewnątrz integruje, a na zewnątrz stara się przemawiać w imieniu wszystkich biskupów, jednym głosem. A integracja wewnętrzna nie przychodzi mu łatwo. Szczególnie w odniesieniu do biskupów z byłej NRD, którzy w pluralistycznym Episkopacie nie potrafią się odnaleźć.

Druga kadencja zaczyna się od mocnej wymiany ciosów z Rzymem. Jeszcze krótko przed wyborem na sternika niemieckiego Kościoła Karl Lehmann, wraz z arcybiskupem Fryburga Oskarem Saierem i biskupem Stuttgartu Walterem Kasperem, pisze do Papieża list zawierający postulat dopuszczenia rozwiedzionych i żyjących w związkach niesakramentalnych do komunii świętej. Polityczna roztropność powinna nakazać ten temat ominąć szerokim łukiem. Ale Lehmann nie przywiązuje wagi do szachowych kalkulacji. Inaczej niż jego adwersarz w Watykanie, kardynał Ratzinger. Szef Kongregacji Nauki Wiary stawia weto wobec propozycji trzech niemieckich biskupów. Jednocześnie żąda od Kościoła w Niemczech wycofania poradnictwa katolickiego z państwowego systemu doradztwa dla kobiet w ciąży. W myśl prawa niemieckiego wydane w poradniach zaświadczenie o odbyciu rozmowy staje się dla ciężarnej kobiety przepustką do dokonania aborcji, jeśli dalej taka jest jej wola. Lehmann oraz większość biskupów opowiada się za pozostaniem poradnictwa katolickiego w systemie państwowym. Argumentuje, że tylko w taki sposób można przekonywać kobiety do katolickich racji etycznych, tylko tak można ratować nienarodzone życie, służąc kobietom poradą i wsparciem psychologicznym. Swój pogląd podpiera statystykami: w Niemczech spada liczba aborcji, gdyż spora część kobiet po wizytach w poradniach decyduje się jednak urodzić dziecko. Pomimo że żadne rozwiązanie nie jawi się jako „białe” lub „czarne”, Ratzinger naciska dalej. Lehmann próbuje zadowolić Watykan zapewnieniem, że na zaświadczeniach znajdzie się adnotacja, iż porada „służyła ochronie życia”. Później chce nawet dodać, że zaświadczenie „nie może służyć jako podstawa do dokonania niekaralnej aborcji”. Dopiero w 1999 roku – po kolejnym papieskim liście, za którym stoi Ratzinger – kapituluje. Ale uczciwa obrona swojego stanowiska przynosi mu w szerokich kręgach społeczeństwa niemieckiego szacunek i respekt. Daleko poza murami kościoła.

W tym samym roku wybór Lehmanna na trzecią kadencję jest niepodważalny. W szczytowym okresie sporu z watykańską Kurią zdecydowana większość biskupów nie życzy sobie dyktatu rzymskiego i daje przykład solidarności ze swoim przewodniczącym. Wprawdzie w oparciu o silne powiązania z Rzymem kardynał Meisner wyrasta w łonie Episkopatu na głównego oponenta Lehmanna, to jednak moguncki biskup, także wtedy pozostaje tym, kim znacznie wcześniej nazwał go Giovanni Lajolo, papieski nuncjusz w Berlinie – człowiekiem  communio (wspólnoty).

Zakończenie długoletniego kruszenia kopii o system poradnictwa kobiecego nie zamienia Lehmannowi gorzkiej posługi w słodycz miodu. W dialogu ekumenicznym z Kościołem protestanckim – za sprawą włączenia hamulca przez kardynała Ratzingera – nastaje ,,epoka lodowcowa”. Podobny cios dotyka niemiecki laikat, zaangażowany w szeroką posługę duszpasterską. W międzyczasie wiele diecezji skarży się na brak powołań, a co gorsza – brak wiernych i deficyt finansowy. Coraz popularniejsze staje się hasło mówiące o Kościele misyjnym.

Do dziś nie milkną pogłoski, że przy wyborze kardynała Ratzingera na papieża kardynał Lehmann odmówił mu swego głosu. I kiedy w tym samym roku niemieccy biskupi ponownie przystępują do wyboru swojego przewodniczącego, z Kurii dochodzą sugestie, że w Niemczech trzeba ,,wymienić konia w zaprzęgu”. Ale Episkopat po raz czwarty stawia na Lehmanna. I czyni to po raz ostatni. Bo kiedy w 2011 roku skończy się jego czwarta kadencja, moguncki purpurat osiągnie 75. rok życia. Wiek, w którym biskupi przechodzą na kanoniczną emeryturę. Jednak oświadczenie ze stycznia br. przerywa ten scenariusz. Karl Lehmann pozostaje ordynariuszem w Moguncji i członkiem Konferencji Episkopatu. Ale kto wie, czy przy oszczędnym trybie życia raz jeszcze nie zasiądzie w Kaplicy Sykstyńskiej, by zagłosować na następcę Benedykta. Byłaby to niezwykła pointa. I kolejna nieprzewidywalność (kościelnej) fortuny, która w zadziwiający sposób kołem się toczy.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata