70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Z punktu widzenia kalwina

Pamiętajmy, że doskonały jest tylko Bóg, a nie ustawy czy przepisy kościelne. Każda nasza regulacja będzie na swój sposób ułomna i niepozbawiona błędów, ale takie jest przecież całe nasze istnienie.

Każdy porządny ewangelik reformowany podczas przygotowań do swojej konfirmacji musi się spotkać z Katechizmem Heidelberskim. A ten rozpoczyna się od pytania i odpowiedzi:

– W czym znajdujesz jedyną pociechę w życiu i wobec śmierci?

– W tym, że ciałem i duszą należę – zarówno teraz, gdy żyję, jak i wtedy, gdy umrę – nie do siebie, ale do Jezusa Chrystusa, mego wiernego Zbawiciela.

Choć może na pierwszy rzut oka nie jest to najbardziej oczywisty punkt wyjścia do tego, by  przedstawić uwagi ewangelika reformowanego o polskiej debacie w sprawie zapłodnienia in vitro, to jest to jednak miejsce właściwe. W tym pierwszym zdaniu Katechizmu jest bowiem zawarta reformowana myśl teologiczna, mianowicie: tak jak nie ma takiego miejsca ani takiej chwili, gdy człowiek nie jest grzeszny, tak samo i nadzieja płynąca z Ewangelii mówi nam, że pomimo naszej grzeszności jesteśmy i należymy do Boga. Zatem (upraszczając), choć żyjemy na ułomnym i pełnym grzechu świecie, to jesteśmy wezwani, byśmy – pomimo to – żyli tak, jak żyją odkupieni święci, żeby w ten sposób naszym codziennym życiem wielbić Boga.

Jeśli jednak czytelnik rzymskokatolicki byłby tu skłonny zapytać: „Co w tym nowego?“, reformowani odpowiedzą mu: „Całkiem sporo“. W przeciwieństwie bowiem do naszych rzymskokatolickich sióstr i braci wierzymy, że grzeszność przenika nas każdego dnia i w każdej chwili. Nie możemy zatem wskazać jednej chwili ani takiego momentu, gdy jesteśmy wolni i bezpieczni od grzechu. Ta prawda oznacza również, iż nie łudzimy się, że możemy osiągnąć stan doskonały i bezgrzeszny – ani w sferze osobistej, ani tym bardziej w sferze społecznej. Dobrej Nowiny nie zastąpi więc żadna ustawa ani system społeczny, niezależnie od tego, jak doskonały by się wydawał swoim twórcom.

A zatem powinniśmy zacząć naszą debatę od uświadomienia sobie tego, że ustawa zabraniająca takich zabiegów nie rozwiąże w żaden sposób tego problemu. Żyjemy w Europie XXI wieku i osoby zamożne zwyczajnie będą się leczyć za granicą. Restrykcyjna ustawa uderzy tylko w najuboższe osoby dotknięte bezpłodnością, które na leczenie in vitro pozwolić sobie nie będą mogły. Choć wizja moralnie doskonałego systemu prawnego jest dla niektórych kusząca, to jako ewangelik reformowany wskażę  na fasadowość i ułudę takiego rozwiązania, w którym będzie kryła się niekorzystna dla nas rzeczywistość. Satysfakcja, jaką część z nas może czerpać z podobnego rozwiązania, nie zmieni faktu, że osoby zamożne będą w stanie z łatwością i bez żadnych konsekwencji złamać albo obejść prawo. Nie tylko zatem nie rozwiążemy problemu, ale stworzymy sytuację, w której niektórzy będą w stanie bezkarnie łamać prawo.

W tym kontekście chciałbym przywołać polską ustawę antyaborcyjną, która tylko zdaniem niektórych rozwiązała problem aborcji w Polsce. Dowodem na pozorność tego przeświadczenia są ogłoszenia w codziennej prasie o ,,tanich i dyskretnych” zabiegach ginekologicznych oraz sprawa Alicji Tysiąc, którą na taki „tani i dyskretny” zabieg nie było stać. Także najnowsze doniesienia prasy angielskiej o tym, że w samej Wielkiej Brytanii ciążę usuwa rocznie ponad 20 tysięcy Polek, każą nam się w debacie o leczeniu in vitro głębiej zastanowić nad sensownością podobnego rozwiązania.

Jako ewangelik reformowany powinienem zatem odrzucić pokusę schowania się za restrykcyjną regulacją prawną, by nie mamić siebie i innych rzekomym rozwiązaniem problemu. Zamiast tego mogę żądać od państwa kompleksowego rozwiązania prawnego, które regulowałoby w sposób racjonalny i sprawiedliwy dostęp do leczenia niepłodności, w tym także do metody in vitro, a także oferowałoby formy wsparcia psychologicznego i terapeutycznego dla par dotkniętych bezpłodnością, dla których każda tego typu terapia jest niezwykle stresująca i obciążająca psychicznie i emocjonalnie.

Po drugie, mój reformowany głos w dyskusji może zwrócić uwagę na fakt, że nauka wcale nie jest jednoznacznie przekonana o tym, iż każdy zarodek jest automatycznie nowym życiem. Wszystkie znane mi Kościoły reformowane uważają za niezbędne przy tej debacie wzięcie pod uwagę najnowszych badań i odkryć naukowych. Stąd Kościoły reformowane, powołując się na te badania, wskazują w dyskusji, że nie wszystkie zarodki przekształcają się w ludzkie embriony, a ponadto część z nich zdaje się naturalnie obumierać w pierwszych dniach i tygodniach ciąży. Skoro zaś nie można mówić o pewności tego, iż z każdego zarodka zawsze powstanie nowe życie, nie można też automatycznie nadawać zarodkowi takiej samej pozycji prawnej i moralnej, jak ludzkiemu płodowi. Dlatego zdanie ewangelików reformowanych w tej sprawie jest podzielone. Nie oznacza to, że zarodek ten nie ma prawa do żadnej ochrony, ale tyle, że jego ochrona na różnych etapach może być zróżnicowana. W tym podejściu teologia ewangelicko-reformowana zbliża się do teologii judaistycznej, gdzie płód ludzki na pierwszym etapie rozwoju nie jest traktowany jako człowiek, ale jako część matki. Co to oznacza dla podejścia in vitro? Liberalny Zjednocznony Kościół Chrystusa (USA) oraz umiarkowany Kościół Szkocji uważają metodę in vitro za dopuszczalną, zaś konserwatywny Chrześcijański Kościół Reformowany (USA) tę metodę uznaje w zasadzie za dopuszczalną tylko wtedy, gdy nie tworzy się nadliczbowych zarodków, albo takie nadliczbowe zarodki przekazuje dalej innym parom, by wszystkie miały szansę rozwinięcia się w ludzki płód. Wszystkie trzy Kościoły odrzucają możliwość wyboru przez rodziców płci przyszłego dziecka i selekcjonowanie w ten sposób embrionów. Również wszystkie trzy wspomniane Kościoły uznają jednak, że moralne orzeczenia w tej sprawie nie mogą się obyć bez dialogu z nauką i z najnowszą wiedzą z tej dziedziny.

Choć, oczywiście, ustalenia nauki nie są bezbłędne, to jednak należy pamiętać, że nie są bezbłędne także i spekulacje teologiczno-moralne (np. kwestia stosunku chrześcijan do niewolnictwa). Już nazwa mojego Kościoła: „Kościół reformowany i stale według słowa Bożego się reformujący“ przypomina nam o ciągłej potrzebie nawracania i korygowania naszego życia według słowa Bożego. Stąd nie ma powodów, by neutralne wyznaniowo państwo dawało pierwszeństwo argumentom teologicznym przy tworzeniu prawa. Państwo nie może przyjmować na siebie egzekwowania norm i poglądów religijnych jakiejkolwiek grupy społecznej, niezależnie od jej liczebności. Regulacja prawna winna brać pod uwagę nie tylko zalecenia etyczne możliwie wszystkich grup wyznaniowych, ale także i aktualną wiedzę naukową z tej dziedziny. Zatem z mojego, kalwińskiego punktu widzenia ustawa regulująca kwestię zapłodnienia in vitro powinna brać pod uwagę kwestie: dostępności tej metody leczenia dla osób najuboższych, nadliczbowych zarodków, ich przechowywania i w miarę możliwości przekazywania innym bezpłodnym parom oraz stworzenia procedury stałych konsultacji w tej sprawie wraz z postępem nauki w tej dziedzinie.

Wśród argumentów wysuwanych przez stronę rzymskokatolicką, podnosi się ten, że dziecko ma prawo do „poczęcia w miłości”. Jest to prawda, ale jako krytyczny kalwinista natychmiast zadam dwa pytania, które w polskiej debacie nie padły albo się nie przebiły. A mianowicie: czy doprawdy para starająca się o dziecko przez wiele lat, której wreszcie metoda in vitro daje możliwość spełnienia i dopełnienia rodziny, nie poczyna tego dziecka w miłości? I odwrotnie: czy każde dziecko poczęte w sposób „naturalny”, jest poczęte w miłości? A co z dziećmi, których życie ma początek w gwałcie małżeńskim czy przemocy domowej? Założenie a priori, że każde dziecko poczęte metodą in vitro jest poczęte „bez miłości”, jest tak samo prawdziwe jak to, że każde dziecko poczęte „normalnie” jest poczęte w miłości. W obecnym stanie prawnym koszty, uciążliwość i długotrwałość leczenia metodą in vitro sprawiają, że nie można uczciwie postawić tezy, iż dzieci urodzone w wyniku metody in vitro nie powstają z miłości. Czy o rzekomym braku miłości przesądza tylko sposób poczęcia? Z punktu widzenia teologii reformowanej wielce dyskusyjna jest teza, że metoda in vitro jest grzeszna, gdyż ingeruje w naturalną metodę poczęcia. Jeśli bowiem sama chęć posiadania potomstwa i leczenie bezpłodności metodami nowoczesnej nauki są grzeszne, to jedynym konsekwentnym rozwiązaniem byłby całkowity zakaz leczenia bezpłodności, także farmakologicznie. Jest to bowiem ingerencja w „naturalną” metodę poczęcia.

Wreszcie chciałbym zwrócić uwagę na kwestię języka używanego w obecnej debacie, także przez duchownych. W homiliach i wywiadach prasowych porównywano metodę in vitro na przykład z „wyrafinowaną aborcją”. Pomińmy w tej chwili kwestię, na ile to porównanie ma jakiekolwiek odbicie w faktach, a na ile jest chwytem, który ma zepchnąć drugą stronę dyskusji do obozu „aborcjonistów” i w ten sposób ustawić ich w odpowiedniej pozycji wyjściowej w debacie. Otóż, czy nam się podoba to czy nie, zapłodnienie in vitro stosowane jest w Polsce od lat, przy całkowitym braku jakichkolwiek regulacji prawnych. Dzięki tej metodzie urodziło się już wiele dzieci, i niektóre z nich miały możliwość wsłuchania się w słowa duchownych, którzy ich istnienie porównywali do skutków aborcji, albo też dowiedziały się, że istnieją kosztem swoich „braci i sióstr”. Czy doprawdy jest to język chrześcijańskich pasterzy i duchownych? Czyż słowa i zwroty, których używamy w naszej dyskusji, nie powinny odzwierciedlać faktu, że jesteśmy z natury grzeszni i przez to omylni, nawet jeśli mówimy w imieniu instytucji Kościoła? I czy także nie powinniśmy wykazywać umiarkowania w naszych słowach, gestach i żądaniach, przez wzgląd na naszych bliźnich i w bojaźni, że nasze słowa mogą zranić innych?

Niepłodność jest chorobą. Kiedyś leczono ją modlitwami, postami i wywarami z ziół. Dziś nauka, która jest darem od Boga, daje nam możliwości stosowania nowych metod jej leczenia. Nie są one doskonałe, rodzą pewne wątpliwości natury moralnej, szczególnie wśród naszych katolickich sióstr i braci. One powinny być brane pod uwagę, ale ich obecność nie może przesądzać o wyniku debaty. Ta, prowadzona za pomocą argumentów, uwzględniając zdobycze nauki, opinie etyków, teologów i samych zainteresowanych, winna doprowadzić do powstania ustawy, która w miarę możliwości kwestię tę ureguluje w sposób realistyczny, a nie ideologiczny. Jeśli zaś jej rozwiązania nie będą odpowiadały w całości katolickiej nauce moralnej, to przecież nikt nie będzie zmuszał katolików, by leczyli się metodą in vitro. To od ich indywidualnej postawy moralnej zależeć będzie, czy skorzystają z tej metody czy nie. Podobną wolność wyboru państwo powinno zagwarantować osobom innych wyznań i osobom bezwyznaniowym. Obecny stan faktyczny, który tę możliwość daje wyłącznie ludziom zamożnym, jest głęboko niemoralny i niesprawiedliwy. Taka ustawa zapewne nie będzie doskonała, ale pamiętajmy, że doskonały jest tylko Bóg, a nie ustawy czy przepisy kościelne. Każda nasza regulacja będzie na swój sposób ułomna i niepozbawiona błędów, ale takie jest przecież całe nasze istnienie.

Podsumowując: jako ewangelik reformowany odrzucam iluzję, że za pomocą doskonałej ustawy stworzymy idealną sytuację faktyczną i w ten sposób rozwiążemy problem. Raczej ze szczerością przyznam, że każde rozwiązanie będzie pewnego rodzaju kompromisem. Ułomność naszych rozwiązań jest wiernym odbiciem rzeczywistości naszego istnienia pośród świata skażonego ludzkim grzechem. Ale w przeciwieństwie do katolika nie będę uważał tego kompromisu za coś tragicznego, albo za pójście na łatwiznę. Prawo Boże jest nam dane nie tylko po to, by trzymać nasze żądze w ryzach, oraz by nas skazywać samą swoją literą – sami z siebie bowiem nigdy go nie wypełnimy. Jak pisał Jan Kalwin, ma ono i trzecie zastosowanie: „Prawo działa jak bicz na ciało, pobudzając je w taki sam sposób, w jaki człowiek pobudza ospałe, leniwe bydlę“. Ułomność, grzeszność i kruchość tego świata przypominają nam, ewangelikom reformowanym, by naszym życiem, codzienną pracą i modlitwą oddawać cześć i chwałę Temu, który nas od grzechu wybawił. I ta właśnie świadomość będzie motywowała nas do jeszcze pełniejszego i pobożniejszego życia. Dlaczego?

Albowiem ciałem i duszą należę – zarówno teraz, gdy żyję, jak i wtedy, gdy umrę – nie do siebie, ale do Jezusa Chrystusa, mego wiernego Zbawiciela.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata